SKRZYDLACI

PORWANIE



Akwizgran, siedziba kanclerza


- Baal, mobilizujemy wszystkich. – Grindewald spojrzał prosto w czarne ślepia swojego głównodowodzącego. Chanan skinął głową. - Wszystkich – powtórzył z naciskiem kanclerz - Od piętnastu lat.

- Bez przesady – mruknął Chanan.

- Natychmiast – Grindewald zerwał się z krzesła, oparł pięściami o stół i spojrzał z góry na przyjaciela.

- Nie wysyłaj dzieci na śmierć. – syknął Baal.

Karl Friedrich złapał go pazurzastą łapą za koszulę - Już – powiedział cicho, ale stanowczo, patrząc mu prosto w oczy - Jeszcze ja tu jestem kanclerzem.

- Tak jest – skapitulował stary generał - Ale żebyśmy tego nie żałowali – myślał sobie, wydając rozkazy podkomendnym. Zbyt długo zajmował się sztuką wojny, by się cieszyć. Nie czuł żadnej radości, żadnej euforii, żadnej satysfakcji. Widział i czuł tylko krew. Ciążyła mu ta odpowiedzialność. W głębi duszy wiedział, że kanclerz ma rację, ale nie chciał, naprawdę nie chciał znów wydawać rozkazów i wysyłać dzieci na śmierć. Zbyt dobrze pamiętał rok czterdziesty trzeci i bitwę nad Wołgą, krew topiąca śnieg, wariująca manę i wycie rannych. Widział Aurorów, którzy przychodzili do nich, czasem wręcz całymi oddziałami, bo woleli zostać zdrajcami, woleli przyjąć Szkarłatny Pocałunek, niż dalej powoli konać na mrozie. Pamiętał ich determinację i przerażenie; wiedział, że po tamtej, ludzkiej stronie, karano Avadą nie tylko za dezercję, ale za najmniejszy objaw strachu, za każde zawahanie się, za jakąkolwiek krytykę dowództwa. A przed Avadą rzucano na nich kilka innych Niewybaczalnych. Ilu Aurorów zginęło w ten sposób? Chanan wolał nie wiedzieć. Widział ich, głodnych, zmarzniętych, rannych i przerażonych, błagających o akceptację lub szybką śmierć. Na litość Boską, oni woleli dać się zarżnąć, niż wrócić do swoich! A kiedy zaczęło brakować Aurorów, posłano studentów Aurorzego Uniwersytetu, a potem zwykłych czarodziejów. Na Harab Serapel! Na watażków z Syberii! Na Abbasydów! Cholerny Dumbledore! W tym szaleństwie nie było metody.

Sofia Woronowa patrzyła na Karla Friedricha. Wysoki, niebieskooki, o jasnych włosach, spadających mu na plecy jak płaszcz, wyglądał na wszystko, tylko nie na wampira (oczywiście, jeśli był w ludzkiej postaci). Widziała w jego oczach ten błysk, który sprawiał, że kapitulowali przed nim tacy ludzie, jak Chanan albo jak Dumbledore. Widziała przywódcę, który kiedyś porwał cały Parasim do walki i wygrał. A teraz Karl płakał. Nie histeryzował i nie szlochał, ale łzy ciekły mu bezgłośnie po policzkach, rozmazując makijaż. (Zgodnie z modą Skrzydlatych, Karl Friedrich malował usta i rysował sobie dwie pionowe kreski, biegnące od czoła przez środek powiek, aż do połowy policzków. Malował też pazury). Czarne łzy płynęły po zwierzęcej twarzy wampira.

- Damy sobie radę – stwierdziła ex-Aurorka - Jak zawsze.

- ON – szepnął kanclerz - Co myśmy takiego zrobili, że to nas spotyka? – wytarł łzy i parę razy głęboko odetchnął. Był w końcu kanclerzem Rzeszy! Jeśli on się załamie, kto będzie dowodził?

- Kłamca, kto Ciebie nazwał Miłością,
Ty jesteś tylko Mądrością – Baal Chanan wrócił do komnaty.

- Że co? Mówiłbyś po niemiecku! I odprułbyś te orzełki z kurtki! – warknął Karl Friedrich - Nosisz je już dobre pół wieku!

Chanan spokojnie przetłumaczył. - Chodziło o Boga, nie o ciebie – dodał - Gdybyś miał wątpliwości. A wronek i błyskawic nie odpruję. Przypominają mi, że wedle tych, którzy je nosili, byłem tylko Mischlingiem, kundlem, rozumiesz, kundlem, podczłowiekiem, niczym. Gdybym był Mugolem, skończyłbym jak większość moich sąsiadów. Cały Kazimierz został pusty. Zdarłem tę kurtkę z jedynego człowieka, którego zabiłem dla przyjemności i, Karl, przysięgam, że nie żałuję.

- Wiem. – odpowiedział Karl Friedrich - Wiem, że nienawidzisz nazistów bardziej niż łowców. Jak szedł ten wiersz? Dobry był. Gdyby Bóg istniał, nie byłoby czegoś takiego, jak ON.

- A Harab Serapel poszliby na bezrobocie. – mruknęła Woronowa.

