~*~


Skrzypiąca winda mijała kolejne piętra Ministerstwa Magii, by zatrzymać się ze zgrzytem na poziomie czwartym. Drzwi rozsunęły się powoli z cichym jękiem, uwalniając zamkniętych w środku ludzi.

Wysoki, odziany na czarno mężczyzna zdecydowanym krokiem przeszedł przez hol, kierując się w stronę punktu informacyjnego. Nigdy przedtem nie był zmuszony do głębszego przestudiowania planu wnętrza, wszelkie sprawy załatwiał od tak zwanego "zaplecza". W holu głównym kłębił się pokaźny tłum interesantów, oczekujących na rozmowę bądź wypełniających formularze "wniosków" i "odwołań".

Na szczycie tablicy informacyjnej widniał duży napis:

GŁÓWNY INSPEKTORAT NADZORU I KONTROLI MAGICZNEJ.

Tuż pod nim znajdował się szczegółowy opis i plan graficzny z wydzieleniem wszystkich jednostek znajdujących się na piętrze:

Departament Kontroli nad Niebezpiecznymi Stworzeniami - skrzydło zachodnie
- Wydział Zwierząt - pok. 1/4
- Wydział Istot i Duchów - pok. 4/4
- Urząd ?ączności z Goblinami - pok. 10/4
- Biuro Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników - pok. 15/4
- Przewodniczący Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń - pok. 20/4

Departament Kontroli nad Niebezpiecznymi Przedmiotami - skrzydło wschodnie
- Wydział Substancji i Przedmiotów Zakazanych i Niebezpiecznych - pok. 25/4
- Komitet Klasyfikacji i Atestacji - pok. 28/4
- Zarząd Wykrywania i Neutralizacji - pok. 32/4
- Kwatera Główna Oddziałów Prewencyjnych - pok. 35/4
- Przewodniczący Rady Nadzorczej ds. Inspekcji i Konfiskaty - pok. 40/4


Poniżej znajdowała się dodatkowa informacja, dopisana na czerwono:

- składanie wniosków o wydanie zezwoleń - pok. A/4
- składanie odwołań od decyzji Rady Nadzorczej i Komisji Likwidacji - pok. B/4

Interesantów uprasza się o wchodzenie POJEDYNCZO, z uprzednio wypełnionym formularzem.


Jako, że przybyły mężczyzna nie był "interesantem", ani myślał wystawać w sznureczku ludzi i od razu skierował się w stronę skrzydła wschodniego, z zamiarem odnalezienia pokoju nr 40/4.

Szybkim, energicznym krokiem przemierzał długi korytarz a poły czarnej peleryny powiewały za nim złowrogo. Szedł wyprostowany i pewny siebie, z zastygłym na twarzy wyrazem zawziętości.
Ludzie usuwali mu się z drogi, widząc wyraźnie, że mężczyzna nie zamierza nawet zwalniać kroku, by kogokolwiek ominąć.

- Och, dzień dobry panu! - zawołał młody, ciemnowłosy człowiek z uśmiechem na twarzy.
Jednak wysoki osobnik w odpowiedzi był łaskaw tylko nieznacznie skinąć głową, nawet nie obdarzając witającego go człowieka krótkim spojrzeniem, utkwiwszy swe zimne oczy w końcu korytarza.

Nie zważając na umykających mu spod nóg ludzi, przemierzył cały korytarz, docierając do celu swej podróży. Gdy chwytał już za gałkę, chcąc wejść ośrodka, usłyszał znajomy głos:
- Witam pana, panie Malfoy. - rzekł z szacunkiem starszy mężczyzna o wodnistych oczach, obdarzając dumnego mężczyznę uprzejmym ukłonem - Widzę, że obowiązki zawodowe znów pana wezwały w skromne progi Ministerstwa.

- Poniekąd, panie Preston... - odpowiedział odwzajemniając ukłon - Choć, wyznam panu szczerze, dziś jestem raczej prywatnie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie wspierał działań Ministerstwa, mając w zanadrzu tyle środków. Rozumie pan... to mój obywatelski obowiązek.- zakończył niezwykle poważnym tonem.

- Ach, panie Malfoy, jest pan nad wyraz skromny. Dzięki pańskiemu szczodremu datkowi, komitet wyposażony został w najnowsze urządzania testujące. Nawet pan nie wie, jak bardzo usprawniło to pracę. - oznajmił rozpromieniony.

- Niezmiernie mi miło, że moja pomoc jest doceniana. Jednak bardziej cieszy mnie fakt, że przekazane przeze mnie fundusze zostały mądrze wykorzystane, panie Preston.
W dzisiejszych czasach zbyt wielu ludzi bezmyślnie trwoni pieniądze, podczas gdy mogliby wspierać szczytne cele.

- Święte słowa, panie Malfoy, święte... - rzekł staruszek z uwielbieniem w głosie, na co wysoki mężczyzna tylko lekko się uśmiechnął.

- Pan wybaczy, ale mam pilną sprawę...

- Ach, oczywiście. Przepraszam, że zatrzymałem. Do widzenia panu... i jeszcze raz, wyrazy uszanowania - rzekł ponownie chyląc głowę, po czym pośpiesznie się oddalił.

Jasnowłosy mężczyzna przekręcił gałkę i przekroczył próg pokoju.
Jego oczom ukazało się niewielkie wnętrze, na którego środku stało pokaźnych rozmiarów biurko zawalone całkowicie papierami i teczkami.

Zza góry porozrzucanych formularzy i akt wyłaniała się drobnej postury kobieta, która segregowała poszczególne teczki, rozkładając je na chwiejące się, wysokie stosy.

Była to starsza czarownica o wydatnych kościach policzkowych z brązowymi włosami upiętymi w staroświecki kok i wielkimi, okrągłymi okularami osadzonymi na orlim nosie.
Zauważywszy mężczyznę, podniosła głowę znad papierów i obdarzyła przybysza wściekłym spojrzeniem.

- O co chodzi? - zaskrzeczała opryskliwym tonem.

- Chciałbym zobaczyć się z Przewodniczącym Rady - odrzekł Malfoy chłodnym głosem, spoglądając na kobietę z wyższością.

- Był pan umówiony? - spytała przerzucając pożółkłe kartki notesu - Nie, nikt nie zapowiadał swojej wizyty, pan Przewodniczący nikogo już dziś nie przyjmuje.

- Pani wybaczy, ale nie mam czasu, muszę pilnie porozmawiać z panem O'Neillem - rzekł, przechodząc przez sekretariat i kierując się w stronę dębowych drzwi.

- Co pan robi?!... Nie może pan!... Przewodniczący jest zajęty!

Jednak Lucjusz Malfoy nie zamierzał wysłuchiwać skrzeczących protestów sekretarki. Lekceważąc ją całkowicie zamaszyście szarpnął za klamkę i ostentacyjnie wkroczył do gabinetu Stuarta O'Neilla.

Szpakowaty mężczyzna podniósł głowę znad ciężkiej księgi, przypatrując się stojącemu w drzwiach człowiekowi. Drobna kobieta wpadła do gabinetu, wyraźnie oburzona zachowaniem jasnowłosego osobnika, przeciskając się przed niego i tłumacząc zawzięcie całe zajście. Siedzący za dębowym biurkiem, lekko zaskoczony jegomość uciszył sekretarkę podniesioną ręką.

- W porządku, Eulalio, możesz wrócić do swoich zajęć.

Drobna kobieta, nadal zdenerwowana bezczelnym zachowaniem "gościa" oraz obrażona na swego zwierzchnika, wyszła z gabinetu zaciskając w złości wargi i obrzucając, stojącego w drzwiach impertynenta, wściekłym spojrzeniem.
Lucjusz Malfoy, nie czekając na zaproszenie Przewodniczącego, bez żadnych wyjaśnień zajął miejsce w fotelu naprzeciwko biurka.

- Czym zawdzięczam sobie pańską wizytę, panie Malfoy? - spytał spokojnym głosem Przewodniczący, utkwiwszy w swym gościu niebieskie oczy.

Na jego szczupłej twarzy obmalowało się zaciekawienie i lekkie zdziwienie, spowodowane zapewne niespodziewanym najściem, jednak, jak na przedstawiciela Rady przystało, nie zdradził swego zakłopotania, przyjmując standardową, urzędową maskę obojętności.

- Witam pana, panie O'Neill - odezwał się Malfoy niezwykle uprzejmym, acz całkowicie oficjalnym tonem. - Chciałbym zamienić z panem słówko na temat niepokojących poczynań pana Jonathana Smitha, mającego czelność bezpodstawnie oskarżać mnie o nielegalny proceder, który rzekomo prowadzę, będąc w ponoć w posiadaniu zakazanych i niebezpiecznych przedmiotów.

- Naprawdę? Pan wybaczy, ale pan Smith wykonuje wyłącznie swoje obowiązki Dyrektora Zarządu, i o ile mi wiadomo, nikogo jeszcze oficjalnie nie oskarżył bez uzyskania jawnych dowodów przestępstwa.

