Dorcas Meadows, kapitan Harab Serapel, walczyła jak maszyna, bez jednego zbędnego ruchu. Wiedziała już, że nikt z jej oddziału nie przeżyje tej walki, więc postanowiła bardzo drogo sprzedać swoją skórę. Harab Serapel, elitarny oddział Rzeszy, został wysłany by odbić grupkę dzieci, uwięzionych przez łowców. Misja była bardzo niebezpieczna, ale gdyby wrogów było tylu, o ilu opowiadali szpiedzy, komandosi mieliby szanse wrócić. Niestety, karmazynowych było zbyt wielu. Co gorsza zameczek łowców znajdował się pod Memphis, w Stanach, a zgodnie z ustawą z 1699 roku wampirom nie wolno było przebywać na amerykańskiej ziemi, więc łowcy mieli pełne prawo ich zabijać. Na szczęście dla wampirów ich wrogowie sami mieli poważne zatargi z prawem i bali się użyć magii, żeby nie zwrócić na siebie uwagi Aurorów; walczono więc na miecze i broń palną, co dawało skrzydlatym przewagę. W ciemnych lochach i korytarzach mogli bardzo długo przeciwstawiać się wrogom, ale było ich zbyt mało, by wygrać.
- Cholera, wróbelki! – zawył mąż Dorcas, Azazel. Były to małe, samosterujące pociski, które wbijały się w ciało, wędrowały do serca i dopiero tam eksplodowały. Frunęły z dźwiękiem przypominającym ćwierkanie i temu zawdzięczały swoją nazwę. Używanie ich było nielegalne, ale łowcy najwyraźniej się tym nie przejmowali.
- Chcesz mnie przelecieć, ptaszku? – syknęła Dorcas, łapiąc pocisk za tępy koniec i rozgniatając go butem - Nie tym razem.
Prymitywna barykada pękła i łowcy znów ruszyli do ataku. Wampiry powitały ich salwą z Todesserów. Dorcas zawyła triumfalnie; przeciwnicy myśleli, że komandosi nie mają już nabojów i wpadli prosto w pułapkę. Ale pociski naprawdę się kończyły i wampiry musiały sięgnąć po miecze.
- NIE MA ODKUPIENIA! – wrzasnęli komandosi. Tym razem ich słowa miały się spełnić… Nie było już ratunku dla małego oddziału; nie mogli liczyć na żadną pomoc. Dorcas, zdeklarowana ateistka, dziękowała wszystkim bóstwom, o jakich kiedykolwiek słyszała, że łowcy mieli niewiele broni palnej. Dzięki temu Harab Serapel nie zginą rozszarpani kulami, ale w walce, z mieczami w dłoniach. To, co potem zwycięzcy zrobią z ich ciałami, to inna sprawa. Dorcas sparowała cios, odbiła mieczem kolejnego wróbelka, zawirowała w zręcznym uniku. Azazel, trafiony srebrnym pociskiem, osunął się na kolana, nad jego głową błysnął miecz łowcy… Było już za późno, żeby sparować cios. Dorcas syknęła; jeden z kamiennych węży, zdobiących kolumnę, ożył i rzucił się na łowcę. Człowiek stracił równowagę, chybił i Azi zdołał zerwać się na nogi; Dorcas odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że nie powinna była użyć Wężomowy, ale jakie to miało teraz znaczenie? I tak chyba nikt jej nie usłyszał w tym hałasie. Zaczęła ożywiać następne węże; łowcy cofnęli się z strachem. Ich wahanie nie trwało jednak długo; byli zbyt rozwścieczeni i fanatyczni, by uciekać. Dorcas pomyślała o Aszmi, o mężu, który zginie obok niej, o Jezebel, Asmodeuszu, Lilith, Belialu i innych, którzy mieli tu dziś umrzeć, o mugolskich maluchach, uwięzionych gdzieś w tych lochach. O Severusie, którego nie widziała tyle lat. Gdyby tu był, stanąłby do walki razem z nimi. Sev… Spojrzała na łowców. Pomyślała o Śmierciożercach, dla których była Szlamą, o matce, która ją porzuciła, o ojcu, który jej nienawidził. Ciekawe, czy nienawidziłby jej jeszcze bardziej, gdyby wiedział, że jest jego córką? Jak taki rasista zareagowałby, gdyby mu powiedziano, że ma dziecko z Mugolką? I wtedy, w sam środek tego piekła, wpadli ludzie Pugaczowej, wypoczęci, dobrze uzbrojeni i gotowi na wszystko. W porównaniu z komandosami, ubranymi w czarne mundury, ozdobione tylko srebrną naszywką oznaczającą specjalizację i stopień, wyglądali jak stado pstrokatych, rozwrzeszczanych papug. Atakowali z wyciem i wrzaskiem, upojeni narkotykiem i zapachem ludzkiej krwi. Nie byli tak karni, jak Harab Serapel, ale doświadczeni i zaciekli. Łowcy nie mieli szans. Krzyki ludzi i ryk wampirów powoli cichły, aż wreszcie zupełnie umilkły.