- Żeś ty nie Ojcem świata, ale carem. – dodał Chanan - Znaczy tyranem.

- Wiem, tego już się nauczyłem. Powtarzałeś to w kółko w gorączce, kiedy byłeś ranny – przypomniał mu Grindewald - Wtedy, nad Wołgą.

Baal skinął głową, ale nie skomentował. Nie mieli ochoty tego wspominać. Cała trójka znów usiadła wokół stołu. Migały lustra, zgłaszali się dowódcy i szpiedzy. Czas płynął nieubłaganie. Musieli zdążyć. Musieli.


Tymczasem w Hogwarcie


Albus Dumbledore zabezpieczył Hogwart, jak mógł najlepiej. Martwił się. Knot oczywiście nie uwierzył w to, że mana, pole magiczne, może zwariować. Było to rzadkie zjawisko i wielu uznawało je za mit. Dumbledore zazdrościł Grindewaldowi, który potrafił szybko zmobilizować setki, jeśli nie tysiące ludzi (a raczej wampirów, Wil i mieszańców...). Karl Friedrich, wieczny wyrzut sumienia starego czarodzieja. Pamiętał, kiedy mały Niemiec przyszedł tu, do tej szkoły, tak jak tyle innych dzieci. W tych czasach niemieckie ludzkie szkoły nie tolerowały wampirów, a rodzice Karla chcieli, by ich syn poznał ludzkie zwyczaje, więc wysłali go do Hogwartu. Dumbledore wyczytał nazwisko, mały podszedł i spojrzał mu prosto w oczy z pogardą i nienawiścią. Wiedział. Wszystkie małe wampiry wiedziały i wszystkie okazywały nauczycielowi Transmutacji swoją niechęć. Żaden nigdy nie powiedział mu, że wie, ale te wściekłe spojrzenia, te pozornie grzeczne odpowiedzi wypowiadane pogardliwym, lodowatym tonem, ten mur wrogości, który postawili między sobą a nim, były bardzo wymowne. Dumbledore westchnął; był wtedy tak głupi i zaślepiony, że nigdy nawet nie próbował porozmawiać z tym dzieciakiem. A potem jasnowłosy chłopak, śpiewający na przerwach „Hogwart, Hogwart, ueber alles” został Aurorem i wrócił do ojczyzny. Dumbledore odetchnął, ale jego spokój nie trwał długo. W Europie nasilały się ataki na wampiry; to były lata dwudzieste i chyba cały świat ogarnął rasistowski amok. Karl dołączył do ruchu oporu i szybko został jego przywódcą. Na początku nie było burd i przemocy, dopóki Karla, Chanana, Morgany la Fey i kilku innych nie aresztowano. Uwięziono ich w lochach berlińskiego Ministerstwa – i następnej nocy budynek stanął w płomieniach. Wampiry przyszły po swoich przywódców i rozpoczęły otwartą wojnę. Był rok trzydziesty trzeci. Początkowo wampiry wygrywały, ale potem kilku Ministrów zjednoczyło siły i popędziło armię nieludzi na wschód. Karl zdecydował się schronić w starej nadwołżańskiej twierdzy. Było to mądre posunięcie, bo zamek ten otaczała szeroka niemagiczna strefa, więc nie można tam było używać różdżek, pozostawały tylko miecze i mugolska broń. Dawało to wampirom, szybszym, silniejszym i lepiej widzącym po zmroku niż ludzie oczywistą przewagę. Ludzie zdecydowali się na oblężenie i zaczęło się piekło. Zdesperowani Aurorzy przechodzili na stronę Grindewalda. Terror, wprowadzony przez ludzkie dowództwo, nie tylko nie powstrzymał fali dezercji, ale jeszcze ją nasilił. Zima, rosyjska zima, Generał Mróz, na którego liczył Grindewald, nie zawiódł i był równie skuteczny, co wampirze miecze. W końcu to oblegający stali się zabawką w rękach oblężonych… Poddali się. Nie, Grindewald nie był dla nich okrutny, choć mógłby, bo przecież schwytanych wampirów nie traktowano jak ludzi, ani w ogóle jak czujących stworzeń. Okrucieństwo samego Voldemorta było niczym wobec tego, co robili łowcy.
Po tym zwycięstwie Grindewald stał się niekwestionowanym autorytetem dla wampirów. Słuchali go wszyscy, zjednoczył cały swój lud i rzucił go do walki. Ponownie zapłonął Berlin, stanął w płomieniach Paryż i Rzym. Grindewald triumfował. To on dyktował warunki pokoju w czterdziestym piątym. Nie, nie chciał władzy nad magiczną Europą; był na to zbyt rozsądny. Zażądał równych praw dla wampirów i Wil oraz odebrał ludziom część ziem. Tereny te zostały otoczone specjalnymi osłonami magicznymi, tak, że dla ludzi po prostu przestały istnieć. Znikły. Tylko wampiry i Wile mogły tam wchodzić. Grindewald ściągnął też nieludzką (hm...) kontrybucję wojenną od pokonanych Ministerstw. Od tej pory w Europie panował względny spokój, a większość wampirzych rodów w ogóle nie wystawiała nosa poza swoje terytoria. Skrzydlaci zawsze izolowali się od reszty magicznego świata, mieli własne szkoły, urzędy i szpitale, więc nie wtrącali się do cudzych spraw. Tylko nieliczni, tak jak Malfoyowie albo Krumowie spędzali sporo czasu na ludzkich terenach. Dumbledore westchnął. Grindewald chciał im pomóc podczas ostatniej wojny z Voldemortem ale Ministerstwo odmówiło, bojąc się sprowadzić na ślizgońskiego szatana pruskiego diabła. Karl Friedrich z pewnością wystawiłby im potężny rachunek i długo by go spłacano, ale czy Minister na pewno postąpił słusznie? Grindewald nie patyczkowałby się ze Śmierciożercami; rzuciłby do walki kilkuset świetnie uzbrojonych i wyszkolonych profesjonalistów, tych, którzy nie mieli żadnych skrupułów. Może nie daliby rady zabić samego Voldemorta, ale z pewnością sprawnie wyłapaliby jego ludzi. Co należało zrobić? Knot z pewnością nie zgodzi się przyjąć pomocy, jeśli Grindewald w ogóle ponownie ją zaoferuje. Pójść na nieformalne układy? Ale Niemiec miał pełne prawo odmówić. Miał prawo nienawidzić Dumbledora.


