Miniaturka napisana na przeprosiny pewnej Adminki ( byłam niegrzeczna i pisałam nieładne ff-y )
Czas akcji rysuje się raczej gdzieś na początku 5 tomu, choć w zasadzie...eh...powinnam powiedzieć, że po 5 tomie, ale z małymi odchyleniami od książkowej fabuły, gdyż w moim ff-ie Syriusz Black żyje-taki mój mały kaprys.
Tyle tytułem wstępu.
.......................................
"Na tyle słabi - na ile podzieleni, na tyle silni - na ile zjednoczeni."
I. "Na tyle słabi..."
Przekraczam już po raz kolejny progi tego domu, a za każdym razem nie potrafię się opędzić od okropnego uczucia, że jestem nieproszonym gościem. Wyjątkowo niechcianym, choć oczekiwanym.
Sprzeczność? Ironia losu.
Nie dziwi mnie to, w końcu swoich wrogów nigdy nie chce się "gościć" pod własnym dachem, choćby przez chwilę.
Mi te wizyty również nie sprawiają żadnej przyjemności, no może trochę cichej satysfakcji, jednak jestem do nich zmuszony.
Gdybym tylko mógł wybrać...
- O! Już jesteś Severusie - słyszę głos Lupina. Opiera się o framugę drzwi uśmiechając się nieznacznie. Zawsze jest w stosunku do mnie tak cholernie uprzejmy. Nienawidzę tego, bo wiem, że robi to naprawdę szczerze. Potrafię rozpoznać, gdy ktoś udaje. - W takim razie czekamy już tylko na Dumbledore'a.
Bez słowa wchodzę do salonu. Faktycznie są już wszyscy. Wszyscy, jak to brzmi? Raczej powinienem powiedzieć garstka. Jest nas tak niewielu w porównaniu z armią Czarnego Pana, która i tak jest mocno nadwątlona.
Nasza konspiracyjna dotychczas działalność zaczęła jednak przynosić niewielkie rezultaty.
Zawsze coś, choć nadal twierdzę, że to za mało.
Cóż, Albus najwyraźniej jest innego zdania, on zawsze porażał mnie swoim niewytłumaczalnym optymizmem, anielskim spokojem w obliczu rzeczy niemożliwych i przerażających.
Siadam z dala od reszty w głębokim cieniu wielkiego fotela. Nie lubię tłumów ludzi, nigdy nie lubiłem.
Denerwuje mnie gęsta atmosfera, która stała się jeszcze bardziej nieprzyjemna tuż po moim przyjściu.
Niektórzy, jak Black na przykład, nawet nie wysilają się z ukrywaniem swej wrogości wobec mnie jawnie ją demonstrując na rozmaite sposoby. Raczej mało wyszukane.
Bałwan! Zawsze był prymitywnie agresywny i przez te wszystkie lata nie raczył nawet nad tym popracować, by udoskonalić swą jadowitą postawę.
Nie mają do mnie za grosz zaufania, żadne z nich. Tylko Dumbledore, ale jego nie liczę, bo on po prostu "wierzy w ludzi" - jak sam twierdzi - i McGonagall... chyba.
No... może jeszcze ten przeklęty Lupin. Nie rozumiem go. Ale kto zrozumie wilkołaka?
- Witam wszystkich. Możemy zaczynać - ach jest i Albus. Dobrze, im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy.
Wszyscy zajmują swoje zwyczajowe miejsca za wielkim stołem, ja również podnoszę się z fotela chcąc mieć to przedstawienie jak najprędzej za sobą. Jestem zmęczony. W tym tygodniu prawie nie spałem, praca na trzy etaty potrafi dosłownie zwalić z nóg.
Dumbledore ucisza ostatnie rozmowy podniesioną dłonią i wstaje z miejsca.
- Na dzisiejszym spotkaniu poruszymy tylko jeden, aczkolwiek wyjątkowo ważny problem, mianowicie- kwestię doniesienia o planowanym ataku na Ministerstwo.
Severusie - zwraca twarz w moją stronę - czy mógłbyś przybliżyć całej reszcie szczegóły tej sprawy?