Dorcas chwyciła podaną jej dłoń; Pugaczowa wyszczerzyła do niej zęby w radosnym uśmiechu. Rosjanka wyglądała, jakby ubierał ja szalony projektant-daltonista. Kosmyki włosów wyfarbowanych na jaskrawe kolory spadały jej na twarz, pokrytą ostrym, byle jak zrobionym wampirzym makijażem. W lewym uchu dyndał kieł wilkołaka, oprawiony w srebro. Stara, wyświechtana kurtka z wilkołaczej skóry była nabijana nitami i ozdobiona pstrokatymi naszywkami w rodzaju „Elvis żyje” czy „Hasta la victoria siempre”. Na szyi, a zwykłym rzemyku kołysały się rozbrojone wróbelki i metalowe pierścienie – takie, jakie nosili syberyjscy łowcy. Na mugolskim podkoszulku widniał napis „Ja saszła s uma”.
-A pewnie – mruknęła do siebie Dorcas – Dawno straciłaś rozum.
Co prawda komandoska nie rozumiała, co do tego hasła mają dwie, nadrukowane poniżej, obśliniające się lolitki w białych bluzeczkach i kusych spódniczkach w szkocką kratę, ale nie zapytała.
- Ale balanga, nie? – zarechotała Pugaczowa i wciągnęła do nosa kolejną porcję narkotyku - Czekaj, dostałaś wróbelkiem! – sięgnęła po nóż – Nie czujesz bydlaka, dopóki nie wlezie naprawdę głęboko...
Komandoska zacisnęła zęby, kiedy Rosjanka zabrała się do wyciągania pocisku. To był jedyny sposób, by pozbyć się tego paskudztwa: rozciąć mięśnie i wydostać wróbelka, zanim wkręcił się głęboko w ciało.
- Nawet Malfoy nie produkuje tego gówna, choć jest chciwy jak goblin. – Pugaczowa rozdeptała kulkę, krzywiąc się z obrzydzeniem - Nawet bandyci tym do siebie nie strzelają. Zero honoru.
- Przecież to karmazynowi. – odparła Jezebel, komandoska - Ja już wyciągnęłam sobie trzy. Nieźle byśmy bez was teraz wyglądali.
- Nie ma sprawy! – zaśmiała się Rosjanka – A teraz chodu, zanim się ktoś zorientuje! Mam ze sobą trzy Wile, zajmą się dziećmi – dodała – My chyba byśmy je przestraszyli na śmierć.
- Podarlibyśmy je na strzępy – mruknęła ponuro Dorcas – Ja już wariuję od zapachu ludzkiej krwi. Spojrzała na swój oddział. Ona sama jeszcze jakoś panowała nad sobą, ale była tylko ćwierć-wampirzycą, więc zawsze wytrzymywała dłużej niż inni. Reszta oddziału zupełnie oszalała; już nie myśleli, na szczęście jeszcze reagowali na rozkazy, ale bezmyślnie, jak tresowane lwy. Rzuciliby się teraz na każdego człowieka, bo nie umieli już odróżnić przyjaciela od wroga.