- Bo byłeś skończoną świnią, Albusie – powiedział do siebie Dumbledore – Podłym, głupim rasistą, jak Voldemort. Nie byłeś na pogrzebie matki Karla, nawet po jej śmierci nie miałeś odwagi, by choć nad grobem ją przeprosić. Potraktowałeś ją jak śmiecia. A potem, w czasie wojny, nie byłeś lepszy. Wierzyłeś, że cel uświęca środki. Nie sprzeciwiłeś się okrucieństwu i terrorowi, nie tak ostro, jak powinieneś. Mogłeś bardziej przeciwstawiać się temu bezsensownemu, nieludzkiemu postępowaniu ale tego nie zrobiłeś. Dopiero bitwa nad Wołgą otworzyła ci oczy. Andromedo, walczyłaś tam przeciwko nam – popatrzył na zdjęcie, z którego uśmiechała się do niego rudowłosa, niebieskooka nastolatka, która potem została matką Karla. Nic dziwnego, że stary Grindewald się w niej zakochał. A on, Albus, głupi rasista, wyrzucił ją za to z domu. – Siostrzyczko – szepnął stary czarodziej – Co ja najlepszego zrobiłem? Zostałaś wampirzycą z miłości do niego, a ja uważałem cię za ostatnią szmatę. Nigdy nie porozmawiałem z własnym siostrzeńcem, a widywałem go codziennie przez siedem lat. Potem, w czterdziestym trzecim, też nie miałem odwagi. Nigdy jej nie miałem. A teraz potrzebuję jego pomocy, ale jak mógłbym o nią poprosić? Nie wierzę już w żadne rasistowskie bzdury, ale czy on mi uwierzy? Andromedo, jak mogłem być tak ślepy?
Martwiła go też Dorcas. Wiedział, że kobieta jest kompetentna i że w razie niebezpieczeństwa rzuci się do gardła samemu Szatanowi ale... Było dużo „ale”. Dumbledore zajrzał do Myślodsiewni.

Hogwart, 1 września 1968

- Black, Bellatrix!

- SLYTHERIN! – stwierdziła Tiara po chwili namysłu. Jak Dumbledore dowiedział się dużo później, wahała się między uczynieniem jej ambitną Ślizgonką, a lojalną Puchonką. Cóż, Belli nie można było odmówić fanatycznej wręcz wierności.

- Black, Syriusz!

- GRYFFINDOR! Czarnowłosy chłopak, tak jak i później jego młodszy brat Regulus, dołączył do purpurowo-złotych.

- Bones, Edgar!

- HUFFLEPUFF!

- Lupin, Remus!

- GRYFFINDOR!

- Meadows, Dorcas! – wyczytała Minerwa. To nazwisko nic nie mówiło Dyrektorowi, a więc dziecko musiało mieć rodziców-Mugoli. Zobaczył drobną, szczuplutką dziewczynkę o bladej skórze, ciemnych oczach i czarnych, ulizanych włosach, związanych w mysi ogonek. Mała rozglądała się naokoło; w jej oczach widać było i strach, i ciekawość. Wychowywała się przecież w mugolskiej rodzinie i nigdy przedtem nie miała styczności ze światem magii. Tiara ledwie dotknęła włosów dziewczynki i ryknęła:

- SLYTHERIN!!! To było dość dziwne, bo przecież jej rodzice byli Mugolami. Owszem, takie dzieci też czasem trafiały do Domu Węża, ale rzadko. Cóż, mała okazał się być wampirzycą, a Salazar zawsze lubił nieludzi.

- Pettigrew, Peter!

-GRYFFINDOR – stwierdziła Tiara po długim namyśle. Oczywiście nieśmiały, niezgrabny Peter musiał wywrócić się na środku sali, wywołując salwę śmiechu. Czerwony jak burak, szybko dołączył do kolegów.