- Więc jest pan zdania, że pan Smith działa całkowicie zgodnie z prawem, prowadząc serie nieoficjalnych dochodzeń w mojej sprawie i naciskając samą Radę o wydanie zezwolenia na kolejną inspekcję w moim domu, mimo iż takowe już kilkakrotnie się odbywały i żadna z nich nie przyniosła dowodów na to, że posiadam jakiekolwiek zakazane przedmioty.
Czy nie uważa pan, że jest to jawne oszczerstwo, stawiające mnie w złym świetle i dyskredytujące moją osobę do poziomu jakiegoś... przestępcy? - rzekł wyraźnie oburzony.

- Och nie. Oczywiście, że nikt nie chce robić z pana przestępcy, panie Malfoy - rzekł O'Neill uspokajająco - Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak zacnym jest pan człowiekiem.

- To doprawdy pochlebiające, jednak nie zmienia to faktu, że chcecie przeprowadzić u mnie kolejną rewizję, jakbyście nie mieli wystarczająco wielu dowodów świadczących o mojej niewinności. Już sam zamiar przeprowadzenia inspekcji zakłada, że mogę łamać w jakiś sposób prawo. To oburzające! Chyba wielokrotnie dowiodłem, że jestem godnym zaufania, praworządnym obywatelem.

- Spokojnie, oczywiście całkowicie się z panem zgadzam - rzekł rozpaczliwie, jakby bał się urazić w jakikolwiek sposób siedzącego przed nim arystokratę - Osobiście nie podejrzewam pana o żadne nielegalne procedery, czy łamanie prawa. To niedorzeczność. Jednak pan Smith jest człowiekiem bardzo pieczołowicie wypełniającym swoje obowiązki i niezwykle oddanym swej służbie. Dlatego jego nadgorliwość i dokładność mogą wydawać się niekiedy nieco kłopotliwe i obrażać uczciwych obywateli. Ale zapewniam pana, że nigdy nie oskarżył nikogo bez dowodów... więc nie wiem dlaczego pan się denerwuje. Jeśli jest pan czysty, nie musi się pan...

- Co pan sugeruje?! - przerwał jeszcze bardziej oburzonym tonem, niż na początku - Czy pan nie rozumie, że tego typu oszczerstwa niszczą mi reputację? Ja również wypełniam swoje obowiązki całkowicie sumiennie, jednak nie zdarzyło mi się jeszcze, bym bezpodstawnie oskarżał i szykanował uczciwych, porządnych obywateli! Bym węszył wokół ich osoby na własną rękę, szukając rzekomych dowodów łamania prawa! Zachowanie pana Smitha jest doprawdy godne pożałowania i dziwię się, że tak bezczelny człowiek, objął tak odpowiedzialne stanowisko. Może watro by było go odwołać, lub chociażby nie przyklaskiwać jego... szalonym pomysłom, rujnującym życie uczciwym obywatelom!

- Panie Malfoy, niech się pan uspokoi - rzekł powoli szpakowaty mężczyzna, będąc samemu wyprowadzonym z równowagi - Nikt pana nie zamierza szykanować, ani niszczyć pańskiej reputacji. Rozumiem, że jest pan zdenerwowany kolejnym dochodzeniem, które niejako z założenia stawia pana w podejrzanym świetle. Jednak, jest to zwyczajowa procedura, nie tylko pan jest sprawdzany. Ostatnio mamy nawał pracy, przez granice zostały przeszmuglowanie bardzo niebezpieczne przedmioty magiczne, niektóre z nich obłożone ciężkimi klątwami. Może pan nawet nie wiedzieć o tym, że któraś z nich trafiła w pańskie ręce. Dochodzenie prowadzimy przede wszystkim z myślą o bezpieczeństwie obywateli, także tych, którzy znaleźli się w posiadaniu owych przedmiotów... być może całkowicie nieświadomie.

- Jeśli chce pan wiedzieć, niczego ostatnio nie nabywałem... zamiast kolekcjonowania drogocennych zabawek, zajmuje się finansowaniem poważnych przedsięwzięć. - rzekł wyniośle - Więc, wydaje mi się, że przeprowadzanie kolejnej rewizji w moim domu jest czystą stratą czasu i energii, którą moglibyście spożytkować na łapanie prawdziwych, groźnych przestępców... a nie nękanie Bogu Ducha winnych ludzi. Liczę na to, że, jako Przewodniczący Rady, nie dopuści pan do czegoś podobnego - w szarych oczach Lucjusza pojawił się salowy błysk - i nie pozwoli na to, by nachodzono mnie w moim własnym domu. Jeśli pan się o to postara, może pan liczyć na moją wdzięczność, panie O'Neill.- mówiąc te słowa spojrzał wymowie na swego rozmówcę - Tym czasem pozostaje mi wyłącznie nadzieja, że okaże się pan rezolutnym człowiekiem.

Wstał z fotela wygładzając swoją szatę i uśmiechając się blado do Przewodniczącego.

- Chciałbym jeszcze przeprosić za to nagłe najście, pan wybaczy moją porywczość, ale najzwyczajniej dałem się ponieść emocjom. W dodatku zająłem panu cenny czas

- Ależ nie ma sprawy, wszyscy czujemy się przepracowani i zmęczeni. Poza tym jesteśmy tylko ludźmi, prawda? - odpowiedział uprzejmie Przewodniczący również podnosząc się ze swego miejsca.

- Otóż to. Zatem zwracam się do pana, jak do człowieka, by poruszana przeze mnie sprawa, została wyłącznie między nami. Byłem tu całkowicie prywatnie, więc prosiłbym pana o zachowanie dyskrecji. Ufam, że jest pan, podobne jak ja, uczciwym człowiekiem i nie da się pan wciągnąć w żadne gierki prowadzone przez osoby, pragnące ze wszelką cenę mnie pogrążyć. - westchnął ciężko, kręcąc głową, po czy spojrzał wprost w niebieskie oczy swego rozmówcy - Nawet nie zdaje pan sobie sprawy z tego, ilu jest ludzi, którzy z radością widzieliby mnie w celi Azkabanu tylko dlatego, że nie uległem ich szantażom i bezwzględnie wypełniałem swoje obowiązki, działając zgodnie z prawem.

- No tak, to doprawdy przykre - bąknął mężczyzna, oszołomiony słowami arystokraty i chwycił cię mocno blatu biurka, jakby nagle zasłabnął.

- Przepraszam jeszcze raz za najście - ukłonił się lekko, nie spuszczając oczu z Przewodniczącego, który wydawał się być mocno wstrząśnięty i zszokowanywy - Do widzenia panu.

Szybkim krokiem przeszedł przez pokój, zatrzymując się przy drzwiach i rzucając przez ramię:
- Liczę na pańską uczciwość, panie O'Neill.- po czym opuścił gabinet, zamykając za sobą drzwi.

Szpakowaty mężczyzna stał sparaliżowany za swoim biurkiem, wpatrując się w milczeniu w zamknięte drzwi, za którymi zniknął niespodziewany gość.
Wizyta Lucjusza Malfoya, a raczej jego prośba, by być mu przychylnym, bardzo zaniepokoiła Przewodniczącego Rady.
Owe zdenerwowanie wydawać się mogło czymś całkowicie irracjonalnym, przecież arystokrata nie wysuwał żadnych żądań, czy tym bardziej pogróżek. Wręcz przeciwnie, prosił go o uczciwość oraz dyskrecję, dając jasno do zrozumienia, że jest człowiekiem pokrzywdzonym w tej sprawie i nie chce robić sobie kolejnych wrogów.

Nie ulegało wątpliwości, że Lucjusz Malfoy, powszechnie szanowany obywatel czarodziejskiej społeczności, jest człowiekiem praworządnym i pragnącym zjednać sobie ludzi.
O'Neill był przekonany o jego niewinności. Przyczyna jego zdenerwowania leżała jednak gdzie indziej.

Przed kilkoma godzinami odbył podobną rozmowę, w sprawie przeprowadzenia inspekcji, z niskim, krępym mężczyzną. Rozmowa ta dotyczyła właśnie obecnego tu przed paroma minutami, pana Malfoya. A niski mężczyzna wydawał się być zdecydowanie bardziej natarczywy i nieugięty w swych żądaniach, niż blondwłosy arystokrata.
O'Neillowi zostało postawione wyraźne ultimatum. Jedna z możliwości zakładała wydanie pozwolenia na rewizję w domu Malfoya, druga natomiast...