Wszystkie oczy uważnie zaczęły śledzić każdy mój ruch. Jak ja nienawidzę być w centrum zainteresowania!
Black przeszywa mnie swym pogardliwym spojrzeniem, jestem pewien, że gdyby nie obecność tylu osób z Dumbledorem na czele rzuciłby się na mnie z zamiarem rozerwania na strzępy.
Głupi, zazdrosny kundel.
Krótko, treściwie i bez zbytecznego owijania w bawełnę oraz rozwodzenia się nad niepotrzebnymi opisami przedstawiam sytuację.
Chyba ich zszokowałem. Tylko Albus zachowuje kamienny nieprzenikniony wyraz twarzy, ale on już słyszał wcześniej mój raport, jednak nawet wtedy pozostawał opanowany.
Zadziwiający człowiek. Jak on to robi?
Reakcja członków Zakonu nieco mnie śmieszy. Razem stanowią osobliwy obrazek: Molly Weasley zastyga w bezruchu; McGonagall zasłania usta dłonią; Moody wbija we mnie to swoje przeklęte magiczne oko; Tonks z niedowierzaniem kręci głową; Lupin lekko blednie.
A Black...
- Nie mamy żadnych podstaw, by wierzyć temu... - najwyraźniej szuka przyzwoitego słowa. Wygląda zabawnie - ... informatorowi.
Chyba parsknę ze śmiechu... cóż za "elokwencja", nie podejrzewałem cię Black.
- Skąd mamy wiedzieć, czy to nie jest zwykła pułapka, nie sądzę, by Sam - Wiesz - Kto informował swoich śmierciożerców o rzeczach tak ważnych.- krzywi się z pogardą, jednak ja nie pozostaję mu dłużny - Chyba, że Snape jest jego zaufanym sługą - ostanie słowa wręcz wypluwa.
- Syriuszu. - Dumbledore wkracza na scenę z wyraźnym naciskiem sygnalizując, by Black nie przekraczał pewnych niepisanych granic.
Jednak ten głupi kundel, zaślepiony nienawiścią, nigdy nie będzie w stanie trafnie odczytać takich "subtelnych" komunikatów. Prostak!
- Wiesz co, Black? - zaczynam cicho i spokojnie, choć mam ochotę dać temu kretynowi na odlew w pysk - Nie interesuje mnie twoje zdanie na ten temat, ale jeśli czujesz niedosyt i nie potrafisz znieść poczucia swojej mniejszej roli, powiem ci... Czarny Pan nigdy nie informuje mnie o swoich zamiarach osobiście.
Muszę się uspokoić, biorę głębszy oddech. Cholerny zapchlony bohater! Mocny tylko w gębie.
Black powoli podnosi się z miejsca. Jest wściekły, widać to jak na dłoni. Nigdy nie potrafił ukrywać swych emocji. Jego oczy płoną chęcią mordu, ale przynajmniej nie sili się na udawaną sympatię, jak cała reszta. Trzymają się na dystans udając neutralność. Kiepsko im to wychodzi, atmosfera aż kipi od wrogości, którą pragną ukryć za wszelką cenę... resztkami sił.
Całkiem groteskowe.
Znaleźli sobie czarną owcę, jakież to łatwe. Wystarczy teraz zrzucić wszystkie niepowodzenia minionych akcji na mnie wmawiając sobie, że jestem zdrajcą.
Proste.
Pozostaję na miejscu, nie będę bezsensownie tracił energii i tak zbyt wiele wysiłku kosztuje mnie utrzymanie kamiennej maski na twarzy.
- Dość! - Albus wstaje, w jego oczach dostrzegam ostrzegawczy błysk - Nie jesteśmy tutaj by toczyć wewnętrzne walki. Stanowimy zespół... nie zapominajcie o tym.
Zespół... akurat. Nie potrafię opanować kpiącego uśmieszku, który przez ułamek sekundy gości na mych ustach. Black oddychając ciężko ponownie zajmuje swoje miejsce. On również nie wydaje, się być przekonany, co do szczerej współpracy między nami.
Przynajmniej w tej jednej kwestii zgadzamy się całkowicie!...Dość specyficzne uczucie, zgadzać się z Blackiem.
