ERYNIE



Severus był wściekły. Miotał się po swojej komnacie, klnąc. Popiół stosu Narcyzy jeszcze nie wystygł, a on musi jechać pilnować tego gryfońskiego smarkacza! Powinien być z Draconem. Na szczęście inni Malfoyowie zajęli się chłopakiem. Zresztą Draco to już nie ten rozpuszczony dzieciak, to półdemon i dorosły mężczyzna, kierujący wielką fabryką. Da sobie radę. Musi. Severus zaśmiał się gorzko. Musi. Gra zawsze musi toczyć się dalej... Snape zauważył, że nawet na pogrzebie co chwilę podchodzili do Dracona czarnoksiężnicy, których nikt nie podejrzewałby ani o pokrewieństwo z Narcyzą, ani o żal po niej. Wiedział, co znaczą te porozumiewawcze spojrzenia, szepty i uściski dłoni. Świat wampirów naprawdę się zbroił; wszyscy producenci broni pracowali na trzy zmiany, nawet w niedziele. Może szalona la Fey miała rację? Może globalny konflikt jest nie do uniknięcia, bez względu na Czwarte Dziecko?


Harry, jak zwykle, strasznie się nudził. Zaprenumerował „Proroka”, ale gazeta nie donosiła o niczym szczególnym poza uniewinnieniem Malfoya. Harry zaklął ze złości. Ta ślizgońska żmija znów się wywinęła. Ze złości kopnął puszkę. Wiedział już, że Malfoy wpakował Percyego do szpitala. Cholerny, ślizgoński gad! Najpierw Ginny, teraz to! Do tego to wampir... To Draco też musi nim być. Chyba...

- Cześć, rudy – Harry uśmiechnął się do psa, który od paru dni pętał się za nim po ulicach – Co tak za mną chodzisz? Czekaj... A może ty jesteś Animagiem?

Pies skinął łbem.

- Pokaż się. Proszę.

Zwierzak nie posłuchał; zaczął obwąchiwać pobliskie krzaki, udając zajętego. Harry westchnął; ciekawe, kto z Zakonu zmieniał się w takiego kundla. Zwierzę nie było ładne. Miało sierść koloru piasku i długie, poszarpane w bójkach uszy; do tego lekko kulało. Musiało kiedyś solidnie oberwać, bo jego pysk był nienaturalnie wykrzywiony.
Harry włóczył się po parku; tak się zamyślił, że nie zauważył bandy Dudleya, dopóki pięciu chłopaków go nie otoczyło. Harry się zawahał; bał się sięgnąć po różdżkę; nie chciał dalszych kłopotów z Wizengamotem.

- Jakiś problem, panowie?

Wszyscy odwrócili się jak na komendę. Ubrany na czarno motocyklista spoglądał na nich zza ciemnych okularów. Kolczyki w kształcie węży dyndały mu w uszach, długie, czarne włosy miał związane w kucyk. Nawet zblazowana banda Dudleya gapiła się na jego maszynę w niemym podziwie.

- Spadajcie, panowie, bo się zdenerwuję – ciągnął mężczyzna. Mówił niemalże szeptem, ale w jego głosie było coś gorszego od wściekłego wrzasku. Dudley i jego kumple gapili się na niego jeszcze przez moment, a potem szybko zniknęli.

- Dziękuję panu – Harry odetchnął z ulgą – Oni...

- Nie gadaj tyle, Potter – mężczyzna zdjął okulary. Harry zdębiał.

- Ss... Snape? – wyjąkał.

- Dla ciebie Profesor Snape, smarkaczu – warknął Severus – Wskakuj, odwiozę cię do domu. Tu nie jest bezpiecznie.

- Przecież tu...

- Kiedyś napadli cię Dementorzy. Profesor Dumbledore kazał cię odwieźć – Severus nie miał ochoty na pogawędkę. Harry posłusznie wsiadł na motor, starając się nie dotykać Snapea. Mistrz Eliksirów powoli manewrował po wąskich uliczkach parku.

- Profesorze, co?..- Harryego zaciekawiły różnokolorowe światełka na kierownicy maszyny. Snape też już spostrzegł to czerwone i migające, w kształcie ptaka.