Przewodniczący westchnął ciężko, opadając bezwładnie na fotel. Oparł łokcie o blat biurka i ukrył twarz w dłoniach. Mimo, iż całym sercem stał po stronie Lucjusza Malfoya i ponad wszystko cenił sobie uczciwe postępowanie, nie miał wyjścia. Był zmuszony wystawić pisemny nakaz przeprowadzenia inspekcji z pozwoleniem na użycie Veritaserum... nie mógł przecież narażać życia członków własnej rodziny w imię "Prawa"

.
~*~


Nadszedł w końcu dzień, którego Lucjusz Malfoy oczekiwał w napięciu od przeszło dwóch tygodni. Właśnie dziś miał otrzymać zamówiony przez siebie eliksir, dzięki któremu - jak sądził - pozbędzie się kłopotliwej obecności pana Jonathana Smitha, który, zdawałoby się, za wszelką cenę pragnął zniszczyć zamożnego, wpływowego człowieka, próbując doprowadzić do ujawnienia wszystkich tajemnic, jakie kryła jego rezydencja w Wiltshire.

Na taki obrót spraw Lucjusz nie mógł pozwolić. W swym dworze ukrywał bowiem zbyt wiele rzeczy, których ujawnienie mogłoby zaprzepaścić jego dalsze plany, a jego samego postawić w stan oskarżenia, demaskując pokazywany społeczeństwu wizerunek dobroczyńczy nieskalanego kłamstwem.
Dumny arystokrata nie martwił się jednak, będąc przekonanym, że podjął wystarczająco zapobiegawcze kroki, by do podobnej sytuacji nie dopuścić. Mimo wszystko denerwował się, oczekując spotkania z Severusem Snape'em, które ów człowiek sam wyznaczył w wybranym przez siebie miejscu i czasie.

Lucjusz, w drodze wyjątku, przystał na podobne "fanaberie" swego znajomego, nie chcąc igrać z ogniem, narażając własne plany na fiasko. Bowiem doprowadzenie do złości jedynej osoby, która mogła mu pomóc, było zagraniem zbyt niebezpiecznym i niewartym ryzyka.

Severus Snape również był całkowicie przygotowany do wydarzeń, które niebawem miały się rozegrać. Zlecona mu do wykonania trucizna, która miała być niewykrywalna w organizmie ofiary, była gotowa już od ośmiu dni. Mistrz był niezwykle dumny ze swego "dzieła", gdyż była to pierwsza niewykrywalna trucizna, jaką kiedykolwiek uwarzono.

Jednak samozadowolenie i poczucie spełnienia nie ograniczało się wyłącznie do radości z wyprodukowania wspomnianego już eliksiru. Snape był również niezwykle dumny ze swojego drugiego wynalazku - antidotum, którego wykonanie przysporzyło mu o wiele więcej trudności, niż zwykł sądzić na początku.

Do jego sporządzenia był zmuszony wykorzystać całą swoją wiedzę i pomysłowość, wyobraźnię, umiejętności oraz intuicję. Najnowsze "dziecko" Mistrza Eliksirów pozbawiło go energii i doprowadziło do zmęczenia, zmuszając swego stwórcę do niezwykle wytężonej pracy dzień i noc. Jednak wysiłek opłacił się. Antidotum działało bezbłędnie i niesamowicie szybko. W mgnieniu oka odwracało skutki działania trucizny, nawet, jeśli zostałoby podane dosłownie tuż przed śmiercią ofiary.

Na bladej, pociągłej twarzy ciemnowłosego mężczyzny, siedzącego w wysokim zielonym fotelu, zagościł tajemniczy uśmiech. Ogień w kominku trzaskał cicho, odprężając swą "muzyką" i nadając trwającej chwili uczucia oczekiwania na coś uroczystego i wielkiego. Zniewalający zmysły aromat czarnej kawy unosił się znad filiżanki, spoczywającej w smukłych dłoniach.

Długie palce, pogrążonego w głębokich myślach człowieka, muskały delikatnie powierzchnię naczynia, zapewnie bezwiednie badając wijące się kształty porcelanowego ucha.

Siedzący w blasku kominka mężczyzna zdawał się być uosobieniem spokoju, jakby nie obchodziły go żadne sprawy doczesne pogrążanego w szaleństwie świata. Jedynym dowodem na to, że jest inaczej, był wyraz oczu owego człowieka. Zimny, skupiony, jakby jego czarne źrenice dostrzegały więcej, niż jest w stanie dojrzeć ludzkie oko, jakby widziały jednocześnie przyczyny, skutki oraz wszystkie możliwe scenariusze mających się rozegrać wydarzeń.

Czarne, bezdenne oczy obejmowały koniec i początek oraz wszystko pomiędzy, zdawało się, że ich właściciel jest zarówno aktorem, widzem jak i reżyserem pełnego grozy spektaklu.
Że kontroluje przebieg wszystkiego, w czym bierze udział.

Na dużym stole, pogrążonym w głębokiej ciemności można było dostrzec cztery małe buteleczki, których kryształowe kształty połyskiwały w roztańczonym świetle płonących polan. Każdy z owych flakoników zawierał w swym wnętrzu niezwykle cenną i silnie działającą substancję, a ich wspólna obecność na umazanym, zniszczonym blacie nie była przypadkowa.

Wszystkie cztery zawierały klucz do sukcesu siedzącego nieopodal mężczyzny, będąc gwarancją osiągnięcia zamierzonego przez niego celu.

Wysoki, szczupły człowiek wstał z fotela, odstawiwszy pustą filiżankę po kawie na niewielki stolik, po czy przeszedł przez pokój zatrzymując się przy wielkim stole, zastawionym pobrzękującymi fiolkami, probówkami, porozrzucanymi w nieładzie notatkami, z blatem poplamionym woskiem wypalonych świec, atramentem i licznymi odczynnikami oraz żrącymi substancjami.

W całym, panującym tu bałaganie poprzewracanych kałamarzy, połamanych piór i rozsypanych ingrediencji stały małe, zakorkowane buteleczki, jakby czekały cierpliwie aż ich właściciel przypomni sobie o ich istnieniu.

Severus przez krótką chwilę przyglądał się im w milczeniu, delikatnie ujął jedną z nich, zawierającą bladoczerwoną miksturę i owinął jedwabną szmatką, wsuwając do wewnętrznej kieszeni swej szaty.

Trzy pozostałe schował do małego drewnianego pudełeczka, które zapieczętował zaklęciem. Rozejrzał się po pokoju, sprawdzając czy o niczym nie zapomniał, zarzucił na ramiona czarną pelerynę i wygasił machnięciem różdżki płonące palenisko.

Z zastygłym na twarzy szyderczym uśmiechem rozpłynął się w ciemności z cichym pyknięciem, opuszczając zacisze swego domu, by stawić się o czasie na umówione spotkanie.

Lucjusz Malfoy jeszcze nigdy w swym życiu tak bardzo się nie cieszył na sposobność ujrzenia Severusa Snape'a, jak dziś.

~*~


Wesołe ognie tańczyły w kominku, rzucając na pokój ciepłe, rozedrgane światło. W fotelu siedział niski mężczyzna pogrążony najprawdopodobniej w dość ciekawej lekturze, na co wskazywał skupiony, nieobecny wyraz jego twarzy.

Człowiek ów wydawał się całkowicie zapomnieć o spotkaniu, które zostało mu zapowiedziane przed dwoma tygodniami. Od tego czasu wydarzyło się bardzo wiele w jego życiu, był niekiedy zajęty kilkoma sprawami na raz i najzwyczajniej wyleciały mu z głowy dzisiejsze "odwiedziny", zostając zepchnięte na dno jego świadomości, jako informacja mniej istotna od pozostałych.

Bynajmniej nie zapomniał o powierzonym mu zadaniu, tę sprawę załatwił parę dni temu, będąc z tego powodu lekko roztrzęsiony, ale z drugiej strony szczęśliwy, gdyż miał pewność, że nie będzie więcej nachodzony we własnym domu.

Ochłonąwszy z emocji, jakie w nim wzbudziła konieczność szantażowania samego Przewodniczącego Rady i upewniwszy się, że jego żądania przyniosą oczekiwane rezultaty, przestał rozmyślać o tychże wydarzeniach, chcąc się jak najszybciej wyzwolić z kłopotliwego "układu" i powrócić do zwyczajnego, spokojnego życia.

Trzeba przyznać, że odetchnął z głęboką ulgą i naprawdę się ucieszył, że udało mu się wszystko załatwić tak gładko i szybko. Cieszył się z tego tak bardzo, że zapomniał, iż to właśnie dzisiaj jest dzień, w którym powinien wręczyć swemu znajomemu nakaz inspekcji w domu Malfoya, o zdobycie którego tak desperacko się starał.

Nie można więc się dziwić, że zamyślony, siedzący w fotelu mężczyzna na widok szmaragdowych płomieni w kominku zerwał się na równe nogi z wyraźną paniką wypisaną w oczach.
Płomienie lekko zawirowały a po chwili wynurzył się z nich wysoki, odziany na czarno jegomość.