- Potter, James! – Wysoki chłopak został Gryfonem. Od razu było widać, że zostanie przywódcą i będzie sprawiał kłopoty. Już w pociągu dokuczył jakiemuś innemu dzieciakowi i oberwał od niego tak bardzo, że Poppy musiała się nim zająć przed Sortowaniem. Cóż, jego przeciwnik też musiał być niezłym ziółkiem.

- Shacklebolt, Kingsley! – kolejne dziecko z mugolskiej rodziny.

- RAVENCLAW!

I wreszcie – Snape, Severus!

- To on wtłukł małemu Potterowi, bo tamten nazwał go szmaciarzem i brudasem – szepnął Flitwick – To dziecko z Nokturnu, dobrze, że nie sięgnęło po nóż – Odebraliśmy mu niezły kawałek stali. Twierdził, że to nożyk do owoców.
Dumbledore spojrzał na chłopaka. Miał na sobie niesamowicie brudne adidasy, stare, wyświechtane dżinsy i rozciągnięty, podarty sweter, a na to narzuconą szkolną szatę, stanowczo za dużą i najwyraźniej pamiętającą kilku poprzednich użytkowników, Dyrektor zauważył półksiężyce brudu za paznokciami chłopca, dłonie poplamione składnikami eliksirów... I ten oczy dzikiego zwierzęcia, wszędzie węszącego wrogów. Dumbledore domyślał się, że między nim i Potterem wybuchnie bezwzględna wojna. Tiara musnęła niemyte, czarne kosmyki i znów wrzasnęła:

- SLYTHERIN!!!




Dumbledore podparł głowę rękami. To dziecko wkrótce miało wykazać się talentem nie tylko do eliksirów ale i do Niewybaczalnych, stać się pospolitym bandytą z Nokturnu. Dorcas przeciwnie, miała zostać Aurorką. Dołączyła do Zakonu Feniksa i była jedną z najgroźniejszych przeciwniczek Voldemorta. To ona przeciągnęła Severusa na ich stronę, to ona szła na pozornie samobójcze akcje i wracała z nich zwycięska. To jej w końcu Voldemort nie zdołał zabić. Ochroniło ją Zaklęcie Krwi, rzucone przez czarnoksiężnika potężniejszego niż Tom Riddle. Dorcas, pod inną postacią i innym nazwiskiem, kontynuowała swoją działalność, ale coraz bardziej nie zgadzała się z Dumbledorem, a z Moodym prowadziła otwartą wojnę, bo stary Auror nienawidził wampirów. Kiedy wyszła za mąż za Azazela, który również pomagał Zakonowi, sytuacja stała się nie do zniesienia. Po wojnie oboje odeszli. Teraz mieli wrócić, już jako żołnierze Harab Serapel, elity elit wampirzego wojska. I w tym tkwił problem. Dumbledore im ufał; wiedział, że oboje nikogo nie skrzywdzą, a wręcz przeciwnie, umrą za te dzieci i że nie będą współpracować z Ministerstwem. Co prawda na pewno będą się kontaktować z Grindewaldem, ale Dumbledore nie wątpił, że jego siostrzeniec i tak ma w Hogwarcie swoje wtyczki, nie tylko wśród wampirów. Zresztą, Grindewald nie znosił rasistów, więc na pewno nie będzie współpracował z Voldemortem; tym niemniej Dumbledore rozumiał wściekłość Alastora. Jego rodzice byli łowcami; matka zginęła w jakiejś ulicznej potyczce w trzydziestym dziewiątym, a ojciec... Zabili go Serapele. Harab Serapel byli dumni, fanatyczni i doskonale wyszkoleni. Każdy kandydat przechodził długi i okrutny trening, ocierający się wręcz o tortury. Nikt z zewnątrz nie znał szczegółów szkolenia, ale wiadomo było, że inicjacja była krwawa. Jednym z jej elementów było schwytanie łowcy, dostarczenie go czy jej żywego do twierdzy Serapeli i zabicie na oczach całego oddziału. Bez broni, tylko zębami i pazurami. Tak właśnie zginął ojciec Moodyego. Dumbledore nie wiedział, czy Serapele kontynuują ten ponury zwyczaj, ale wątpił by Chanan zmienił tradycję, sięgającą ósmego wieku –Są jak Śmierciożercy – pomyślał Dyrektor – ale bardziej fanatyczni i o wiele groźniejsi. Ale czy łowcy nie robili wszystkiego, by wampiry ich znienawidziły? Czy nie mówiło się „okrutny jak łowca”? Czy ojca Moodyego nie nazywano „krwawym Jimem”? Nawet inni łowcy uważali go za niebezpiecznego wariata. Nie usprawiedliwiało to Serapeli, ale... Zawsze to nieszczęsne „ale”. Zawsze to nieszczęsne pytanie kto ma słuszność i jak można by zażegnać ten odwieczny konflikt. Grindewald nawet nie próbował, bo nie wierzył, żeby to w ogóle było możliwe. Jak zaprowadzić pokój między żądnym zemsty Aurorem, a dumnymi komandosami? Lustro w gabinecie Dumbledora rozbłysło, przerywając mu rozmyślania.