– Znikajmy stąd, dopóki teleportacja jeszcze działa. Szybciej, bo sami zabijemy te dzieciaki – dodała, widząc, co dzieje się z jej podwładnymi. W niej samej wampir też stopniowo przejmował kontrolę nad człowiekiem. Żądza krwi powoli, ale nieubłaganie zalewała jej mózg. Sięgnęła po antidotum. Pomogło. Jej podwładni na jej rozkaz uczynili to samo, ale Dorcas wiedziała, że odzyskają zdrowe zmysły tylko na chwilę. Na szczęście mieli ze sobą krakerów, speców od łamania magicznych zabezpieczeń i tworzenia sprzętu do teleportacji. Dwie młode dziewczyny, świeżo po inicjacji, zwijały się jak w ukropie. Rzuciły już na to miejsce osłony, dzięki którym Aurorzy nie znajdą ich od razu, ale czasu było niewiele. Pracowicie dostrajały Megaport i wreszcie tańcząca tafla ciemnego lustra zamarła: Megaport był gotowy. Wile Pugaczowej wyprowadziły dzieci. Srebrnowłosi, dwie kobiety i chłopak, szli pomiędzy pokrwawionymi żołnierzami bez śladu strachu czy wstrętu. Dorcas zauważyła, że jedna z dziewczyn jest w ciąży. Komandoska uśmiechnęła się.
- I życie zatańczy na zgliszczach Zrzuci śmierć z jej tronu Zmyje krew i popiół – mruknęła do siebie.
Zdążyli. Megaport pękł z trzaskiem za plecami Dorcas, tuż przed nosem rozwścieczonych Aurorów. Uderzyli w kamienną podłogę. Dorcas rozejrzała się po ciemnym wnętrzu. Cóż, po Megaporcie wyczarowanym w takich warunkach nie spodziewała się ani miękkiego lądowania, ani wielkiej precyzji; to na pewno nie były kwatery Grindewalda przy Rolandstrasse. Komandoska podniosła głowę i zobaczyła nad sobą wielki kandelabr w kształcie koła. Uśmiechnęła się. Posłała świecąca kulę po sam sufit; światło zatańczyło na kunsztownych mozaikach. Precyzja krakerek i tak wzbudzała podziw; wylądowali może ze cztery kilometry od kwater.
– Chcesz pozwiedzać? – mrugnęła do Pugaczowej – Wylądowałaś na płycie nagrobnej niejakiego Ottona III. Jeśli chcesz, pokażę ci tron, na którym koronowano królów Niemiec. Sasza, masz stąd niczego nie zabrać! – dodała, widząc, że w oczach awanturniczki znów pojawił się szalony ognik.
- Jaka szkoda – mruknęła Rosjanka – Złota trumna, ale bajer – oparła dłonie o pancerną szybę.
- Nie twoja – odparowała Dorcas.
- Ja jeszcze nie potrzebuję – zarżała Pugaczowa – Choć złota nigdy za wiele, nawet trumiennego...