Niski mężczyzna wpatrywał się w to zjawisko całkowicie sparaliżowany z twarzą posiniałą z przerażenia. Nie ruszył się nawet o cal, gdy wysoki przybysz stanął nad nim wyczekująco z dwuznacznym uśmieszkiem, wykrzywiającym mu wargi.

- Witam ponownie - rzekł łagodnym, acz jadowitym tonem - Czy mi się wydaje, czy wyglądasz na lekko zaskoczonego moją wizytą? Czyżbyś o niej zapomniał, mój przyjacielu? - zmarszczył czoło, udając zdziwienie.

W małych, brązowych oczach niskiego mężczyzny, któremu mięśnie najwyraźniej odmówiły posłuszeństwa, pojawił się błysk panicznego strachu. Stał przed swym nieoczekiwanym gościem, nie mogąc się poruszyć ani przemówić, w myślach przeklinając własną głupotę i beztroskę.

- Hmm... czy w ciągu tych dwóch tygodni straciłeś mowę... i postradałeś zmysły? Mniemam, że pamiętasz o naszej małej umowie... a może już zapomniałeś i trzeba odświeżyć ci pamięć? - rzekł odziany na czarno człowiek, powoli wyciągając różdżkę - Mam cię w jakiś sposób zachęcić do mówienia, czy sam raczysz mi wszystko wyjaśnić?

Jednak gospodarz nie odpowiedział, wbijając wzrok w wycelowaną w niego różdżkę i oddychając coraz szybciej, jakby zaczęło mu brakować tlenu. Nagle, zapewne wiedziony instynktem samozachowawczym, nakazującym w sytuacjach ekstremalnych ratować się ucieczką, odzyskał władzę w ciele i cofnął się szybko, wpadając z impetem na fotel i tracąc równowagę.

Wiedząc doskonale, że nikt go nie usłyszy a szanse pojawienia się niespodziewanego wybawiciela są równe zeru, skulił się na podłodze, zasłaniając głowę ramionami.

- Błagam... - zapiszczał - ... błagam cię...

Wysoki osobnik powoli podszedł do zwiniętego na podłodze człowieka, przeglądając się mu z zaciekawieniem, jakby cała ta scena niezwykle go bawiła.

- A o cóż to mnie błagasz, jeśli mogę wiedzieć? - spytał z udawaną uprzejmością a oczy błysnęły mu złowieszczo spod kaptura.

Skulony u jego stóp osobnik zaczął dygotać a jego oddech stał się rzężący i nierówny. Głowę oplótł własnym ramionami tak szczelnie, że przypominał groteskowego żółwia pokaźnych rozmiarów.

- N-nie zabijaj mnie... p-proszę... - wysapał tak cicho, że ledwo słyszalnie.

- Śmierć? Ach, czemuż to miałbym pozbawić cię życia?... Nie przyszedłem cię zabijać, ale odebrać pewien świstek, o którego zdobycie zostałeś przeze mnie grzecznie poproszony. Więc daj mi go, jeśli łaska, a ja opuszczę twój dom tak szybko, jak szybko się w nim pojawiłem.

- Nie mam go... nie mam go tutaj... - jęknął zrozpaczony, trzęsąc się z przerażenia.

- Co?... Więc gdzie go masz?! - wysyczał wściekłym głosem i machnął różdżką, ze świstem przecinając powietrze. Leżący u jego stóp człowiek uderzył z impetem o ścianę, wydając z siebie zduszony krzyk.

Wysoki mężczyzna zbliżał się do niego z podniesioną różdżką i zimną furią wypisaną na pobielałej twarzy. Przerażony człowiek został wciśnięty w ścianę z tak niebywałą mocą, jakby został do niej przytwierdzony silnym strumieniem wody, nie mogąc poruszyć żadną kończyną. W jego paciorkowych oczach dało się dostrzec cierpienie, drżał na całym ciele, zaciskając szczęki, by powstrzymać się od wrzasku.

- Prosiłem cię po dobroci... dałem mnóstwo czasu, a ty... zlekceważyłeś całkowicie moją prośbę, tak? - wyszeptał cicho głosem, mogącym zmrozić krew z żyłach.
Szarpnął lekko różdżką a niski człowiek wydał z siebie przeciągły jęk. - Ostrzegałem cię, że mogę stać się nieprzyjemny, jeśli tego nie załatwisz w wyznaczonym terminie. - rzekł podniesionym głosem, przekrzykując jęki.

- Załatwiiiłeeem... - zawył rozpaczliwie, a spod jego zaciśniętych z bólu powiek popłynęły obficie łzy.

W zmrużonych oczach oprawcy błysnął stalowy płomień, poderwał różdżkę a wciśnięta w ścianę, dygocąca, udręczona torturą postać bezwładnie osunęła się na podłogę, spazmatycznie łapiąc powietrze. Jej wykrzywiona cierpieniem,mokra od łez twarz, błyszczała w blasku świec.

- Załatwiłeś... - wycedził - Więc gdzie to jest?

Skulony pod ścianą mężczyzna z oddychał z trudem, zachłystując się własnymi łzami. Powoli podniósł głowę, spoglądając ze strachem na górującego nad nim człowieka.

- U Stuart-ta O'Neilla, przedłużył wyd-danie zezwolenia o jeden d-dzień - wyjąkał, błagając o litość rozszerzonymi w panice oczami - P-powiedział, że... f-formalności pap-pierkowe. M-mam się do n-niego jutro zgłosić p-po odbiór. - ponownie zasłonił głowę ramionami, spodziewając się kolejnego, bolesnego ciosu. Jednak ten nie padł.

Odziany w czerń osobnik opuścił różdżkę przyglądając się żałosnej, skulonej sylwetce z nieukrywaną odrazą. Stał w milczeniu, rozważając najwyraźniej, czy dać jeszcze jedną szansę swojemu "pomocnikowi".

- Masz dzisiaj szczęście - powiedział po dłuższej chwili, nasycając każde słowo jadem - Znaj moje dobre serce... przyjdę jutro, by odebrać nakaz. Jeśli mi go wręczysz, włos ci z głowy nie spadnie, jeśli nie... to już teraz powoli żegnaj się z życiem. - wykrzywił usta, obnażając zęby w groźnym uśmiechu - Ciesz się chwilą, być może to twoje ostatnie... - Zmierzył go ostatnim, pogardliwym spojrzeniem, chowając swoją różdżkę do kieszeni.

Szlochy skurczonego na podłodze mężczyzny zagłuszył na moment cichy trzask.
Zakapturzona postać rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiwszy wstrząśniętego człowieka sam na sam ze swoimi myślami. Atmosfera panująca w ciepłym pokoju, rozświetlonym blaskiem padającym z kominka, w żaden sposób nie odzwierciedlała emocji, jakie targały skulonym pod ścianą osobnikiem.
Jakby świat zewnętrzny szydził z jego uczuć, będąc całkowicie obojętnym na jego cierpienie.

~*~


Nagły zimny powiew szarpnął czarną peleryną, zwiewając kaptur z głowy wysokiego człowieka, jego czarne włosy rozwiały się na wietrze. Przemierzał szybkim krokiem opustoszałą uliczkę, oświetloną bladym światłem ulicznych zardzewiałych latarni, z których połowa była zepsuta. Podążał na umówione miejsce spotkania, mijając metalowe kontenery pełne odpadków, porozrzucanych dookoła kartonowych pudeł, puszek, butelek i rozwianych opakowań.
Rozmyślnie wybrał tak obskurną, brudną okolicę na miejsce spotkania z dystyngowanym znajomym. Między innymi dlatego, by mieć pewność, że nikt niepożądany nie podsłucha ich rozmowy, gdyż była to całkowicie mugolska dzielnica, wolna od nieproszonych obywateli czarodziejskiej społeczności.
Inną przyczyną wyboru tego właśnie miejsca, była zwyczajna chęć zadrwienia sobie - po raz kolejny - z dumnego arystokraty, który najprawdopodobniej nigdy jeszcze nie miał "przyjemności" odwiedzać tak urocze zakątki, jak ten.

Cóż, Severus Snape nigdy nie ukrywał swojego stanowiska wobec wymuskanych, delikatnych, rozpieszczonych bogaczy, jak Lucjusz Malfoy. Jego samego i podobnych mu ludzi uważał za próżnych paniczyków, nie znających prawdziwego życia, pełnego niebezpieczeństw i cierpienia. Dlatego też nigdy nie obchodził się z nimi delikatnie, będąc raczej twardym, a czasem nawet brutalnym i lekceważąc całkowicie ich szlachetne potrzeby luksusu, estetyki, czy dobrych manier.

Nie, nie był prostakiem... miał tylko specyficzny sposób bycia, uznawany przez niektórych za czyste grubiaństwo, które w rzeczywistości było prześmiewczą postawą obnażającą wszelkie słabości ludzi, z jakimi się stykał. Severus potrafił te słabości wykorzystać przeciwko nim samym, być może tylko dzięki temu jeszcze żył.