- Grindewald? – zdziwił się Dyrektor.

- Nie, Voldemort – warknął kanclerz – I wszyscy Śmierciożercy. Gdzie jest Aszmi Moon?

- Jak zwykle, w...

- Nie! Porwano ją! – ryknął rozwścieczony wampir – Została w Anglii, ze względu na to Zaklęcie Krwi i mieliście jej pilnować! Banda kretynów i nieudaczników! Kogo pan zatrudnia!

- Ale kto?..

- A jak pan myśli? – syknął Grindewald – Kto mógłby porwać Aszmi Moon, córkę Dorcas Meadows? Slytherin, po piątej klasie, jeśli pan nie pamięta. No kto?

- Voldemort – odparł Dumbledore – Ale on nie wie...

- Skąd ta pewność? – prychnął kanclerz – Ja widzę trzy możliwości. Albo Tom Riddle nic nie wie i jego ludzie porwali ją, bo oficjalnie pochodzi z mugolskiej rodziny, „Szlama w Slytherinie”, czyż nie? – ironizował – Albo nasz drogi wróg się dowiedział, że Dorcas i Azazel mu się wtedy wywinęli, dowiedział się, że Aszmi jest ich córką i chce się po prostu zemścić, albo, co najgorsze – wie, kim tak naprawdę jest Dorcas. Może wie też o Severusie. Dorcas i Azazel będą chcieli się pana zapytać, jak pan pilnuje ich dziecka. Nie ma bardziej mściwych ludzi, niż Serapele. Severus też się dołączy. Radzę, żeby dziewczynka się znalazła i to w jednym kawałku. Kazałem jej iść do Hogwartu ze względu na Zaklęcie Krwi, ale jeśli pan tak jej pilnuje, nie dostanie pan nikogo więcej. Severusa też odwołam i guzik mnie obchodzi, że to osłabi osłony Hogwartu. Tak, mam jeszcze trzy rody, których krew może chronić zamek, ale jeśli będzie pan tę krew marnował... – syczał Grindewald – Uchodzi pan za najpotężniejszego czarodzieja na Ziemi, to czemu nie zabije pan Czerwonookiego? Albo nie uwięzi? Nie pozbawi mocy? Nie, pan się zasłania dziećmi. Potter i Moon. Zbawca i strażniczka, tak? Magia ofiary i magia krwi. Zawsze siedzicie i dowodzicie z wygodnego fotela, a ci młodzi i głupi niech za was umierają. Jeśli Aszmi coś się stanie, będzie musiał sobie pan radzić bez Severusa i bez Dorcas. I guzik mnie obchodzi, że Czerwonooki zwali wam to zatęchłe zamczysko na wasze puste łby. Tak się chroni kogoś, kto jest strażnikiem zamku? Asmodea Moon ma się znaleźć, panie Dumbledore, albo nici z dalszej współpracy.– warknął – Gdzie ochrona, gdzie zaklęcia? Mówią, że nie ma potężniejszego czarodzieja, niż pan, a taki Syriusz Black, zwykły czarodziej, chodził po zamku, jak chciał! Bazyliszka też pan nie znalazł! I to nie pan pokonał Voldemorta, tylko ta odważna dziewczyna! Czemu go pan nie ścigał, kiedy był słaby? Czemu pozwolił mu pan podnieść się z kolan? Czemu nie wyłapano jego zwolenników? Nie mieliście Veritaserum? Tak dobrze umieli zamaskować Znak? Lepiej, żeby Aszmi się szybko znalazła, bo inaczej Harab Serapel podrze Toma Riddle na kawałki, a potem przyjdzie po pana, a ja będę udawał, że o niczym nie wiem! – wrzasnął i przerwał połączenie. Od dawna nikt nie odważył się otwarcie grozić Dumbledorowi, ale kanclerz nie bał się starego czarodzieja. Wiedział, że nikt, nawet Dumbledore, nie dosięgnie go w jego kryjówce; wiedział też, że sytuacja Zakonu Feniksa jest fatalna i że Dumbledore niedługo będzie musiał kogoś poprosić o pomoc. Knot był cwanym karierowiczem, ale nie nadawał się na dowódcę; zresztą ani Zakon, ani nawet wszyscy ministerialni Aurorzy Wielkiej Brytanii nie mieliby szans wobec potęgi Parasimu. Kanclerz odsłonił kły w okrutnym uśmiechu. Już wkrótce Lucjusz Malfoy opuści Azkaban i zostanie szpiegiem na rzecz Zakonu. Na pewno pójdzie na taki układ, byle opuścić piekielne więzienie. On i Severus rozbiją organizację Voldemorta od środka, przy dyskretnej pomocy Dorcas i Azazela; do brytyjskiego Ministerstwa wsadzi się więcej szpiegów... Wszystko będzie dobrze, jeśli ci nieudacznicy nie będą psuli wszystkiego! Asmodea Moon musi się znaleźć! Po pierwsze, kanclerz czuł się za nią osobiście odpowiedzialny – w końcu to on wysłał ją do Hogwartu i naraził na niebezpieczeństwo; a po drugie, w krwi tej dziewczyny płynęła potężna magia; ta krew była ostateczną bronią wobec czerwonookiego szaleńca, gdyby okazał się tak potężny, że zagroziłby wampirzym twierdzom – a tego kanclerz nie mógł wykluczyć. Czasem wrogowie wdzierali się na wampirze tereny, a przecież Voldemort nie był zwykłym przeciwnikiem. Oczywiście, w ostateczności można się było schronić w takie miejsca, jak Rolandstrasse albo Gniazdo Węży, stare zamczysko, które już kiedyś opierało się JEGO atakom przez kilka dni, więc Voldemort nigdy nie wdarłby się do środka, ale Grindewald nie chciał dopuścić do takiej sytuacji. Miał kilkudziesięciu ludzi, których krew mogła ich ochronić przed szalonym Lordem i uważał, że nie powinien stracić żadnego z nich w tak idiotyczny sposób. Gdzie Voldemort mógł teraz przebywać? Jedno z luster w jego gabinecie rozbłysło; ukazała się w nim kobieta w masce Śmierciożerczyni. Kanclerz znów się uśmiechnął. Już wiedział.