- Trzymaj się, Potter! – wrzasnął. Pochylił się nad kierownicą; silnik zawył. Harry zauważył tylko, jak coś wielkiego i błyszczącego przemknęło obok nich; Snape gwałtownie przechylił maszynę, ale był za wolny; to coś uderzyło w niego, rozcinając mu kurtkę. Severus zaklął i poderwał Kamikadze w powietrze. Erynie. Całe stado ptaków o stalowych piórach, ostrych jak żyletki. Snape gwałtownie skręcił i rzucił zaklęcie. Jeden z ptaków zatrzepotał rozpaczliwie skrzydłami i spadł na ziemię. Severus wcisnął guzik Deportacji, ale nic się nie stało. Dopiero teraz Mistrz Eliksirów naprawdę się przestraszył; erynie nie mogły używać zaklęć, a więc nie potrafiły zablokować teleportacji. Musiał tu byś jeszcze ktoś. Pytanie tylko, kto... I ilu ich było. Snape znów skręcił, wpadł między korony drzew; słyszał świst stalowych skrzydeł. Kamikadze były szybsze niż erynie, ale ptaki nie były przecież same. Ktokolwiek nimi kierował, mógł w każdej chwili ściągnąć ich na ziemię. Severus rzucał za siebie zaklęcia, ale erynie trudno było trafić. Szybciej, do cholery! Jakiś murek! Niech tu coś będzie! Wreszcie. Półobrót, zaklęcie i maksymalna prędkość. Ceglana ściana zbliżała się coraz bardziej; Potter coś krzyczał. Gdyby Severus był sam, bez problemu przeszedłby przez mur, ale ta sztuczka skończyłaby się fatalnie dla dzieciaka. Trzeba było inaczej oszukać ptaszyska. Kamikadze wystrzelił pionowo w górę, ocierając się oponami o mur, Snape poczuł, jak chłopak chwyta go za kurtkę. Wrzask eryni powiedział mu, że podstęp się udał; ptaki, które nie zdążyły wyhamować, roztrzaskały się o cegły. Zawisł w powietrzu, rozglądając się dookoła. Ten, kto zablokował Deportację, musiał znajdować się w pobliżu.

- Avada Kedavra!

Snape wiedział, że nie zdąży obrócić motocykla, by zasłonić sobą Pottera. Miał tylko jedno wyjście; czarne skrzydła rozwinęły się bezszelestnie, osłaniając chłopaka. Zabolało; motocykl zakołysał się niebezpiecznie, ale Kamikadze były potężnymi maszynami; niełatwo było je wywrócić. Do tego były bardzo mądre, a Lady Avada Severusa była bardzo doświadczonym motocyklem i doskonale wiedziała, kiedy sama musi utrzymać równowagę. Niejednego właściciela nieraz już uratowała, a do Severusa miała szczególny sentyment. Nigdy nie poszedł spać, nie umywszy jej z błota, nie zapominał, jaka jest jej ulubiona marka paliwa, wiedział, że lubi być polerowana flanelową szmatką, nie grał na niej w cykora i urządził jej garaż w jej ulubionych kolorach. Nie zostawiłaby go bez pomocy. Snape podziękował jej w duchu. Mało brakowało. Potter wciąż kurczowo się go trzymał; dobrze, że dzieciak nie dostał histerii, zobaczywszy skrzydła. Transformacja, choć mogła przestraszyć, miała wielką zaletę: Severus w swojej prawdziwej postaci wyczuwał ciepło, tak jak potrafią to niektóre węże. Jego przeciwnicy mogli się kryć pod pelerynami-niewidkami, czy schować się w krzakach, a on i tak ich wyczuwał; słyszał też uderzenia ich serc. Taak... Trzech drani.

- Avada Kedavra! – wrzasnął Snape.

- Avada Kedavra! – odpowiedział mu znajomy głos. Antonin Dołochow wynurzył się z zarośli; za nim wyskoczyła Jezebel. We trójkę szybko rozprawili się z pozostałymi ptakami. Snape wylądował; Dołochow ściągnął maski z zabitych; pokręcił głową. Nie znał ich.

- Trzeciego złapała Bellunia – stwierdził stary gladiator, uśmiechając się szeroko – Jest tam w krzakach. Może coś się od niego dowiemy? Witaj, Chichot – podał Snapeowi dłoń – Jak zwykle, widzimy się w podłych czasach, co?

- Profesorze, to Dołochow! – szepnął Harry.

- A jakże – Antonin uśmiechnął się jeszcze szerzej – A komu innemu chciałoby się włóczyć za tobą? I to jako kundel?

- Więc ten pies...

- Szakal, Potter – mruknął Snape – To on. I nie gap się tak na mnie. Nie odgryzę ci głowy. Wampira nie widziałeś? – wrócił do ludzkiej postaci.

- Nie.

- Lupin was nie uczył? – Snape uśmiechnął się złośliwie – Ani żaden z jego genialnych kolegów po fachu? Ta szkoła schodzi na psy... Bez urazy, Szakalu.

- Na żywo nie widziałem. W książce tak! – zdenerwował się Harry – A co to było? Te ptaki?

- Erynie, dzieciaku – odpowiedział Dołochow – Miałeś szczęście, że Chichot był z tobą. Cholerne szczęście.