Reszta spotkania przebiega we względnym spokoju, nie licząc nienawistnych spojrzeń rzucanych w moją stronę między innymi przez młodego Weasleya. Smarkacz.
No i oczywiście kipiącego wulkanu, jakim jest zapchlony kundel.
Erupcja niewątpliwie nastąpiłaby, gdyby Albus nie oznajmił końca naszych obrad. Rychło w czas.
Z ogromną ulgą podnoszę się z krzesła, wreszcie opuszczę to jakże sympatyczne domostwo.
Marzę wyłącznie o jednym - o łóżku. Głowa mi pęka, jestem całkowicie wyczerpany. Parę osób zostaje na kolacji. Byłem co prawda wielokrotnie zapraszany - niedoczekanie - jednak jakoś bez przekonania, z czystej grzeczności.
Czy im się naprawdę wydaje, że chciałbym zostać, choć jeszcze przez chwilę, w tym miejscu narażając się na kolejne ataki ze strony "pana domu"?
Swoją drogą ciekawa perspektywa... może kiedyś przyjmę zaproszenie, tylko po to, by popatrzeć sobie na reakcję Blacka. Tak... może kiedyś, jednak nie dziś. Po wczorajszym "przedstawieniu" Czarnego Pana nie mam najmniejszej ochoty zabawiać się z tym kundlem.
Ani ochoty, ani energii.
Jestem zupełnie pozbawiony sił. Czuję to specyficzne zimno... przeszywające zimno.
W zasadzie powinienem się już do tego przyzwyczaić, zawsze tak się czuję, gdy oberwę Cruciatusem.
To tak zwane sprzężenie zwrotne - pojawia się w przeciągu doby po rzuceniu klątwy.
A gdy ową klątwą obrywa się zbyt często, objawy nasilają się. W moim przypadku najwyraźniej się nasiliły.
Mam tylko nadzieję, że nikt nie zauważy jak chwieję się na nogach. Tego bym sobie nie wybaczył!
Nigdy nie okazywałem słabości. Tym razem będzie podobnie.
Czy nigdy?
Ach, tylko przed Albusem... ale przed nim nie ma sensu udawać. Niczego nie zdołam ukryć, jest zbyt... spostrzegawczy i "dociekliwy".
Tylko on wie co czuję, gdy jestem na dnie. Tylko jemu pozwalam na to, by ujrzał mą prawdziwą twarz. Nikomu innemu!
Zbliżam się do drzwi wyjściowych i zdejmuję płaszcz z wieszaka. Jednak po chwili upuszczam go na podłogę. Moja lewa ręka odmawia posłuszeństwa, drętwieje.
Przeklęty Znak! Już nie raz doprowadzał do podobnych sytuacji.
Dumbledore twierdzi, że to za sprawą odrodzonej mocy Czarnego Pana... i mojego braku "lojalności" wobec niego.
Dwie zwalczające się siły tkwiące w jednym ciele. Być może to od tego, nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że utrudnia mi to "normalne" funkcjonowanie.
Zwłaszcza, podczas warzenia eliksirów. Już niejeden całkowicie zepsułem właśnie z tego powodu.
Pochylam się, by podnieść płaszcz, jednak ktoś okazuje się być ode mnie szybszy. Lupin.
- Proszę - patrzy na mnie trzymając płaszcz w wyciągniętej ręce. Patrzy jakoś dziwnie, jakby wszystko wiedział.
Niemożliwe!
- Dziękuję - odbieram moją własność i zarzucam na ramiona.
Lupin nie rusza się jednak z miejsca cały czas bacznie się we mnie wpatrując. Czego u diabła chce? Widzę jego przepełniony troską wzrok. Cholera... domyśla się. Niedobrze, nie pozwolę się zdemaskować!
- Chcesz mi coś oznajmić, Lupin? - mówię najbardziej chłodnym głosem, na jaki mnie stać w tej chwili - Jeśli nie, to nie musisz mnie dłużej pilnować... zapewniam cię, że potrafię ubrać się samodzielnie i odnaleźć drogę do wyjścia.