Dwa dni później, Hogwart
Snape siedział przy stole, zastanawiając się, kiedy zemdleje i wyląduje twarzą w talerzu. Nie miał wątpliwości, że wszyscy obecni, (czyli Dumbledore, Minerwa i Tonks) zauważyli, że coś złego się z nim dzieje. Był wściekły na samego siebie i ze wszystkich sił starał się zachowywać naturalnie, ale na próżno. ON pojawiał się co noc, razem z koszmarem o Lucjuszu i Granger, błąkających się po ogromnych lochach, pełnych pułapek i bestii. Snape budził się w środku nocy z krzykiem, czując, że zamarza. Okrywał się wszystkimi kocami, jakie miał i pił eliksiry rozgrzewające, ale uczucie zimna nie ustępowało. Czytał kiedyś w starych wampirzych kronikach, że świadkowie JEGO przyjścia opisywali to uczucie jako „zamarzanie od środka” i był to naprawdę trafny opis. Severus czuł, jak ogarnia go przerażenie. Jeżeli same sny z obecnością JEGO, Władcy Umysłów, działały gorzej niż oddział Dementorów, co się stanie, kiedy potworny demon znów wyłoni się z niebytu? Co prawda wampiry zmagały się z NIM od dziewięciu tysięcy lat, od samego początku ich istnienia, ale czy tym razem zdołają GO pokonać? I jakim kosztem? Z kronik wynikało, że jeśli udało się GO szybko zaatakować, mógł go pokonać jeden wampir, ale jeśli ON zdążył uróść w siłę, Parasim ginął tysiącami. Czy i tym razem Los zażąda od nich hekatomby? Snape potarł skronie palcami i skrzywił się lekko, czując tępy ból. Cholera, czemu właśnie teraz, gdy wszystko sypało się jak domek z kart, jego więź z Lucjuszem musiała mu sprawiać dodatkowy kłopot? Stawała się coraz mocniejsza, coraz bardziej dezorganizując mu życie. Czuł ból przyjaciela, jego samotność, głód, strach i postępujące szaleństwo. Chwile, w których patrzył na świat jego oczami, były coraz dłuższe, a wrażenia – coraz bardziej realne. Czasem nie wiedział już, czy obrazy z Azkabanu, które przesuwały mu się przed oczami są tylko złudzeniem, czy prawdą. Stawał się Lucjuszem. Każde przekleństwo, które uderzało w Malfoya, raniło i jego. Co gorsza i to stawało się coraz bardziej realne. Był cały obolały i poobijany; przysięgał sobie, że jeśli dopadnie Percevala Weasleya w jakimś mrocznym zaułku, to nauczy rudzielca, czym jest ból. Kto zrobił tę marchewę Głównym Śledczym Azkabanu? Bella mogłaby pobierać od smarkacza lekcje sadyzmu. Gorliwy dupek. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu… Musiał coś zrobić, żeby Lucjusz wyszedł z tego piekła. Musiał! Grindewald obiecał, że to załatwi, ale ile można czekać?!
Dobrze, że chociaż mała Aszmi jest bezpieczna. Bezpieczna! Prychnął. Przeżyła, bo ochroniło ją Zaklęcie Krwi. Voldemort na pewno pamięta, że Dorcas Meadows uratowało dokładnie to samo, ten sam demon opiekuńczy. Co będzie, jeśli się zorientuje, że Aszmi jest córką Dorcas?
– A stąd – syknął złośliwy głosik w jego głowie – już tylko krok, by zaczął szukać krewnych Dorcas, prawda? A jeśli dowie się prawdy, Severusie?
- To się dowie, że moja matka była Mugolką – odpowiedział sam sobie Snape – I jeszcze lepszych rewelacji. W ogóle to dziwne, że uwierzył mnie, dzieciakowi z Nokturnu, kiedy pokazałem mu dokumenty, poświadczające moje odpowiednie pochodzenie. Ojcostwo to śliska sprawa, zwłaszcza na Nokturnie… To mu wywrzeszczę prosto w twarz, że mój ojciec to psychol i gad – stwierdził buńczucznie – I skurwysyn – dodał z satysfakcją.
Ale nie było mu do śmiechu. Nagini stanęła w obronie dziewczynki. Indyjskie węże świątynne były naprawdę mądrymi stworzeniami i Nagini doskonale wiedziała, kogo broni. Wiedziała też, kim naprawdę jest Mistrz Eliksirów. Niestety, jej zdrada mogła dać Voldemortowi wiele do myślenia. Prędzej czy później bydlak dowie się prawdy, a wtedy nawet Zaklęcie Krwi i wywoływany przez nie demon niewiele pomogą. A Wiktor? Co z Wiktorem? Chłopak nie jest bezpieczny w Bułgarii. Jeśli Voldemort się dowie… Cholera! Wiktor miał się nigdy nie dowiedzieć, kim jest. Lepiej mu przecież było u Krumów, w normalnej, kochającej rodzinie. Snape zaklął pod nosem. To nie tak miało być! I co teraz? Dalej kłamać? Ale przecież Wiktor, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, łatwo może stać się ofiarą. A co z Aszmi? Dalej wciskać jej te bzdury?