- Chichot?

- Ten tu – Dołochow ruchem głowy wskazał na Snapea – Albo Żmijka, jak wolisz. Co robimy, Chichot?

- Jedź z Bellą i Potterem do jego domu – stwierdził krótko Snape – Ja się zajmę tym typem, którego złapała.

- Daj go potem atlantyckim rybom – Dołochow odsłonił zęby w sadystycznym uśmiechu – Baw się dobrze, ty półdziewico orleańska. Nie spiesz się, dobre wino pije się powoli... Po kropelce.

- Szakalu, pilnuj własnego ogona, bo z uszu i tak nic ci już nie zostało – odciął się Snape, z trudem hamując złość – Popilnujcie bachora; przyjdę po niego. Deportacja chyba już działa. A propos: nigdy nie byłem w Orleanie.

- Byłeś, byłeś. Ludziska byli strasznie wściekli, że nie zostałeś tam dłużej...

Oczy Snapea pociemniały, jakby Antonin powiedział mu coś bardzo nieprzyjemnego. Szybkim ruchem złapał Dołochowa za szatę i potrząsnął nim, jak szczeniakiem. Harry patrzył, jak czarne oczy Mistrza Eliksirów zmieniają się w kocie ślepia o czerwonych źrenicach, a twarz przekształca się w pysk drapieżnika; wampirza transformacja była naprawdę straszna.

- Jeszcze słowo – wychrypiał Mistrz Eliksirów – A będziesz się modlił, żeby Czarny Pan wyrwał cię z moich łap...

Dołochow uwolnił się jednym, szybkim ruchem.

- Spokojnie, Chichot – mruknął – Chciałem tylko powiedzieć, że chętnie bym tamtych drani zaprowadził do Orleanu, jeśli oni sami tak chętnie posyłali tam nas...

- Skończyliście już, czy czekacie na następne erynie? – zdenerwowała Jezebel – Cholera, im więcej tańczą na piachu*, tym bardziej im odbija... Ględzicie jak novillados po premierze**. I przestańcie z tym Orleanem. To jest obrzydliwe.

- Słuchaj jej, ta zawsze gada do rzeczy – stwierdził Dołochow – Po kim ona ma ten rozum? Przecież nie po mnie. No to spadamy!

Zanim Harry zdążył się zorientować, o co chodzi, znalazł się w swoim pokoju, w towarzystwie Dołochowa i Belli. Antonin wyłożył się na łóżku; ciotka Petunia chyba dostałaby ataku serca, widząc tak brudne buty na swojej pościeli. Śmierciożerca sięgnął do kieszeni po papierosy. Jednego podał Belli, potem wyciągnął paczkę w kierunku Harryego.

- Odczep się, morderco!

- Bez nerwów, dziecko – Dołochow zapalił swojego skręta – Uratowałem ci skórę, to nie pyskuj. Poza tym mam od niedawna na pieńku z tym facetem, który cię ciachnął po główce, więc jesteśmy po tej samej stronie.

- Ciekawostka! – warknął Harry.

- Gdybym nie miał, dawno byś mu leżał pod butami – stwierdził spokojnie Antonin – Przecież już parę dni cię pilnuję. Gdybym chciał, dawno bym cię porwał. Zresztą wtedy ta cała magia krwi by mnie tu nie wpuściła.

- Odkąd to jesteś święty?

- Nigdy nie byłem – warknął Antonin.

- Przestańcie – ziewnęła Bella. Harry popatrzył na nią. Dziewczyna była brzydka; miała niesymetryczną, płaską twarz Antonina; strąki czarnych włosów opadały jej na twarz. Jej oczy były tak ciemne, jak Snapea; Harry zaczął się zastanawiać, czy nie jest ona krewną obu Śmierciożerców.

- Wujek mówił prawdę – ciągnęła Jezebel – Gryfoni to dupki. Uratowaliśmy ci skórę, a jeszcze się drzesz. Udajesz świętego, Potter. Myślisz, że jesteś lepszy, niż inni? Wcale nie. Ty tylko nie masz wyboru. Musisz stać po swojej stronie. Może to i właściwa strona, ale żadna twoja w tym zasługa. Tylko ci, którzy mają wybór, mają problem. Ciebie nie kusi zdrada, nie musisz się zastanawiać, kogo poprzeć.

- Słuchaj jej – wtrącił się Dołochow – Patrzysz na mnie i widzisz śmiecia, co? Wampira i Śmierciożercę? Nie zawsze tak było. Kiedyś byłem człowiekiem – Antonin zaciągnął się dymem – Rosyjskim ambasadorem. Wielkim panem. Aurorem i to cholernie dobrym. Zdziwiony? – zaśmiał się ochryple – Nie ja jeden zmieniłem kolor munduru, mały.