Będąc zmuszonym grać rolę podwójnego agenta, posiadł niezwykle ceną umiejętność wyprowadzania w pole swych największych wrogów, przybierając skórę, jaka w danej chwili się opłacała. Nikt nie rozszyfrował jego kamiennej maski, nikt nie odczytał trafnie jego zamiarów. Twarz Seveusa Snape'a nie wyrażała żadnych emocji, nie zdradzał go strach, czy wahnie. Perfekcyjnie potrafił grać swoją rolę, dostosowując się do okoliczności niczym kameleon.

Z zamyślenia wyrwał go łomot przewracanego kosza na śmieci, który potoczył się po trotuarze robiąc przy tym niemiłosierny hałas. Zza kosza wyskoczył bury, wychudzony kot i czmychnął w ciemność, trzymając swoją małą zdobycz w pysku.

Mężczyzna schował wyszarpniętą różdżkę do kieszeni i skręcił w wąską, śmierdzącą uliczkę, w której zastał jeszcze większe wysypisko, niż w poprzedniej, jakby nikt nigdy tu nie sprzątał. Jedyną różnicą był brak oświetlenia ulicznego, który utrudniał lawirowanie pomiędzy porozrzucanymi stosami śmieci. Szedł powoli, uważając by na nic nie wpaść, gdy doszedł go dźwięk głuchego wystrzału.

Znieruchomiał, wpatrując w ciemność i oczekując, że zobaczy jakiegoś czarodzieja, który z niewiadomych przyczyn aportował się w ciemnej uliczce pośród odpadków, jednak nikogo nie ujrzał.
Ponownie wydobył swoją różdżkę i powoli zbliżał się w stronę, z której ów dźwięk dobiegł.

Jego oczom ukazał się widok zupełnie nieoczekiwany, w odległości około dziesięciu jardów od niego stały trzy wysokie postacie, mugole, najwyraźniej nieświadomi, że ktoś ich obserwuje.

Severus, ukryty w głębokim cieniu metalowego kontenera, zmrużył oczy i omiótł spojrzeniem całą scenę. Dostrzegł jeszcze jedną osobę, leżącą w bezruchu pod obdrapaną ścianą. Pozostali osobnicy z bezwzględną brutalnością kopali drobne, skulone ciało, wydając z siebie dzikie, zwierzęce okrzyki szaleństwa.
Leżący człowiek próbował się osłaniać, jednak z każdym spadającym ciosem wydawał się słabnąć. Po chwili przestał nawet jęczeć i nie stawiał już jakiegokolwiek oporu. Śmiejący się, opętani ślepą furią ludzie nie przerwali jednak swej okrutnej zabawy, szydząc głośno z ofiary wyraźnie owładnięci żądzą krwi.

Ciemnowłosy mężczyzna wyszedł zza kontenera, powoli zbliżając się do grupki ludzi z różdżką spoczywającą w jego dłoni i morderczym ogniem w źrenicach.

Najwyższy z oprawców, który był najprawdopodobniej przywódcą owej bandy, odwrócił się szybko, celując w tajemniczego przybysza czymś, co wyglądało jak metalowa rurka z rękojeścią.

- Stój! - wrzasnął, wyraźnie zdenerwowany pojawieniem się naocznego świadka.

Dwaj pozostali mężczyźni również odwrócili głowy, patrząc na tajemniczego przybysza, wymieniwszy między sobą krótkie, zaskoczone spojrzenia.

- Czego tu?! - warknął z wykrzywioną w groteskowy sposób twarzą, jakby chciał ukryć swoje przerażenie za maską dzikiej furii.

Ciemnowłosy człowiek jednak nie odpowiedział, śmiejąc się w duchu z bogatego zasobu słów stojącego przed nim mężczyzny i wpatrując z zaciekawieniem w wymierzony w niego, metalowy przedmiot.

- Co tam trzymasz?!... Rzuć to! Ręce na głowę!

Severus ponownie nie zareagował, stojąc cały czas z opuszczoną różdżką i mierząc rozwścieczonego człowieka badawczym spojrzeniem. Dwaj pozostali, jakby trochę zbici z tropu opanowaniem tajemniczego nieznajomego, z wahaniem obserwowali całą scenę, najwyraźniej chcąc trzymać się z boku.

Leżący pod ścianą człowiek nie dawał oznak życia, jego ubranie było zbrukane krwią, podobnie jak chodnik, gdzie utworzyła się już pokaźnych rozmiarów kałuża oraz ściana, na której widniały rozmazane ślady ludzkich dłoni.

- Rzuć to, bo cię zabiję! - wrzasnął, potrząsając metalową rurką.

- Wybaczcie panowie... najwyraźniej w czymś przeszkodziłem - rzekł cicho przybysz, bez cienia strachu, przeszywając celującego w niego człowieka lodowatym sztyletem swego spojrzenia - Jednak... obawiam się, że musicie opuścić to miejsce, umówiłem się z kimś... bardzo żałuję, ale nie jesteście zaproszeni.

Wysoki mężczyzna z bronią stał przez chwilę całkowicie sparaliżowany, na jego twarzy obmalowało się zdziwienie i strach, które jednak szybko ustąpiły miejsca morderczemu grymasowi wściekłości.
Rozległ się głuchy wystrzał, a z wycelowanej w nieznajomego metalowej rurki popędziła kula, która jednak nie dosięgła celu, odbijając się z metalicznym dźwiękiem od niewidzialnej tarczy i zmieniając tor lotu.

Agresor ponownie wystrzelił, co przyniosło identyczny skutek. Stojący przed nim, ciemnowłosy człowiek ani myślał umierać. Kule nie dosięgały jego ciała, nie robiąc mu żadnej krzywdy.

Z paniką wypisaną na twarzy spróbował jeszcze dwukrotnie. Nic się nie stało. Nieoczekiwany przybysz stał spokojnie, uśmiechając się drwiąco i celując w swego przeciwnika cienkim patykiem.

- Przykro mi, ale nie mam czasu na podobne zabawy, panowie. Byłbym zobowiązany, gdybyście zechcieli opuścić to miejsce - mówił cicho, jego głos był tak lodowaty, jakby wydobywał się z podziemnych otchłani.

Mężczyzna trzymający metalową broń wzdrygnął się nieznacznie i cofnął o krok, nadal celując w swego wroga. Jego towarzysze przywarli do ściany plecami, z przerażeniem przyglądając się odzianemu w czarną pelerynę nieznajomemu.

- Być może nie wyraziłem się dostatecznie jasno... WYNOCHA! - ryknął, na co mężczyzna stojący najbliżej podskoczył i wystrzelił, celując prosto w głowę w nadziei, że tym razem uda mu się zabić tajemniczego osobnika.
Kula znów została odbita a czarnowłosy jegomość zbliżał się powoli, celując weń "patykiem" z zastygłym na twarzy szyderczym uśmieszkiem.

Przerażony człowiek zrobił kilka kroków w tył, chcąc ponownie wycelować, jednak jego przeciwnik machnął ręką i metalowy przedmiot wyleciał mu z ręki, upadając na stos śmieci parę jardów dalej.
Pozbawiony broni mężczyzna wydał z siebie zduszony krzyk, spoglądając w panice za wytrąconym mu z dłoni pistoletem. Niewiele myśląc wyciągnął sprężynowy nóż z zamiarem rzucenia się na czarnowłosego nieznajomego.

- No, no... cóż za odwaga. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z tak nieugiętym mugolem... no dalej... na co czekasz?... Atakuj. Choć radziłbym odłożyć ten nóż, bo możesz zrobić sobie krzywdę. - rzekł beznamiętnym głosem Severus, jakby cała ta scena powoli zaczynała go nudzić.

Zrozpaczony człowiek rozejrzał się w panice poszukując wsparcia jakiegoś sprzymierzeńca.

- Bierzcie go! - warknął na swoich towarzyszy, którzy nie wyglądali na takich, co zamierzają kogokolwiek atakować, obaj mieli twarze tak przerażone, jakby właśnie ujrzeli ducha.
Nie zareagowali na wyraźny rozkaz swego przywódcy, stojąc wciąż pod ścianą i trzęsąc się ze strachu.

- Odnoszę wrażenie, że twoi koledzy woleliby nie brać udziału w tej zabawie. Najwyraźniej... nie czują się najlepiej - rzekł lekko rozbawiony, spoglądając z ukosa na wciśniętych w ścianę ludzi.

Butny mężczyzna nie chciał jednak zrezygnować, pragnąc udowodnić sobie własne bohaterstwo przyjął śmiałą pozycję bojową, szykując się do skoku.
Severus od niechcenia machnął różdżką, zwalając atakującego go osobnika z nóg, który przewracając się, rąbnął w stojący nieopodal śmietnik.