Nagle, niespodziewanie, Hogwart zmienił się w Azkaban i Snapea zalała fala agresji. Zrozumiał jeszcze, że było to uczucie Lucjusza, nie jego, poczuł smak ludzkiej krwi w ustach, tępe uderzenie, następne i jeszcze jedno… A potem ból i ogień w płucach. Mistrz Eliksirów zauważył jeszcze kamienną podłogę Sali przesłuchań w Azkabanie, uderzył w nią, a później nie było już nic.
Siła uderzenia naprawdę rzuciła nim na podłogę.
- Boże, co?.. – Profesor McGonagall wskazała na jego włosy, zmieniające barwę na słomkowy blond.
- Staje się Lucjuszem – odparł Dumbledore – Mogłem się domyślić… To dlatego miał te siniaki. Zmieniał się w niego.
- Jak?
- Jeszcze nie wiem. Jakaś więź magiczna, prawdopodobnie stworzona przez demona – Dumbledore klęczał przy nieprzytomnym wampirze, uważnie skanując go różdżką – Ale patrz. Siniaki. Pokaleczone dłonie. To ślady Azkabanu.
- Jak za Croucha – mruknęła ze złością Profesor Transmutacji – Zrób coś z tym! – krzyknęła, widząc, że przemiana postępuje.
- Muszę ich rozdzielić – stwierdził Dumbledore, wstając. Cofnął się o krok, ale Tonks była szybsza.
- Emeth – szepnęła. Świat zawirował i pękł, jak bańka mydlana. Weszła w umysł Snapea. Nie chciała, żeby zrobił to Dyrektor; czar wyczerpujący i ona, półwampirzyca, miała większe szanse, że go fizycznie wytrzyma.
Zawsze dziwił ją fakt, że w tej rzeczywistości umysły można było zobaczyć. Umysł wuja Lucjusza był ścianą czerwonego, ryczącego ognia. Nie był ludzki, nie przypominał nawet umysłu drapieżnika, szkarłatnego i ostrego jak sztylet; należał do szaleńca, pragnącego zniszczyć cały świat.
– To przez Azkaban – pomyślała Tonks. Umysł Severusa, czarny, lśniący i giętki jak kobra, cofał się przed ryczącym piekłem.
– Czemu nie walczy? – zdziwiła się Aurorka. Dopiero wtedy zobaczyła, że nie są sami. Obok węża spoczywała inna istota, całkiem czarna, niekształtna i nieruchoma jak głaz.
– Demon Chaosu – jęknęła w duchu Tonks – Co on tu robi?
Istoty te nie były z natury złe, ale ich moc sprawiała, że mało kto ośmielał się je przywoływać. Czyżby sam opętał Snapea? Po co? One tego nigdy nie robiły! Wielka bestia poderwała się na nogi, wyjąc, ale nie rzuciła się na Aurorkę. Jej wielkie, żółte ślepia patrzyły na coś za plecami Tonks. Dziewczyna spojrzała za siebie i zamarła, bo zobaczyła ścianę pełznącego, czarnego lodu. ON. Władca Umysłów, odwieczny wróg wampirów i istot Chaosu. Mógł podporządkować sobie ich wszystkich. Tonks niezbyt lubiła Snapea i nienawidziła Lucjusza, ale nie chciała, żeby stali się ofiarami Władcy Umysłów. Nikt na to nie zasługiwał. Nikt. Nawet Malfoy.
– Nie – szepnęła – I tym razem zepchniemy cię w niebyt, pasożycie.
Skoncentrowała się; w jej dłoni zmaterializował się miecz.