- Zdrajca!

Antonin znów się zaśmiał.

- To się stało w Sztokholmie. Zostaliśmy zaatakowani. Szwedzcy Aurorzy zaczęli walczyć. Nie wiem, czy wiesz, ale większość skandynawskich Aurorów to wampiry. Gadają, że dziewięciu na dziesięciu, czy coś. Normalka, przy tej ilości zapchlonych wilkołaków. Tamten Auror miał na imię Harald. Oberwał. Chciałem go opatrzyć, bo miał paskudnie złamaną rękę. Skaleczyłem się odłamkiem jego kości. Wampirza krew zakaża, tak jak ślina – znów się zaciągnął – W jednej chwili straciłem wszystko. Majątek. Stanowisko. Rodzina się mnie wyparła – milczał przez chwilę – Potem całe lata służyłem każdemu, kto płacił. Z czegoś trzeba było żyć. Módl się, Potter, żebyś nigdy nie musiał ryzykować życiem dla paru Galeonów. Żebyś się nigdy nikomu nie kłaniał za parę rubli.

Wywody Dołochowa przerwał trzask Aportacji. Jako pierwszy pojawił się Snape, potem pani Weasley, Tonks, a później dwoje ludzi, których Harry nie znał. Mężczyzna wyglądał na bliźniaka Lucjusza Malfoya; kobieta miała ulizane ciemne włosy, złamany nos i oczy tak czarne, jak Snape.

- To my spadamy – stwierdził Dołochow, zbierając się z łóżka – Żmijko, wpadnij na tańce! W przyszłą niedzielę. Bellunia da niezły pokaz. Dementorzy.

- Nie – mruknął Snape, krzywiąc się – Nienawidzę piachu.

- Jak chcesz – pokiwał głową Dołochow, a potem on i Jezebel się Deportowali.

- A więc to jest Harry Potter – stwierdziła kobieta – Jestem Dorcas Meadows-Malfoy, a to mój mąż Azazel – przedstawiła się, wyciągając do Harryego rękę. Chłopak się zawahał; nienawidził tego nazwiska.

- I po cholerę mu to mówisz – mruknął Snape – Już was znienawidził za samo nazwisko. Widzisz jego minę? W życiu nie dotknie żadnego Malfoya, jakbyście byli chorzy na coś paskudnego. Gryfoni zawsze uważali się za coś lepszego – dodał z przekąsem.

- Mnie będziesz musiał tolerować, Harry – mruknęła urażona wiedźma, cofając dłoń – Bo będę cię uczyć Obrony. Jeszcze nie spakowany? – rozejrzała się po pokoiku – To na co ty czekasz? Znikamy stąd!

W domu Blacków czekał na nich Moody.

- Widzę, że krwiopijcy wrócili – mruknął stary Auror z kwaśną miną – Dobrze, Molly, że z nimi poszłaś. Jedna normalna. Reszta to wampiry, szpiedzy i Malfoyowie.

- Głośniej, Moody – syknęła Meadows – Najlepiej wykup bilboard i napisz, kim jesteśmy. Ja wykupię drugi i napiszę, co o tobie myślę. I gdzie możesz sobie wsadzić swoją opinię o mnie.

- To wy wszyscy?.. – spytał Harry. Niezbyt go to jednak zdziwiło; Dumbledore miał wyraźną skłonność do zatrudniania normalnych inaczej.

- Oprócz Moodyego i pani Weasley – mruknęła komandoska – A kochany Szalonooki musiał to głośno powiedzieć. Dzięki, Moody. Może mu jeszcze powiesz, że wszyscy byliśmy Ślizgonami? Będzie zachwycony.

- Ja byłam Krukonką – zaprotestowała Tonks.

- To ślizgońskie żmije i krukońska kujonka – prychnął Snape.

- Przestańcie! – rozzłościła się pani Weasley – Jak dzieci! Harry, musisz spróbować moich nowych ciasteczek! Miałeś straszny dzień, musisz odpocząć! Jak Dumbledore mógł pozwolić, żeby takie potwory... – zamachała rękami, nie wiedząc, jak wyrazić swoje zdenerwowanie - Severusie, miałeś mi zrobić ten eliksir... Alastorze, miałeś się spotkać z Arturem...

- Już idę – stary Auror wstał – Tylko uważaj na te zwierzęta...

- Ty uważaj – syknęła komandoska – Harab Serapel czasem lubi się zabawić...

Moody i Meadows chwilę mierzyli się wzrokiem; Harry stwierdził ze zdziwieniem, że Dorcas potrafi włożyć w jedno spojrzenie jeszcze więcej nienawiści, niż Snape. Zresztą Mistrz Eliksirów też miał taką minę, jakby chciał rozszarpać Szalonookiego. Tonks zrobiła się czerwona, w jej oczach zalśniły łzy.