Normandia, Zamek Malfoyów

Draco Malfoy siedział nad niedokończonym Mortiferem i płakał. Mało kto wiedział, że Lucjusz zajmuje się produkcją magicznej broni, a większość czarodziejów pogardzała mugolskim wynalazkiem; poza tym przed kulami chroniło zwykłe Protego. Skonstruowanie broni magicznej, przebijającej zaklęcia ochronne, zdolnej zabijać smoki, wilkołaki albo wampiry, nie było sprawą prostą; było to zajęcie żmudne, skomplikowane i wymagające znajomości wielu zaklęć oraz eliksirów. Nic dziwnego, że broń taka była bardzo kosztowna, a do tego niektóre modele były zakazane przez międzynarodowe konwencje. Właśnie nad jednym z nich, Mortiferem 666 Inferno, młodszym bratem osławionego Mortifera 666 Nex, zdolnym przebić smoczą skórę na 200 kroków, siedział teraz Draco. Lucjusz zamierzał uczynić go spadkobiercą swojego, niezwykle intratnego interesu i od małego uczył fachu. Draco na ogół bardzo lubił tę pracę, ale teraz w ogóle nie umiał się skoncentrować. Samotność strasznie go przytłaczała; nie wiedział, co robić. Był przeraźliwie sam. Nie miał co liczyć na nikogo z Hogwartu; doskonale wiedział, że Gryffindor, Ravenclaw i Hufflepuff nienawidzą Ślizgonów, za to, że należą do Domu Węża. Pamiętał, że kiedy po raz pierwszy jechali do zamku, wiele osób powtarzało „Tylko nie Slytherin”. Z tą wrogością Draco dawno się już pogodził i wykorzystywał każdą okazję by dokuczyć tym, którzy chcieli upokorzyć jego Dom. A kumple ze Slytherinu? Dobrze wiedział, że jego nazwisko wywoływało albo ślepą nienawiść, albo służalczą usłużność nawet tam. Z kim mógł pogadać? Snape, jego ojciec chrzestny, nie odpowiadał na wezwania lustra, najwyraźniej był czymś bardzo zajęty. Ojciec siedział w tym przeklętym Azkabanie; Draco zacisnął pięści z bezsilnej wściekłości. To wszystko przez Pottera i jego kumpli! Na matkę nie było co liczyć. Narcyza nie urodziła się wampirzycą i nigdy nie pogodziła się z faktem, że się nią stała. Dopóki Draco był mały, rozpieszczała go do granic przyzwoitości, ale teraz wszystko się zmieniło; Draco widział wstręt i przerażenie w jej oczach, kiedy na niego patrzyła. Był wampirem, potworem, zwierzęciem. Zaśmiał się gorzko, wycierając łzy. Kim innym mógłby być? Najwyraźniej Narcyza starała się nie myśleć o oczywistych faktach; wolała udawać, że jej jedyny syn jest zwykłym dzieckiem. Niestety, jej złudzenia musiały się zderzyć z brutalną prawdą. Malfoyowie mieli drzewo genealogiczne sięgające 1600 lat w przeszłość, a od dwunastu wieków w ich rodzie nie było człowieka. Zdarzali się mieszańcy, będący pół- czy ćwierć-wampirami, ale nigdy ludzie. Narcyza dobrze o tym wiedziała, wychodząc za Lucjusza. Malfoy, choć jej nie kochał, zawsze ją szanował, nie kontrolował, co robi, ani z kim się spotyka; nie krytykował jej wydatków. Inne wampiry odnosiły się do niej życzliwie, starając się jej pomóc, bo wielu z nich przekonało się na własnej skórze, jakim szokiem jest Przemiana dla kogoś, kto urodził się człowiekiem. Mimo to, Narcyza nigdy nie zaakceptowała nowej siebie, a teraz, gdy jej mąż tkwił w więzieniu, a Draco przechodził najcięższy okres, dopiero ucząc się panować nad sobą, zupełnie się załamała. Siedziała teraz w jednej z willi w Anglii, zamknięta w pokoju i nie potrafiła pomóc synowi. I Lucjusz, i Draco byli dla niej istotami z innego świata; nie mogła i nie chciała ich zrozumieć.