– LUCYPHEROS! – wrzasnęła, ale broń pozostała martwym kawałkiem stali. Ona, Snape i dziecko Chaosu utknęli między umysłem szaleńca, a demonem, który był gorzej niż obłąkany. Musiała coś zrobić, musiała ich wszystkich rozdzielić i uwolnić, nim będzie za późno. Powtórzyła zaklęcie, ale miecz nie odpowiedział. Demon chaosu spojrzał na nią ogromnymi, żółtymi ślepiami i potrząsnął łbem.
- Nie. Nie rozumiesz – zadudnił – Patrz!
Świat zawirował; Tonks znalazła się we wspomnieniach Severusa.
Snape, w swojej wampirzej postaci, siedział na kamiennych schodach; biała maska Śmierciożercy leżała obok niego. Trzymał na rękach nieprzytomnego Lucjusza i płakał, a raczej wył jak zwierzę. Białe skrzydła Malfoya zwisały bezwładnie; jego oczy były otwarte, ale puste. Pazurzasta dłoń dotykała kamieni.
– Piekielna Pieta – pomyślała Aurorka – Co mu się stało?
Nie przyjrzała się jednak bliżej, bo przerzuciło ją do innego wspomnienia.
Snape stał przy oknie, opierając się czołem o szybę. Jego dłonie były kurczowo zaciśnięte na parapecie.
- I co? – Tonks usłyszała niski, lekko schrypnięty głos. Odwróciła się i zobaczyła mężczyznę o blond włosach. Wyglądał na bardzo zmęczonego; wokół oczu miał czerwone obwódki. Podobieństwo do Lucjusza było uderzające; musiał być jego bliskim krewnym.
- Same eliksiry nie dadzą rady, panie Malfoy – odparł Snape, nie odwracając się – Tylko demon.
- Wywołaj go. Zapłacę, ile zażądasz.
Snape odwrócił się gwałtownie.
- Nie robię tego dla pieniędzy! – wrzasnął z wściekłością – Tak nisko jeszcze nie upadłem, panie Malfoy!
- Przepraszam – odparł jego rozmówca zmęczonym głosem – Wiem. Co trzeba zrobić?
- Ja bym pogadał z kimś z Chaosu, ale oni się żywią bólem, śmiercią i krwią…
- Słuchaj, Severusie, to moje jedyne dziecko. Nie boję się śmierci. Klątwy też nie i zarżnę tyle jednorożców, ile będzie trzeba.
- Zrobię to, panie Malfoy, ale skutki uboczne mogą…
Obraz rozpłynął się i Tonks znów znalazła się gdzie indziej. Poczuła krew, mnóstwo krwi. Czerwona i srebrna krew krzepła na kamieniach; czyjaś dłoń sięgnęła po długi sztylet o trójkątnym ostrzu… Ktoś otwierał drzwi dla istoty z Chaosu. Ktoś składał okrutną ofiarę. Ofiarę z samego siebie. Dzieci Chaosu żądały bólu i śmierci. Sztylet zadrżał w poranionych rękach. Snape odgarnął włosy z czoła i spojrzał na księżyc. Rozpoczął inwokację.
Tonks zrozumiała że Severus jest demiurgiem, czyli czarodziejem, umiejącym wzywać demony i leczyć za ich pomocą. Samo korzystanie z ich usług nie było niczym nadzwyczajnym. Demonem nazywano każdą istotę, żywiącą się magią bądź emocjami, więc takie stworzenia jak Dementory, boginy a nawet Patronusy były nimi. Wiele legalnych zaklęć wywoływało jakiegoś demona; nawet zaklęcia obronne Hogwartu w dużej mierze opierały się na demonach- strażnikach i demonach opiekuńczych. Takie praktyki były w zupełności legalne, ale to, co robił Snape, już nie, przynajmniej nie na Wyspach Brytyjskich. Leczenie za pomocą demonów uchodziło za zbyt krwawą i niebezpieczną magię, by zyskać aprobatę europejskich Ministrów. Oczywiście, w Afryce, Ameryce Południowej, czy na Dalekim Wschodzie, gdzie w ogóle nie dzielono magii na Czarną i Białą, demiurgowie cieszyli się wielkim szacunkiem. Tu, w Anglii, Snapea czekałby Pocałunek, albo srebrna kula w kark. Boże, Lucjusz musiał być naprawdę umierający, jeśli Severus zdecydował się pertraktować z dzikim, potężnym i szalonym dzieckiem Chaosu…
Obraz zafalował i zniknął. Tonks znalazła się w kolejnym wspomnieniu.