- Zaraz skończę ten eliksir – odezwał się wreszcie Snape, kończąc czyszczenie motocykla – Muszę go jeszcze trochę pogrzać na piecu i dodać liście dębu...

- Do jakich bogów się modlisz, Harry? – odezwał się Azazel – Najwyraźniej są skuteczni; zapaliłbym im jakieś kadzidło, czy czego tam sobie życzą.

- Módl się do Szatana, Azi – syknął Snape – Sądząc ze stanu świata, on jeden nim rządzi...

- Wolę starych, sprawdzonych asyryjskich bogów – Azazel najwyraźniej nie uznał słów Snapea za złośliwość – Są bardzo skuteczni. A do Szatana modlił się nie będę; jakoś głupio modlić się do teścia, nie uważasz?

Zrobiło się cicho; Harry zorientował się, że Azazel powiedział coś naprawdę nie na miejscu. Chyba zaraz zacznie się zażarta dyskusja religijna albo rodzinna awantura, a Harry wolałby nie oglądać z bliska, jak kłócą się istoty obdarzone takimi zębami i pazurami.

- Na ogół to teściowa uchodzi za zołzę – stwierdziła w końcu pani Weasley – Twój teść nie może być taki zły, Azazelu... Jeśli się lepiej poznacie, na pewno się zaprzyjaźnicie. Może zaprosilibyśmy go do Nory? W końcu rodzina powinna trzymać się razem.

Snape, Dorcas i Azazel popatrzyli na nią, jakby jej wyrosła druga głowa. Dorcas zaczęła chichotać. Severus gapił się na Molly z niezbyt mądrą miną.

- To naprawdę nie jest dobry pomysł – odezwał się w końcu – Zapewniam, że nie chciałaby go pani widzieć u siebie w domu. On... Cóż... Dorcas też nie jest z nim w dobrych stosunkach.

- A cóż to za potwór? – pani Weasley nie ustępowała – Na pewno dało by się z nim dogadać.

Harry nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek zobacz Snapea, który się śmieje. Mistrz Eliksirów schował twarz w dłoniach, ale ramiona mu się trzęsły od tłumionego śmiechu.

- Idiotkę ze mnie robicie? – rozzłościła się pani Weasley – Kto to jest? Kto jest twoim ojcem, Dorcas?

- Lord Voldemort – wypaliła Meadows z kamienną twarzą. Snape popatrzył na nią z bardzo głupią miną, a potem ryknął śmiechem. Śmiał się tak, że łzy zaczęły mu ściekać po twarzy.

- O ile pamiętam, jakiś porządny Mugol, spotkaliśmy się raz podczas poprzedniej wojny – pani Weasley była naprawdę urażona – I żeby was, dorosłych, poważnych ludzi, trzymały się takie żarty... Sam-Wiesz-Kto... W życiu nie słyszałam głupszego dowcipu! Dorcas, masz być nauczycielką, powinnaś dawać Harryemu przykład!

- Daję, daję – odparła komandoska – Harry, mój drogi, pamiętaj, nigdy mnie nie naśladuj! Właśnie ci pokazałam, jak NIE należy postępować.

- Pani Weasley – Snape odzyskał panowanie nad sobą – To ich stały numer. Mnie też kiedyś na to nabrali. Powinni mieć zakaz. A wie pani, jakie będą ostatnie słowa Toma Riddle?

- To znowu jakiś dowcip?

- Skąd! – oburzył się Snape – Wymierzy w siebie samego różdżkę i powie: „Ostatni mieszaniec i świat będzie czysty!”

Tym razem wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dorcas odetchnęła z ulgą; Azi naprawdę mógł powiedzieć za dużo. Dobrze, że obrócili wszystko w żart.

– Sever, sądzisz, że te erynie przysłał Voldemort? – spytał Azazel, kiedy Snape zestawił kociołek z ognia i usiadł.

- Nie, Święty Mikołaj – warknął Snape – Wygoń bachora na górę; lepiej, niech za wiele nie wie. Nieodpowiedzialny głupek. Gotów się pochwalić przed całą szkołą tym, co wie.

- Profesorze Snape... – zaprotestował Harry.

- Nie wmówisz mi, Potter, że atak w szóstkę dzieciaków na Lorda świadczy o odpowiedzialności i rozsądku – syknął Snape – Jesteście bandą idiotów i ktoś kiedyś przez to zginie. Już zginął. Choć Black nie był wiele wart...

Harry wolałby, gdyby Snape go uderzył. Te słowa zabolały, jak Niewybaczalne.