Klnąc wygrzebał się ze śmierdzącej sterty, uparcie chcąc wygrać to starcie, lecz ponownie przeszkodziło mu zaklęcie. Świsnęło i z różdżki wydobył się jasny, wąski strumień światła, przypominający płonący, czerwony bicz, który smagnął mężczyznę po twarzy. Z jego policzka trysnęła krew, zatoczył się, osłaniając rękoma głowę i upadł u stóp Severusa z cichym jęknięciem.

Dwaj stojący pod ścianą mężczyźni rzucili się do ucieczki, potykając się i przewracając o porozrzucane dokoła śmieci, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.
Severus pochylił się nad leżącym w błocie człowiekiem, jak drapieżnik gotów rozszarpać swoją ofiarę. Zmrużył oczy, przyglądając się człowiekowi z mściwą satysfakcją. Mężczyzna dygotał ze strachu, uciskając policzek dłonią, a z głębokiego rozcięcia obficie płynęła krew, zalewając mu całą twarz. Czując na sobie świdrujące spojrzenie przeciwnika, skulił się i pisnął, spodziewając się zapewne śmiertelnego ciosu.

Czarnowłosy mężczyzna kucnął przy przerażonym osobniku, śmiejąc się cicho. Dodatkowa możliwość podręczenia swojej ofiary, a raczej "pouczenia" jej, sprawiała mu mnóstwo przyjemności. Chwycił za przegub i odgiął siłą jego rękę, odsłaniając umazaną we krwi twarz. Mężczyzna miał zaciśnięte powieki i z trudem łapał powietrze. Gdy Severus dotknął różdżką jego policzka i powoli przeciągnął nią wzdłuż paskudnej rany, zadrżał i zawył, jakby ktoś przyłożył mu do twarzy rozpalony pogrzebacz.

- Boli?... to dobrze... powinno boleć... - wyszeptał , obnażając zęby w szyderczym uśmiechu i nachylając się tak, by ich twarze znalazły się w odległości zaledwie kilku cali od siebie.
- Wynoś się! - syknął mu do ucha przez zaciśnięte zęby, na co człowiek odsunął się szybko od swego wroga, po czym poderwał się i zniknął w ciemności, biegnąc rozpaczliwie w kierunku wyjścia ze ślepej uliczki, gdzie majaczyło blade światło latarni.

Czarnowłosy mężczyzna stał przez chwilę, spoglądając za uciekającym w panice mugolem, po czym powoli odwrócił się w stronę skulonej pod ścianą, zakrwawionej postaci. Zapalił koniec swej różdżki, przyglądając się z uwagą zwiniętemu w pozycji embrionalnej, nieprzytomnemu młodemu człowiekowi.
Leżał na boku, osłaniając głowę poranionymi rękami, jego koszula była przesiąknięta krwią w miejscu, gdzie kula weszła w ciało. Pochylił się, odciągając jego dłonie od twarzy. Młodzieniec miał złamany nos, był opuchnięty, posiniaczony i umazany własną krwią oraz błotem. Dało się jednak słyszeć płytki, charchoczący oddech. Jeszcze żył, choć sądząc po częstotliwości pulsu i ilości utraconej krwi, ten stan nie będzie trwać zbyt długo.

Snape zawahał się przez chwilę, zastanawiając się, czy faktycznie powinien robić to, co podpowiadał mu głos rozsądku... a może sumienia. Nie mógł jednak zlekceważyć tej sprawy, zostawiając wykrwawiającego się człowieka bez pomocy, zważywszy, że niejako uratował mu życie, a przynajmniej przeszkodził w całkowitym skatowaniu go przez trzech oprawców, którym najwyraźniej brakowało rozlewu krwi i chcieli swoją ofiarę zmasakrować tak, by jej nikt nie poznał.

Nie mógł tak po prostu odwrócić się i odejść. Ten człowiek jeszcze żył! Nie pomagając mu, stałby się mordercą. Co prawda zabijał już wielokrotnie, zabójstwo nie było dla niego czymś nowym ani trudnym. Ale pozostawianie bezbronnego, umierającego mugola bez pomocy, było czymś całkowicie różnym od zabójstwa w walce czy na zlecenie. Zresztą... dotychczas zabijał wyłącznie czarodziejów i nigdy nie robił tego dla przyjemności, ale zawsze na wyraźne polecenie. Nie zdarzyło mu się jeszcze, by zabił jakiegokolwiek mugola, lub by pozwolił któremuś umrzeć, stojąc obok i patrząc, gdy - jako czarodziej - miał możliwość udzielenia pomocy.

Mugole byli wobec czarodziejów całkowicie bezradni, więc traktował ich inaczej... z pobłażaniem. Nie lubił nadużywać swych umiejętności, podczas gdy szanse obu stron były zdecydowanie nierówne, dlatego wyznawał zasadę, by nie tykać ludzi niemagicznych. Pomijając szczególne przypadki, kiedy dawał tak zwaną "nauczkę" agresywnym natrętom, która zazwyczaj ograniczała się do postraszenia osobnika, ewentualnie lekkiego "kuksańca". Na palcach u jednej ręki można policzyć ile razy zmodyfikował mugolom pamięć - były to wyłącznie przerażone dzieciaki, tak przerażone, że ledwo żywe. W większości jednak pozostawiał ludziom ich miłe wspomnienia, będąc zdania, że mają prawo do jakiejś "pamiątki" po bliskim spotkaniu z... diabłem... jak to określali. Zresztą i tak nikt im w te niesamowite opowieści nie wierzył... a amnezjatorzy nie zajmowali się takimi błahostkami, jak łagodzenie skutków przygodnych incydentów, mieli ważniejsze i poważniejsze zadania. Na przykład uspokajanie opinii publicznej, gdy dochodziło do zaginięć lub dziwnych "wypadków" na masową skalę, a osoby, którym jakimś cudem udało się przeżyć, nie były w stanie opowiedzieć, co je spotkało.

Severus gardził ludźmi, którzy pastwili się nad zupełnie bezbronnymi wobec nich "niemagcznymi". Uważał podobne zachowanie za zezwierzęcenie... całkowity moralny upadek. Dlatego nigdy nie brał udziału w podobnych "zabawach", stanowczo odmawiając torturowania mugoli. Wielokrotnie narażał się tym samym na karę, gdyż nieposłuszeństwo niektórym czarodziejom wiązało się z bolesnymi konsekwencjami. Jednak nie dbał o to, miał swoje zasady. Mugole stanowili dla niego zupełnie inną kategorię ludzi, byli jak dzieci... można je straszyć... ale nie wyrządza im się krzywdy.

"Krzywdę" wyrządzał wyłącznie czarodziejom, i tylko wtedy, gdy wyraźnie się o to prosili. Jeśli mógł, starał się unikać używania broni ostatecznej, jaką było zadanie śmierci, specjalizował się raczej w szantażach i zastraszaniu. Był mistrzem w torturach psychicznych, rzadko biorąc udział w krwawych jatkach, które napawały go obrzydzeniem, gdyż uważał to za wysoce prymitywny sposób załatwiania interesów. Wolał bardziej wysublimowane narzędzia.

Przełamując własne wątpliwości przyklęknął przy skulonym, bezwładnym ciele, rozcinając jednym machnięciem różdżki zakrwawioną koszulę. Tuż pod żebrami czerniła się niewielka dziurka, z której rytmicznie chlustała krew.

Seveus mruknął parę dziwnie brzmiących słów i kula leniwie wypłynęła z ciała razem ze strumieniem ciemnoczerwonej, gęstej krwi. Ponownie wyszeptał formułę, celując różdżką w ranę i miejsce po postrzale zasklepiło się w mgnieniu oka, nie pozostawiając nawet małej blizny. Następnie przyłożył różdżkę go twarzy nieprzytomnego, błysnęło światło i po chwili nos człowieka był cały, nieuszkodzony i również przestał krwawić.

Ocucił chłopaka przy pomocy zaklęcia i zgasił różdżkę. Ten powoli otworzył oczy i potoczył mętnym wzrokiem, jakby nie wiedział, co właściwie się stało i w jaki sposób znalazł się na ziemi. Jednak szybko sobie przypomniał, a widząc pochylającego się nad nim człowieka, którego uznał zapewne za jednego ze swych oprawców, krzyknął przeraźliwie, chcąc się wyrwać i uciec. Jednak powstrzymał go stanowczy uścisk ręki nieznajomego mu mężczyzny.

- Leż - syknął, a pobity posłusznie znieruchomiał.

- K-kim jesteś? - wysapał, wpatrując się ze strachem w ciemną postać.

- Poleż przez chwilę spokojnie.

- Gdzie oni są?... Uciekli?... T-ty ich przepędziłeś?... - Rozglądał się dookoła wyraźnie oszołomiony, zapewne nie rozumiejąc, dlaczego jest cały i nie czuje żadnego bólu.
- Uratowałeś mnie? C-co zrobiłeś? - wyszeptał, wlepiając swe błyszczące gorączkowym ogniem oczy w nieoczekiwanego, tajemniczego wybawiciela.