Znów krew. Zdemolowana komnata; ktoś w czerwonym płaszczu, martwy, z rozszarpanym gardłem. Łowca, który był gorszym zabójcą, niż wampir, którego zaatakował. Kolejny, zabity chyba Avadą. Pięć trupów, ale i pięciu żywych karmazynowych, otaczających kołem swoją ofiarę, klęczącą na ziemi. Usłyszała Niewybaczalne, wypowiedziane chórem, a potem nieludzki wrzask wampira. Wysoki, przeraźliwy dźwięk wwiercał się w mózg; łowcy zarechotali. Czy Severus zawsze musiał pakować się w najgorsze kłopoty? Tonks podeszła bliżej i zamarła. Pechowym wampirem nie był Snape, ale jej wuj.
– Nie – szepnęła – Nie, nie, nie! Nie, to nieprawda!
Kolejny Cruciatus i kolejny krzyk. Tonks chciała się stąd wyrwać, ale nie mogła i musiała na to patrzeć. Następne Niewybaczalne; z nosa i uszu Malfoya popłynęła krew. Łowcy nie przerwali przekleństwa. Wreszcie skończyli; Lucjusz zwinął się kłębek, z trudem łapiąc powietrze.
- Masz dość, zwierzaku? – syknął łowca.
Tonks zauważyła, że Malfoy zdołał dosięgnąć różdżki, sprytnie ukrytej w cholewie buta. Jedno małe Accio i ciężka broń przeleciała przez pokój, zwaliła z nóg jednego z łowców i wpadła prosto w ręce wampira. Strzelał bez namysłu, niemalże na oślep, ale przy tej odległości to nie miało znaczenia. Mortifery mogły zabijać smoki; kule rozrywały łowców na strzępy. Lucjusz powoli zbierał się z podłogi. Chyba dopiero po kwadransie zdołał wstać. Tonks nigdy nie widziała go w takim stanie. Zawsze był wyniosłym, eleganckim arystokratą, a nie… ofiarą.
- Draco – wychrypiał Malfoy – Draco, gdzie jesteś?
Krzyczał, wywracając meble, szukając swojego dziecka. Płakał i Tonks dobrze wiedziała, że nie z bólu. Nigdy nie przypuszczała, że jej wuj potrafi kogoś pokochać, nawet własnego syna. Wiedziała, że już nigdy nie będzie go uważał tylko za Śmierciożercę, za magicznego nazistę, za wroga. Nie czuła już zimnej nienawiści. Już nie.
Świat znów zawirował i wróciła do pustki, do ognia, węża, demona Chaosu i JEGO. Dziecko Chaosu spojrzało na nią swoimi bezdennymi ślepiami.
- To miało sens – zadudnił głos dziwnej istoty – Zrozumiałaś?
- Tak – odparła – Już wiem, co pokona Władcę Umysłów. To, co zawsze spychało go w niebyt. To wcale nie krew, nie śmierć, nie miecze, nie zaklęcia. I ty nie żywisz się bólem i krwią. Chodzi o…
- Nie mów Jej imienia. Wystarczy, że wiesz, jaka siła rodzi najpotężniejszą magię.
- Tak.
Demon powoli skinął ogromnym, niekształtnym łbem.
- Więc idź – powiedział – Zepchnij GO w niebyt, gdzie JEGO miejsce.