- Zabiję cię, Snape! – Harry zerwał się z krzesła i wycelował różdżkę w Mistrza Eliksirów. Ten uśmiechnął się ironicznie.

- Potter, jeszcze jeden taki numer i faktycznie ci się to uda – stwierdził spokojnie – I zapewniam cię, że Lord zapewni ci transmisję z mojej egzekucji – skrzywił się paskudnie – Życzę miłej zabawy. I długiej. I zabierz tę różdżkę, bo sobie nią krzywdę zrobisz.

Harry gapił się na niego, nie wiedząc, co ma zrobić. Miał ochotę rzucić Niewybaczalne, miał ochotę zmienić Snapea w gumochłona, miał ochotę...

- Schowaj tę różdżkę, dziecko – westchnął Azazel – Sever miał ciężki dzień. Aha, nigdy nie mów takim, jak my, że zabijesz. Bo możemy uwierzyć i zaatakować pierwsi.


Harry nie mógł zasnąć. Nie wiedział, co ma robić i co czuć. Snape! Znów ten Snape! Jak można nienawidzić kogoś, kto cię właśnie uratował? I jak choć trochę polubić kogoś, kto ci dokucza na każdym kroku? Choć, co Harry niechętnie musiał przyznać, faktycznie naraził Snapea na niebezpieczeństwo. I ten nieszczęsny lot do Ministerstwa... Wszyscy mogli zginąć. Wystarczyłoby, żeby Śmierciożercy zaczęli rzucać Avadami. Ten cholerny nietoperz miał trochę racji, uznając ich za głupków... Harry wyszedł z pokoju na palcach, nie chcąc nikogo obudzić. Na dole w kuchni ktoś krzyczał. Harry przystanął, chowając się za rogiem. To Snape kłócił się z kimś; chyba z Meadows.

- Sev, ja też nienawidzę Jamesa i Syriusza, ale to nie powód, żeby mścić się na dziecku! – złościła się wiedźma – Oni nie żyją, daj sobie spokój!

- Przez to dziecko Lord mało mnie nie zatłukł! Nie jest głupi, domyśla się, że to ja! Dorcas, nie wiesz, jak to boli! – głos Snapea trząsł się z wściekłości.

- Sever, nie pomożesz sobie, skłócając Zakon! Powinieneś przeprosić dzieciaka.

- Chyba on mnie! – wrzasnął Snape. Coś spadło na podłogę i rozbiło się z trzaskiem – Od lat go chronię, a on ciągle się wygłupia! Wycieczki do Hogsmeade, Komnata Tajemnic, a ostatnio to! Wszyscy mogli zginąć! Wszyscy! Nawet Granger nie miała na tyle rozumu, by go powstrzymać! Myślałem, że chociaż ona ma trochę rozsądku!

- Miłość jest szaleństwem, Severusie. On kochał Blacka.

- I tym go zabił! A Black zabił mu rodziców! To ty miałaś znać hasło, nie ten idiota! Ale, oczywiście, James ci nie ufał, bo byłaś Ślizgonką! I co? Ci idioci dali hasło temu szczurowi, śmieciowi... Zabiję go kiedyś i nie będę się przy tym spieszył... Zabiję! Przysięgam, zabiję! Oskóruję na żywca!

- Zaproś mnie na to – mruknęła komandoska.

- Mówiłem, że Pettigrew jest podejrzany! Mówiłem, żeby użyć Veritaserum! Nie, skąd, Gryfon nie może być takim śmieciem! Nawet Dumbledore tak uważał! Nas, Ślizgonów, można uważać za łotrów, ich nie! I patrz! Potterowie nie żyją, a ich synalek bimba sobie na to! Lily zginęła, a on sprzedaje jej śmierć za garść cukierków i zabawek od Zonka! Ilu jeszcze zabije swoją głupotą?! Miałem zabić Petera! Chciałem zabić tego szczura! Żałuję, że tego nie zrobiłem! Żyliby, wszyscy! I co? Potem było na mnie! Że zawaliłem sprawę! Że nie wykryłem zdrajcy! Teraz nie będę pytał o pozwolenie, zabiję każdego, kto mi się wyda podejrzany! Trzy miesiące siedziałem, zanim Dumbledore raczył się ruszyć i mnie wyciągnąć z Azkabanu! Trzy miesiące! A on nigdy nawet nie powiedział, że mu głupio, że mi wcześniej nie pomógł! Bo i po co?! My nie mamy uczuć, ani psychicznych, ani fizycznych, prawda?! Ja nie czuję Cruciatusa ani Dementorów, czyż nie?! Nie będę cierpiał, kiedy ten gad będzie mnie zabijał na raty, tak?! A zresztą co ich to obchodzi? Jestem tylko Ślizgonem, wampirem, dzieckiem kurwy i psychopaty! Dorcas, Dumbledore nie przyjdzie cię ratować z łap tego gada! Jesteśmy dla nich niczym, niczym, rozumiesz? NICZYM! Zwierzętami! Bestiami! Nie mamy żadnych uczuć!