A Draco płakał. Kochał swojego ojca, tego zimnego, wyrachowanego arystokratę, tego Śmierciożercę i intryganta. Kochał go, choć Lucjusz nigdy nie okazywał swoich uczuć – ale Draco dobrze wiedział, że ojciec je ma. Wiedział, czemu po każdym wygranym meczu dostawał kosztowne prezenty, widział dumę w tych stalowych ślepiach, kiedy Snape opowiadał o jego szkolnych sukcesach, a przede wszystkim pamiętał atak łowców i Lucjusza, który rzucił się na nich jak zwierzę. Na dziesięciu uzbrojonych i dobrze wyszkolonych zabójców. Pamiętał tę walkę, której ojciec nie mógł wygrać, każdy ruch, każde zaklęcie. Krew. Wycie Lucjusza, obrzuconego kilkoma Niewybaczalnymi naraz. Rechot łowców. I niesamowity koniec nierównej walki, jedno proste Accio, którym Lucjusz przywołał Mortifera. Draco zamknął oczy i zobaczył to wszystko jeszcze raz. Lucjusza, próbującego stanąć na nogi, jego zwichnięte skrzydło, krew ściekającą po wampirzym pysku, drżące, nieposłuszne mięśnie, chwilę wcześniej szarpane Cruciatusem. Usłyszał ochrypły szept: „Draco, gdzie jesteś?” Pamiętał rozpacz, dziką, zwierzęcą rozpacz Lucjusza, który nie mógł go znaleźć. W końcu jednak go odszukał, uwolnił od zaklęcia i – Draco uśmiechnął się smutno – jedyny raz po prostu przytulił. Lucjusz trzymał go wtedy w ramionach, powtarzając w kółko „synku” i płakał. A teraz ojciec cierpiał gdzieś w jakimś brudnym lochu, na obrzydliwej wyspie. Draco zrobił, co mógł, żeby mu pomóc. Skontaktował się ze wszystkimi wpływowymi wampirami, ale odpowiedź była zawsze ta sama. Nikt, nawet Grindewald, nie chcieli się wplątywać w tą sprawę. Mówili, że Voldemort powinien sam uwolnić swoich ludzi w przeciągu kilku dni. Tak się jednak nie stało. Ministerstwo sprowadziło Dementoidy, które zastąpiły Dementory; stwory te były krewniakami dawnych strażników Azkabanu, ale nie umiały mówić i nie rozumiały ludzkiej mowy, poza kilkoma prostymi rozkazami, więc nie dało się ich przekupić. Były magicznie związane z wyspą, więc nie mogły jej opuścić. Voldemort albo nie umiał sobie z nimi poradzić, albo postanowił porzucić swoich współpracowników. Snape twierdził, że Voldemort uznał, że znajdzie sobie nowych ludzi, więc nie ryzykował starcia z Dementoidami. Draco poczuł, że nienawidzi Toma Riddle. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że ten człowiek wykorzystuje swoich współpracowników. Czy naprawdę warto zostać Śmierciożercą? Draco został wychowany w pogardzie dla wszystkiego, co niemagiczne, ale wyzywanie Szlam i dokuczanie im to jedno, a morderstwa, to drugie. Zbyt dobrze pamiętał atak łowców, by nie zadać sobie pytania, czy na pewno chce stać się do nich podobny. Westchnął ciężko; zrobi to, co każe mu ojciec; pewnie teraz doradziłby mu czekać i nie opowiadać się otwarcie po którejkolwiek ze stron. Nie było sensu ryzykować i stawać po przegrywającej stronie – a tylko Los wiedział, kto wygra tę wojnę.
Smutne rozmyślania Draco przerwała skrzatka, która wbiegła do lochu wrzeszcząc, że lustro szaleje.

- O cholera – jęknął Draco i popędził na górę. Ku jego zdziwieniu z ciemnej tafli spoglądali na nich sam Chanan i la Fey, palatyn Normandii.

- Otwieraj Megaport – warknęła Morgana la Fey - Prześlemy ci ludzi, masz im wydać broń. – wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego - Natychmiast.

- Nie – odparł twardo Draco, udając, że się nie boi. Poczuł, jak zimna strużka potu płynie mu po plecach, bo wiedział, że tych dwoje rozniosłoby go na strzępy w kilka sekund, ale wytrzymał spojrzenie czarnych ślepi Chanana i zielonych la Fey. - Uwolnijcie mi ojca.

- Zrobimy to, przysięgam na mój miecz i honor. – Chanan spojrzał mu prosto w oczy, wypowiadając największą z wampirzych przysiąg - Uratujemy go. Otwieraj. Każda sekunda się liczy.