Uśmiecha się... nieznacznie, ale wystarczająco, bym to ujrzał. Przebiegły wilkołak, ma bardziej wyczuloną intuicję niż inni, nie kupi taniej bajeczki. Nie nabierze się na mój sarkazm.
Gdybym nie był taki osłabiony, nie miałby ze mną szans. Nigdy by mu się nie udało przebić przez ten idealny emocjonalny mur, doskonałą barierę, którą opracowałem do perfekcji.
- Więc o co chodzi Lupin? - gram dalej, nie pozostało mi nic innego.
Uśmieszek znika z jego twarzy ustępując miejsca śmiertelnej powadze. Nie podoba mi się to. Kto, jak kto, ale Lupin jest chyba ostatnią osobą, która powinna... Co on robi!?
Chwyta mnie za lewą rękę, która jest jeszcze bezwładna i nienaturalnie zimna. Nie mam siły jej wyrwać. Zaskoczył mnie drań! Bezczelny cwaniak!
- Lupin... jeśli chcesz kogoś potrzymać za rękę to znalazłeś niewłaściwą osobę - cedzę przez zęby, jeśli nie puści mnie natychmiast nie mogę za siebie ręczyć - puść mnie Lupin z łaski swojej... chciałbym już opuścić ten dom.
Jego palce jeszcze mocniej zaciskają się na moim przegubie. Ma bardzo ciepłe dłonie, w porównaniu z moimi są wręcz parzące.
Patrzy mi prosto w twarz - cholera - widać, że jest nieugięty, domaga się wyjaśnienia.
- Dlaczego... dlaczego tu przyszedłeś w takim stanie? - jego głos jest miękki, cichy. Mówi szczerze.
Jak ja nienawidzę tej gryfońskiej bezpośredniości! Co go to interesuje? Co go obchodzi stan mojego zdrowia!?
No i co mam mu odpowiedzieć? Do diabła! Tego już za wiele, jestem zmęczony, a tu jeszcze muszę użerać się z przeklętym wilkołakiem.
- Wybacz Lupin, ale to nie twój interes, co robię, a czego nie robię. Byłbym wysoce zobowiązany gdybyś zechciał uwolnić mnie ze swojego serdecznego uścisku.
Choć tembr mojego głosu jest wręcz idealną maską czuję, że przegrałem. Lupin jest teraz panem sytuacji. Cholera! Kręci mi się w głowie, muszę koniecznie odpocząć.
Lupin w końcu puszcza moją rękę. Czyżby zrezygnował? Nie... cały czas patrzy w ten właściwy sobie sposób - jakby mnie nienawidził i współczuł jednocześnie. Doskonale znam to spojrzenie, raczył mnie nim niemal każdego dnia, gdy razem przebywaliśmy w Hogwarcie.
Nienawidzę tego, nie znoszę współczucia! Ono robi ze mnie jakąś przeklętą ofiarę, a ja nie jestem ofiarą... nikt nie powinien mi współczuć! Nie ma czego. Ja jestem katem- tu nie ma miejsca na zrozumienie. Na wybawienie. Na zaszczyt współczucia.
Zapinam płaszcz i odwracam się w stronę drzwi. Opuścić to miejsce, jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Zasnąć.
Naciskam klamkę.
- Severus?
No nie, znowu... Czego do cholery?! Przystaję i nieznacznie odwracam głowę patrząc spod opuszczonych powiek na natręta. Inny pewnie uciekłby jak najdalej, gdyby zobaczył mój wyraz twarzy. Tylko, że Lupin nie zalicza się do kategorii "zwyczajnych" ludzi - na moje nieszczęście.
- Uważaj na siebie... - prawie szepcze.
Nawet Dumbledore nie mówił do mnie z taką łagodnością, jego oczy błyszczą dziwnie. I wtedy moje ciało robi coś zupełnie nieoczekiwanego, wbrew mej woli!
Przytakuję i uśmiecham się lekko. Nie drwiąco, ale ciepło... a już myślałem, że się tego oduczyłem.
Dlaczego? Dlaczego do stu diabłów tak się zachowałem!? Jestem zmęczony. Muszę odpocząć.
Otwieram drzwi... już za chwilę będę sam, tylko tego teraz mi trzeba - samotności.