- Więc czemu dla niego walczysz, Sever?

- Dumbledore mnie nie obchodzi. Ale nie pozwolę, żeby zrobili coś tym dzieciakom. Nie będę stał i patrzył, jak kolejne pokolenie się wyrzyna.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem.

- Harry, złaź – odezwała się Meadows – Złaź, wiem, że tam jesteś.

Chłopak niechętnie zszedł; zdziwił się, widząc, że w oczach wiedźmy nie widać gniewu.

- Nie chciałem... – mruknął.

- To ja wykazałam brak profesjonalizmu, nie rzucając Silencio – odpowiedziała wampirzyca – Herbaty?

- Nie, dziękuję.

- Dał popalić, co? – mruknęła Dorcas – To przez tę pracę szpiega. Nerwy wysiadają. Każdy z nich po pewnym czasie staje się taki. Nie miej mu tego za złe...

- Niby czemu? – burknął chłopak.

- Sever ma trudny charakter, to prawda – uśmiechnęła się wiedźma – Ale umrze za ciebie, jeśli będzie trzeba.

- Jak na razie nie daje mi żyć.

- Już zapomniałeś o eryniach? – warknęła Dorcas – Trochę tolerancji, człowieku! Zrozum, w tej pracy każdy prędzej czy później wariuje. I słuchaj Severa – dodała ciszej – On ma wiele, wiele racji, choć nie zawsze mówi to w miły sposób.

- Nienawidzi mnie.

- Posłuchaj, Harry – wiedźma wbiła w niego swoje czarne oczy – To nieprawda. Nie wiesz, jak to jest, kiedy wampir naprawdę nienawidzi. Zabiłby cię. Rozszarpał – westchnęła - Podziękowałeś mu?

- Niby za co?

- Za erynie, chociażby. I za wszystko inne. Jak myślisz, kto ostrzegł twoich rodziców, że jesteś w niebezpieczeństwie, co? Pet-I-Grew?

- Ja… Harry nigdy się nad tym nie zastanawiał, a przecież to było niemal oczywiste. Tylko Śmierciożerca mógł o tym wiedzieć.

- To pójdziesz i to zrobisz.

- NIE!

- Że on jest uparty jak muł, to rozumiem. Parę razy dostał w głowę i ma nerwy z strzępach, ale ty?

- On mnie nienawidzi! Pani też nienawidzi mojego ojca...

- Nie spotkałam jeszcze Ślizgona, który lubiłby Huncwotów. Wybacz, ale dla mnie to była para bogatych, rozpuszczonych bachorów, którzy myśleli, że wszystko im wolno. Za nimi włóczył się Lupin, który się bał, że inni go nie zaakceptują i oczywiście to zero Peter. Cały czas żebrał o okruchy ich chwały. Zawsze był nikim i rozpaczliwie próbował zostać kimś. Nic dziwnego, że Voldemort miał z niego użyteczne narzędzie.

Harry milczał; wiedział, że Meadows mówi prawdę, ale trudno mu było to zaakceptować.

- To pani miała znać hasło? – spytał w końcu. Wampirzyca przytaknęła.

- Najpierw to miał być Dumbledore. Twój ojciec upierał się na Blacka, a Lily wolała mnie... Zrobiła się straszna awantura. Co było dalej, sam wiesz.

- A czemu... Czemu mój tata?..

- Mnie nienawidził, tak? – Dorcas uśmiechnęła się ironicznie – Bo byłam Ślizgonką. Nigdy nie mógł zrozumieć, jak Lily mogła się ze mną przyjaźnić. Lily była ze mną zawsze. Pomimo wszystko.

- Bo była pani w Slytherinie. To czarodzieje czystej krwi, mógł panią podejrzewać...

- Wszyscy Huncwoci byli czystej krwi. Ja nie.

- Niemożliwe!

- A kim był Tom Riddle? – Dorcas odsłoniła nierówne zęby w kpiącym uśmiechu – To nie jest takie proste, Harry.

- Wiem. Proszę pani...

- Tak?

- On nie ufa Profesorowi Dumbledorowi, prawda? Znaczy Snape.

- Zaufał mu na tyle, że z nim pracuje. Ale, Harry, Severus powiedział prawdę. Wątpię, żeby Dumbledore wysłał pomoc jemu czy mnie. Wojna jest okrutna i takich jak my się poświęca, jeśli trzeba i Severus doskonale o tym wie. To normalne. Od tego są strażnicy.

- To czemu go to złości?