Severus nie odpowiedział, przypatrując się z uwagą zdezorientowanemu człowiekowi, który zachowywał się tak, jakby dostał czymś ciężkim w głowę. Sądząc po jego nieprzytomnym spojrzeniu i roztrzęsieniu, był w głębokim szoku.
Czarnowłosy nieznajomy zwolnił uścisk, pozwalając młodzieńcowi wstać z ziemi. Ten podniósł się powoli, lekko zataczając się i opierając o umazaną krwią ścianę.
Oddychał szybko i był wyraźnie wylękniony.

- J-jak to zrobiłeś?... - Chwycił się brzuch, odchylając swoją zakrwawioną koszulę i z niedowierzaniem stwierdzając, że jest całkowicie zdrowy. Nie było śladu po kuli. Wstrzymując oddech, spojrzał szeroko otwartymi oczami na czarnowłosego człowieka, który (wydawać by się mogło) lekko się uśmiechnął. - Kim ty jesteś??... - wydukał na wydechu, zupełnie nie rozumiejąc "dlaczego" i "jak".

- Zmykaj stąd - rzekł wysoki mężczyzna prawie łagodnym tonem, taksując chłopaka badawczym spojrzeniem.

- A... ale...

- Ale już! - warknął cicho, a oczy błysnęły mu w ciemności.

Oszołomiony młody człowiek chwiejnie ruszył w kierunku wyjścia z uliczki, oglądając się niepewnie na stojącego za nim, tajemniczego mężczyznę. Odszedłszy parę kroków przystanął na moment, przyglądając się przez ramię dziwnemu wybawicielowi, który odziany w czerń z błyszczącymi zimnym ogniem źrenicami, wyglądał jak wysłannik samego diabła. Jednak, to właśnie jemu zawdzięczał uratowane w niewyjaśniony sposób życie.

- Dziękuję... - szepnął łamiącym się głosem, drżąc na całym ciele, a w jego rozszerzonych szokiem oczach zaszkliły się łzy wdzięczności. Odwrócił się i słaniając się i potykając o metalowe poprzewracane śmietniki, z wolna się oddalił.

Stojący w ciemnościach, wysoki mężczyzna w milczeniu odprowadził zataczającego się chłopaka wzrokiem. Na jego ukrytej w cieniu twarzy odbiły się różne emocje, które rzadko występowały razem, i których przecież nigdy nie okazywał. Po części było to zdumienie, po części konsternacja, po części złość i jeszcze... dziwne wrażenie, którego nazwać nie potrafił... albo nie chciał. Poczuł specyficzne ciepło w klatce piersiowej, którego nie doświadczał już od wielu długich lat. Tak dawno, że już prawie zapomniał, jak bardzo jest to przyjemne.

Nasunął na głowę kaptur i odwrócił się, podążając w stronę ciemnego końca uliczki. Szedł powoli niesiony jakąś lekkością, całkiem nieświadomy tego, że się uśmiechał.

~*~


Od czasu wydarzeń, które rozegrały się w ciemnej uliczce minęło kilkanaście godzin. Smętny, dżdżysty dzień odpłynął leniwie, ustępując miejsca czarnej nocy, która ze swoistą sobie cyklicznością pogrążała świat w nieprzeniknionym mroku, rozpoczynając swoje panowanie. Podczas rządów nocy otaczająca ludzi rzeczywistość zmieniała się diametralnie, jakby uchylały się drzwi do królestwa zła, gdy tylko opadnie kotara ciemności, wypuszczając na ulicę przestępców, morderców, tajemniczo snujących się... zakapturzonych.

Jeśli komuś zależało na własnym bezpieczeństwie, nigdy po zmroku nie szlajał się po uliczkach, wiedząc doskonale, czym może to grozić. Niestety, niektórzy nawet w zaciszu własnych domów nie mogli czuć się bezpiecznie.

W rogu ciemnego pokoju, którego wnętrze oświetlała wyłącznie blada poświata padająca od ulicznej latarni, leżał człowiek. Zwinięty na podłodze, a na jego bladej twarzy błyszczały kropelki potu, jakby był ciężko chory. Faktycznie, nie wyglądał na zdrowego, jęczał cicho, trzymając się za żołądek i dygocąc jak w delirium.

Z blatu stołu, pod którym leżał ów nieszczęśnik, kapały rytmiczne krople rozlanej malinowej herbaty, na dywanie skrzyły się porozrzucane wokoło odłamki stłuczonej filiżanki.
Pojękujący mężczyzna najwyraźniej nie był w stanie podnieść się i wezwać pomocy, jego ciało było jak sparaliżowane, pozbawione całkowicie sił.

Czynił wysiłki, by dosięgnąć swojej różdżki, spoczywającej w odległości paru cali do jego lewej ręki. Drżące palce prężyły się by złapać wypolerowaną rączkę, jednak nie były w stanie jej uchwycić. W zasięgu wzroku mężczyzny pojawił się nagle dziwny widok, para butów, które przystanęły tuż obok leżącej różdżki i kopnęły ją parę stóp dalej.

- No i jak się czujesz... Smith? - usłyszał, znany mu dobrze, zimny głos. - Nie wyglądasz najlepiej.

Właściciel głosu kucnął przy wijącym się w bólu mężczyźnie, przyglądając się mu w milczeniu. Człowiek nazwany Smithem mógł dostrzec tylko ciemny zarys jego sylwetki, która ledwo majaczyła w panującym wokoło mroku.

- Och... chyba ktoś cię otruł... nie mylę się? - spytał jadowicie.

- Skąd... ty... dlaczego... - wysapał mężczyzna, łapiąc z trudem powietrze.

Tajemniczy gość uśmiechnął się tylko i wstał, zaczął krążyć po pokoju, rzucając krótkie, pełne drapieżnej satysfakcji spojrzenia w stronę skulonej na podłodze postaci. Najwyraźniej napawał się niecodziennym widokiem, gdyż do końca nie wiedział jaka będzie reakcja organizmu na malinową truciznę, która została podana temu mężczyźnie.

- Powinien pan bardziej uważać, panie Smith, na to... co pan pije. Muszę przyznać, że ta trucizna działa bardzo efektownie.

- T-to... niemożliwe... nie ty... nie mogłeś...

- Ależ owszem, to wysoce prawdopodobne. Zapewniam cię, że mogłem. - rzekł chłodnym głosem i uśmiechnął się drwiąco. - Miałem wszystko, co jest potrzebne do tak zwanej zbrodni: narzędzie, za pomocą którego można zabić, czyli truciznę; powód, który popchnąłby mnie to takiego czynu; zły humor, który tylko potęgował moją potrzebę zemsty.
Ty mogłeś mieć po prostu pecha, ale jednak w jakiś sposób sobie zasłużyłeś na mój gniew. Zaszedłeś mi za skórę, a ja nie toleruję zbyt długo ludzi, którzy mnie irytują... Mogłem po prostu stracić cierpliwość i zechcieć się ciebie pozbyć.

Przystanął, spoglądając na leżącego na podłodze mężczyznę, który powoli tracił kontakt z rzeczywistością, toczył wokół mętnymi oczami a z kącika jego ust sączyła się ślina.

- Powinieneś mieć się bardziej na baczności... i nie zadzierać z czarodziejami potężniejszymi od siebie, bo może się to skończyć... nieciekawie.

Pochylił się i zaczął przeszukiwał kieszenie szaty jęczącego w agonii człowieka, w końcu wydobył mały, zwinięty w rulonik pergamin. W jego oczach błysnął ogień, szybko złamał pieczęć, rozwijając pismo. Zapalił różdżkę i przeczytał uważnie jego treść.

~ ZEZWOLENIE NA PRZEPROWADZENIE INSPEKCJI ~

Zgodnie z paragrafem 3. pkt.5) Rozporządzenia Ministra Magii w sprawie określania i konfiskaty niebezpiecznych przedmiotów oraz substancji magicznych, na mocy Ustawy o ochronie i kontroli magicznej, zezwala się na przeprowadzenie szczegółowej inspekcji w posiadłości pana Lucjusza Malfoya zamieszkałego przy Blowing Hill Alley 9 w Wiltshire; oraz na użycie wobec niego Veritaserum w celu uzyskania wszelkich niezbędnych informacji na temat posiadanych przez niego przedmiotów i substancji (zgodnie z zasadami określonymi w art. 15 ust. 8. Powszechnej Deklaracji Praw Czarodziejów). Nakaz rewizji posiada moc prawną; niezastosowanie się przesłuchiwanego do stawianych mu żądań grozi aresztem i pociągnięciem do odpowiedzialności karnej.