Ścisnęła w ręce miecz i wyszeptała zaklęcie. Stal wybuchła blaskiem tak jasnym, że Tonks widziała kości dłoni, którą zasłoniła oczy. Bolało; miecz był tak gorący, że zwęglał skórę, ale nie wypuściła go.
- Pamiętaj - usłyszała jeszcze raz demona Chaosu, zanim wróciła do rzeczywistości. Snape siedział na ziemi, ciężko dysząc, ale wyglądał normalnie.
- Pokonałaś GO – mruknął – Próbował się włamać przeze mnie…
- Severusie, co to było? – Dumbledore patrzył na nich z niepokojem.
- ON nadchodzi – szepnął Snape – Gdyby nie Tonks, opętałby mnie.
- Chodzi mi o ciebie.
Snape zacisnął zęby.
- Wezwałeś demona Chaosu, by ratować Lucjusza – stwierdził spokojnie Dyrektor – To on wytworzył między wami tak potężną więź.
W oczach Severusa pojawił się strach.
- Magia, która ratuje życie, nie może być zła – ciągnął spokojnie Dumbledore – Czemu bałeś się powiedzieć mi prawdę? Przecież wiem, że ratowałeś ludzi w ten sposób. Ilu byłoby teraz na oddziale zamkniętym Św. Munga, gdybyś nie poskładał ich strzaskanych umysłów? Naprawdę myślisz, że zrobiłbym ci krzywdę za to, że ocaliłeś przyjaciela, choćby i Śmierciożercę? Naprawdę sądzisz, że kiedy zaoferowałeś mi swoją pomoc i poprosiłeś o dwie fiolki krwi Fawkesa w zamian, nie domyśliłem się, po co ci była potrzebna?
- Nawaliłem z Longbottomami – jęknął Snape.
- Nie ty. Po prostu było już za późno. Gdyby Crouch wcześniej wypuścił cię z Azkabanu, miałbyś szansę im pomóc. I tak to dzięki tobie mogą chodzić, sami jeść…
- I nikogo nie poznają – mruknął ponuro Snape – Ładna mi pomoc.
- Zrobiłeś, co mogłeś. Ale czemu nie powiedziałeś mi o Lucjuszu? Teraz rozumiem, czemu Grindewald chce zrobić z niego szpiega. Malfoy ma wobec ciebie ogromny dług, a poza tym ta więź może zadziałać w odwrotną stronę. On cię nie może wydać, bo sam ryzykuje śmierć.
- I tak by mnie nie sprzedał – stwierdził stanowczo Mistrz Eliksirów – A nic nie mówiłem, bo… - zawahał się, ale uznał, że dalsze kłamstwa tylko go pogrążą – Bo nie zrobiłem tego sam. Przysięgliśmy sobie nawzajem, że będziemy milczeć chyba, że ktoś znów będzie potrzebował takiej pomocy.
- Jak mniemam, zabiliście jednorożca – powiedział cicho Dumbledore – I baliście się, że uznam was za zbrodniarzy.
Snape milczał, wbijając wzrok w podłogę.
- Ale przecież nie jesteś przeklęty – Dyrektor delikatnie położył mu rękę na ramieniu – Wiesz, dlaczego?
Snape potrząsnął głową.
- Jeśli twoim motywem nie jest chciwość, czy strach przed śmiercią, Severusie, zabicie jednorożca nie jest zbrodnią. To wspaniałe zwierzęta ale można je zabijać, by ratować czyjeś życie. Myślisz, że gdybym miał wybrać między życiem jednorożca, a życiem ucznia Hogwartu, dałbym umrzeć dziecku? Czy ratowanie przyjaciela może być złem? Czystym złem?
- Nie – szepnął Snape.
- Czyn, za którym stoi miłość, Severusie, nie może być do końca zły – Dumbledore uśmiechnął się lekko – Zajmij się Tonks, bo to oparzenie wygląda paskudnie – poprosił.
- Do wieczora nie będzie po tym śladu – mruknął Snape.