- On też się boi, Harry. Tak samo jak ty. I... – zawahała się – I to boli, że znaczysz tak mało. Że zawsze pomyślą o tobie na końcu. Że to ciebie spiszą na straty. Zgadzasz się na to, akceptujesz to, ale czasem to boli. Każdy ma czasem dość bycia maszynką do wykonywania rozkazów. Całe życie byłam żołnierzem; wiem, jak to jest.

- Ale Profesor Dumbledore by go nie zostawił!

- Mnie już kiedyś zostawił, Harry – szepnęła wiedźma – Wiem, że miał rację. Ratował uczniów Hogwartu, bezbronne dzieci. Postąpił słusznie. Nie mógł pomóc i im, i mnie, więc dokonał wyboru i sama nigdy bym mu nie wybaczyła, gdyby wybrał inaczej. Ale... zostawił mnie w sytuacji bez wyjścia. I długo nie mogłam się przełamać, żeby z nim pogadać. Wiedziałam, że postąpił, jak trzeba, ale nie potrafiłam poczuć do niego sympatii. Nie mogłam.

- Ale to nie dlatego, że jest pani...

- Wampirzycą. Nie. Ale wielu ludzi rzeczywiście uważa, że nie mamy żadnych uczuć. Chociażby Weasleyowie.

- Niemożliwe!

- Może Molly nie, ale reszta...

- Bo Malfoy...

- Mało nie zabił Percevala, wiem. Pytanie tylko, dlaczego.

- Bo to drań!

- Lucjusz nie jest taki zły. I na pewno nie na tyle głupi, żeby bez powodu atakować Głównego Śledczego. Byłam w Azkabanie i wiem, jak się tam nas traktuje. A my, cóż – uśmiechnęła się kwaśno – Nikt rozsądny nie drażni dużych drapieżników, prawda? A jeśli już, nie powinien się potem dziwić, że oberwał. A w ogóle to bardzo nie lubię Głównych Śledczych, Wielkich Inkwizytorów i innych takich.


Tonks siedziała w ministerialnym archiwum.

- Jak mu było? Jakoś na „r” i nie po angielsku – mruczała do siebie. Chciała sprawdzić, kim był prawdziwy ojciec Severusa. Zdolności do jasnowidzenia były dziedziczne; możliwe więc, że Snape wywodził się z jakiegoś starożytnego rodu. Z drugiej strony podobno był kwartylem***, a przecież wampiry czystej krwi raczej nie wiązały się z ludźmi. W ogóle mieszane pary były rzadkością. Dziwne… Riddle, Rommel, Rookwood, Sangre... Nie, nie tak. Coś tu nie gra. Może facet nie był notowany na terenie Wielkiej Brytanii. Może jest tu gdzieś, ale pod innym nazwiskiem? Severus parokrotnie nazywał go „psychopatą”. „Uciekłabyś przed nim z wrzaskiem.” Był więc naprawdę groźnym przestępcą, musiał tu gdzieś być. Morderca... Tak, wampiry były często oskarżane o zabójstwa, ale wtedy Severus nie użyłby słowa „psychopata”. Może więc jego ojciec był człowiekiem? Któreś z rodziców musiało być, jeśli Severus faktycznie był kwartylem. Jak było temu facetowi? Aha, Raetsel. Raetsel, Raetsel... Może to pseudonim? Nie brzmiało to po angielsku. Napisała słowo na karteczce i użyła zaklęcia tłumaczącego. Cofnęła się o krok; jej włosy błysnęły wściekłym różem. O Boże...

Raetsel. Zagadka. Riddle.

Nie. To niemożliwe. Severus nie użyłby tak prymitywnej sztuczki. Zrobił z niej idiotkę, podrzucając jej to słowo. Doskonale wiedział, co ono oznacza i niewybrednie zabawił się jej kosztem. Sama jest sobie winna; po co dopytywała się o to nazwisko? A Severus, oczywiście, nie omieszkał się na niej za to zemścić. Pewnie się wstydzi swojego pochodzenia i jej dociekliwość go rozzłościła. „To ich stały numer. Mnie też kiedyś na to nabrali. Powinni mieć zakaz.” Widocznie był to dyżurny dowcip całej trójki. Najwyraźniej uznawali to za zabawne. Głupi, podły dupek! Dowcipniś jeden! Specjalnie tak gadał, żeby ją przestraszyć! Zatrzasnęła księgę i wyszła. Jeszcze się odegra! Znajdzie jego prawdziwego ojca. Dowie się, kim był pan R.


* „piach” – arena, „tańczyć na piasku” – walczyć na arenie
**novillado – gladiator walczący po raz pierwszy; premiera – pierwsza walka na arenie
*** czyli ćwierć-wampirem


Następny rozdział > >