- Już lecę – Draco wybiegł z komnaty i popędził z powrotem do lochów. Tkwił tam Megaport, urządzenie służące do teleportacji dużej ilości wojska bądź sprzętu na wielkie odległości. Megaporty były niezbędne tam, gdzie dystanse były za duże dla Świstoklików i zaklęć Deportujących. Miały tylko jedną wadę: stworzenie ich zajmował dużo czasu i dlatego były zamontowane na stałe tylko w wybranych miejscach, co komplikowało podróże. Poza tym, jako, że od wieków służyły wampirom (i nie tylko) do szybkiego przerzucania armii na wielkie odległości, zostały zdelegalizowane na terenie Europy już w 1456. No, ale tu, w Normandii, na wampirzej ziemi, nikt nie odważyłby się sprawdzać, co Malfoyowie trzymają w lochach. Draco odblokował przejście i po chwili w wielkiego, pustego lustra zaczęły wyskakiwać wampiry.

- Broń – wrzasnęła kobieta, która najwyraźniej nimi dowodziła - Wszystko! Z rozkazu Chanana!

- Co jest grane? – spytał Draco, widząc kolejne wampiry, wyłaniające się z Megaportu. Poznał ich; byli to podwładni Pugaczowej, jednej z przywódczyń wielkich band, włóczących się gdzieś nieskończonych przestrzeniach Syberii. Ubierali się po mugolsku, tylko kurtki mieli zrobione ze skór wilkołaków. Na szyjach nosili naszyjniki z ich zębów; wilkołacze kły dyndały im w uszach, jako niesamowite kolczyki. Tandetne bransoletki dzwoniły im na przegubach, na rzemykach zwisały amulety, piórka i kępki włosów sleipnirów. We włosy wplatali pióra i włosy jednorożców; twarze i ręce mieli ozdobione tatuażami, przedstawiającymi magiczne zwierzęta. Draco zauważył na ich skórze małe, lśniące kryształki; resztki narkotyku, który wprawiał ich w szał.

- Łowcy! Dranie tłuką naszych! – zawyła kobieta - Słonka moje! – zwróciła się do podwładnych - Bierzcie i dobrze się bawcie! Na zatracenie, bracia i siostry! - wampiry zawyły - Szybciej! – ryczała Pugaczowa, rzucając im broń - Mortifery 666 Inferno! – wydawała ciężką, długą broń, chronioną złotymi runami - Hulajcie! Morta 4 Magnum biorę dla siebie – mruknęła, wtykając mały ale zabójczy rewolwer za pasek - Tempo, tempo, bo nam impreza ucieka! – zachichotała jak szatan - Kochane, stare Woronowy! – śmiała się, wydając broń może i nie najnowszej generacji, ale wciąż świetną - Hulajcie, zabójcy łowców! Dziś wasza noc! Za każdy karmazynowy płaszczyk dziesięć Galeonów! – wrzasnęła - O, najnowsze Todessery!

- Todesser 5 Schlange – wyjaśnił cicho Draco - Małe, ale wredne. Na trzynaście pocisków - Trochę bał się tych półdzikich typów.

- I tak trzymać! – zawyła Rosjanka w amoku, wyciągnęła z kieszeni malutką torebeczkę, wysypała jej zawartość na dłoń i wciągnęła biały proszek do nosa – Dalej, dzieci piekła! Na łowców! Na karmazynowe płaszczyki! Każdy przeciw każdemu, Bóg przeciw wszystkim! Gdy Mortifery z nami, kto przeciwko nam!? Vipery, nowiutkie Vipery! Dragonkillery 2000! Tym można strzelić w pysk samej kostuchy! Szybciej, bo tam tańczą bez nas! – wrzeszczała coraz głośniej, a podwładni wtórowali jej szaleńczym wyciem - Chodźcie, anioły chaosu! – jej głos przeszedł w przeraźliwy, histeryczny krzyk – Na karmazynowych! Na śmierć! A po śmierci piach! A jeden 666 Inferno biorę dla siebie – dodała już ciszej, wycierając ślinę z warg rękawem - A teraz dawaj miecze, synu – uśmiechnęła się drapieżnie - Co my tu mamy! – jęknęła z zachwytu. Nigdy nie miała dość pieniędzy, by wyposażyć oddział w takie cudeńka - Zostawcie wasze żelastwo, bierzmy to! – rozkazała - Na brodę Merlina, jestem w raju! – śmiała się, wydając długie, cienkie miecze. Nigdy nie byłoby jej stać, żeby kupić tyle tak dobrych mieczy, a tutaj miała najlepsze z najlepszych, klasy Apylon, Michael, Gabriel i… - Lucyfery – szepnęła - Twój stary umie robić Lucyfery? – jej oczy zrobiły się wielkie, jak spodki - Jest lepszy, niż myślałam. Szybciej, szybciej! – popędzała swoich ludzi - Słuchaj, mały – zwróciła się do Dracona - Jest źle. Nieciągłość. Bierz jednego Lucyfera i 666. Uważaj na siebie. I dzięki za sprzęt! – klepnęła go po ramieniu i wskoczyła z powrotem do Megaportu. Draco został sam, wśród starej broni, pozostawionej przez oddział. Musieli się szykować na ciężką bitwę, skoro Chanan zdecydował dać im lepsze uzbrojenie. Co więcej, sytuacja musiała być naprawdę trudna, skoro stary generał nie wysłał swoich regularnych oddziałów, tylko korzystał z pomocy półdzikich watażków. Draco nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać; ktoś znowu dobijał się przez lustro.



Następny rozdział > >