Podpisano:
Stuart O'Neill.
Przewodniczący Rady Nadzorczej ds. Inspekcji i Konfiskaty


- No proszę... - rzekł kpiąco, zwijając pergamin i chowając go do kieszeni - Widzę, że jednak postarałeś się o nakaz... Kto by pomyślał?... Byłeś chyba zdeterminowany i bardzo musiało ci na tym zależeć, no tak... gdy ma się odpowiednią motywację... - spojrzał zdegustowany na wijącego się człowieka - I co ja mam teraz z tobą zrobić, Smith?

- Ale... m-mówiłeś...

- Mówiłem, masz rację... I obawiam się, że się mylisz. Nie mi przypadło w udziale osobiste otrucie ciebie. Choć muszę przyznać, że... trochę mi szkoda, ominęła mnie wielka przyjemność. Widzisz, ja zawsze staram się dotrzymywać swoich obietnic, czasami tego żałuję, bo chętnie bym zmienił zdanie - jego głos był pełen sarkazmu i jadu a wargi wykrzywił mu szyderczy grymas satysfakcji - Ale teraz jest to już bez znaczenia, stało się to, co miało się stać. Zgodnie z moim zamierzeniem. Tylko... ach... niestety będą ofiary w ludziach, ale zawsze trzeba coś poświęcić dla dobra sprawy, zgadza się, panie Smith?

Leżący mężczyzna zadygotał silnie i jęknął, jakby podana mu trucizna zaczęła wypalać wnętrzności. Jego paciorkowe, brązowe oczy błysnęły w świetle różdżki.

- Błagam... cię... nie chce... umierać... proszę... - wydusił, a kącika ust wypłynęła mu spieniona krew.

- Och... nikt nie chce umierać. Jednak nie przypominam sobie, bym ci obiecywał, że będę cię ratować... mówiłem tylko, że cię nie zabiję, jak wykonasz zadanie. Nie moja wina, że ktoś inny targnął się na twoje marne życie - wydął wargi i wzruszył ramionami, zachowując całkowitą obojętność w stosunku do umierającego człowieka.

- Ale masz nakaz... możesz wszystko... czemu...

- Nie, znowu się mylisz - przerwał mu przybysz - nie chcę "wszystkiego"... interesuje mnie wyłącznie jedna błyskotka będąca w posiadaniu Malfoya... jedna, niezwykle ważna błyskotka. - Spojrzał z ukosa na skulonego człowieka. - Ale bez twojej małej "pomocy" byłoby mi znacznie trudniej, chyba winien ci jestem wdzięczność. Powinieneś się cieszyć... ja naprawdę bardzo rzadko jestem komuś wdzięczny, tylko że... moja wdzięczność nie wystarczy, by uratować ci życie. Przykro mi. - skwitował zupełnie beztrosko.

Odwrócił się i zrobił parę kroków w stronę kominka, chcąc zapewne za jego pomocą opuścić dom Jonathana Smitha.

- Nie... zostawiaj... mnie... tak... - wyszeptał mężczyzna, a w jego oczach dało się dostrzec nie tylko ból spowodowany działaniem trucizny, ale również rozpacz i panikę.

Wysoki człowiek zatrzymał się i obejrzał na dygocącą postać, która wyglądała tak bezradnie i żałośnie, że widok ten wyzwolił w patrzącym uczucie zniesmaczenia. Obserwator skrzywił się i rzekł cynicznie:
- A czego ode mnie oczekujesz, Smith? Że potrzymam cię za rękę, jak będziesz oddawał ostatnie tchnienie? Co miałbym teraz dla ciebie zrobić?... Nie rozśmieszaj mnie i umrzyj godnie.

Leżący na podłodze mężczyzna zalał się łzami i zaskamlał jak szczeniak: - Mam... rodzinę... dzieci... nie mogę... umrzeć...

- Możesz... uwierz mi, że możesz. To naprawdę żadna sztuka - umrzeć, wiem, bo wielokrotnie obserwowałem śmierć. Każdemu, kto umierał w końcu jakoś się udało się tego dokonać. Niektórzy oczywiście próbowali z tym walczyć, ale bezskutecznie. - Uśmiechnął się szyderczo, widząc coraz większy strach w oczach swego rozmówcy - Nie ty jeden umierasz, mając rodzinę, zresztą nie mieszkasz z nią, więc nie zrobi im to różnicy, nie sądzisz? Nie wydaje mi się też, by twoje pociechy miały zatęsknić nagle za ojcem, którego i tak nigdy nie widują. Przecież twoje dzieci to mugole, prawda? Prawie cię nie znają i raczej nie będą po tobie płakać. Ja również nie. Chociaż... muszę ci się przyznać, że częściowo jestem odpowiedzialny za ten stan rzeczy. A ty, jak by nie było, wywiązałeś się z danego mi słowa, wykazałeś się sprytem i odwagą, o którą cię nie podejrzewałem. Taka postawa godna jest docenienia. Zasłużyłeś sobie na nagrodę, tak się składa, że mogę ci ją wręczyć. Pytanie tylko, czy docenisz wagę mojego szlachetnego gestu... - zmierzył badawczym wzrokiem trzęsącego się człowieka i ściągnął w rozterce brwi, jakby się wahał, rozstrzygając między dwoma skrajnie różnymi rozwiązaniami.

Po dłuższej chwili zastanowienia, sięgnął do swojej szaty i wydobył z niej małą, drewnianą szkatułkę i stuknął w nią różdżką. Zamek szczęknął cicho i wieczko pudełka uchyliło się, ukazując trzy małe buteleczki. Wyciągnął ze szkatułki jedną z nich, wypełnioną mętną, perlistą substancją i powoli podszedł do leżącego na podłodze mężczyzny, który patrzył nań oczami pełnymi cierpienia. Ponownie przykucnął przy skulonym wijącym się z bólu człowieku i odkorkował kryształowy flakonik, jego zawartość zamigotała w świetle zapalonej różdżki.

- Nie rozmawialiśmy dotychczas o twoim wynagrodzeniu, za wykonanie mojego zlecenia, możesz to traktować jako zapłatę - rzekł rozchylając człowiekowi szczęki i wlewając srebrzącą się miksturę do gardła.

Mężczyzna zadygotał silnie i zacisnął powieki, po chwili znieruchomiał oddychając spazmatyczne. Wyglądało na to, że podany mu płyn przyniósł pożądany efekt, odwracając skutki działania trucizny. Człowiek rozejrzał się przytomniej napotykając spojrzenie czarnych, zimnych oczu. Pochylający się nad mim mężczyzna uśmiechał się dziwnie, wyraźnie zadowolony, jakby jego oczekiwania właśnie się spełniły.

- Odnoszę wrażenie, że masz więcej szczęścia niż rozumu, Smith - odezwał się z drwiną w głosie. - Powinieneś czuć się zaszczycony, zagrałeś pierwszoplanową rolę w moim małym spektaklu.

Leżący na podłodze człowiek wyglądał, jakby w ogóle nie zrozumiał, o czym mówi czarnowłosy mężczyzna, wpatrywał się w niego oszołomiony z otwartymi ustami, jakby został nagle wyrwany z koszmarnego snu i jeszcze nie zdążał dojść do siebie.

- Powiedziałem, że włos ci z głowy nie spadnie... kłamałem, jestem niestety zmuszony... - Na te słowa rozdygotany człowiek skulił i zasłonił ramionami, jednak wydarzyło się coś zupełnie innego, niż się spodziewał. - Wybacz, ale to będzie mi bardzo potrzebne - rzekł ciemnowłosy mężczyzna, wstając i chowając wyrwany pukiel włosów do kryształowej fiolki.
- Zabawiłbym dłużej, ale czas mnie nagli, muszę koniecznie zapytać o parę rzeczy pewnego zacnego obywatela. Między innymi o to, gdzie trzyma swój najnowszy nabytek... niezwykle cenny nabytek - oczy błysnęły mu jakimś tajemniczym czerwonym płomieniem - Jego właściciel nie zdaje sobie nawet sprawy, jak bardzo jest on wartościowy.

Skierował się w stronę kominka i sypnął proszkiem w zimnie palenisko, które buchnęło zielonymi, jasnymi płomieniami, po czym odwrócił się w stronę pogrążonego w zielonym blasku pokoju. Dziesięć stóp dalej na dywanie, siedział krępy, niski człowiek i wpatrywał się w swego gościa zszokowany wszystkim, co się wydarzyło. Ciemna sylwetka przekroczyła wysokie płomienie, po chwili spod zielonej kutyny ognia wysunęła się różdżka.

- Pewnych rzeczy nie warto pamiętać, Smith... - szepnął odziany w czerń osobnik - Malfoy również będzie zmuszony zapomnieć, że był kiedykolwiek posiadaczem złotego pucharu z ozdobnym orłem.

Płomienie zawirowały i stojący w nich człowiek rozpłynął się w językach szmaragdowego ognia. Jonathan Smith spoglądał błędnym wzrokiem na rozrzucone na dywanie, resztki swojej ulubionej filiżanki, zupełnie nie mogąc sobie przypomnieć, w jaki sposób się stłukła.

~ KONIEC ~