Dano mu miecz, którym brat już zranił brata, Lecz nie jemu go użyć, lecz wrogowi nie-wrogowi - myślał Lucjusz, patrząc na kanclerza. Cóż, Grindewald był jego przeciwnikiem, bo nienawidził Voldemorta, ale jednocześnie krewnym i obrońcą. Karl Friedrich uważnie przyglądał się mieczowi, który Malfoy znalazł w Stanach.
- Tak, Lucjuszu, masz rację - stwierdził Niemiec - To, co znalazłeś, to miecz, którym można zabić boga. Ogromna rzadkość. Czasem jakiś potężny demon upuści go podczas bitwy, ale rzadko się zdarza, żeby go potem nie znaleźli. To, co mi przyniosłeś, to miecz Antykreatora, sądząc z herbu. Ile za niego chcesz?
- Milion - odpowiedział bezczelnie Malfoy.
Kanclerz ściągnął z szyi złoty łańcuch, ozdobiony brylantem, którego wielkość doprowadziłaby każdego jubilera do ekstazy, i niedbale rzucił go na stół.
- Pasuje?
- A jeśli nie będzie go pan mógł dotknąć? On akceptuje tylko mnie, a nawet ja nie umiem go porządnie zapalić.
- Jestem Czarnym Panem, Lucjuszu i nie zdobyłem tego tytułu, lewitując Mugoli - stwierdził złośliwie Grindewald, chwytając oburącz broń.
- I nic - mruknął Malfoy - Myślałem...
- Ignis Infernalis! - ryknął Niemiec. Lucjusz cofnął się i odruchowo zasłonił twarz. Miecz płonął czarnym płomieniem.
- Widzisz? - twarz Grindewalda, oświetlana czystym Mrokiem, wyglądała jak negatyw - Widzisz? Jestem Czarnym Panem, Lucjuszu. I nie dlatego, że zrobiłem bliznę dziecku.
- Sądzi pan, że to bezpieczne? Użycie miecza?
Grindewald zaśmiał się chrapliwie.
- Nie. Oczywiście, że nie. Ale zawsze miałem ochotę zaszlachtować jakieś bóstwo. Chcę zamknąć im wrota do naszego świata. Mam dość tej całej zgrai, która myśli, że może robić, co chce, zwłaszcza tych ze światła. Kiedy słucham o tym, jacy są święci, robi mi się niedobrze. Jestem Mrokiem i nie zamierzam zmieniać strony.
- Herr Kanzler, to czemu pan nie poprze Czarnego... Voldemorta?
- Lucjuszu, nie rozśmieszaj mnie. Zadajesz pytania jak Mugol. Toma bawi czynienie zła, zła bez sensu i celu, pragnie nas sobie podporządkować, śni o nieśmiertelności. To absurdalne i niebezpieczne. Prawdziwa Ciemność to wiedza, moc i tajemnica, a przez to absolutna wolność. Biała magia jest dla słabeuszy i tchórzy. Wmawiają ludziom, że Ciemność to Zło, Cruciatus i spółka, i nic więcej. Tymczasem prawdziwy Mrok uczy cię walczyć, żebyś nigdy nie był niczyim niewolnikiem; uczy cię wytrwałości, wytrzymałości i opanowania, żebyś nie był niewolnikiem samego siebie. To jest ta Ciemność, która sprawiła, że rzuciłeś się na dziesięciu łowców. To jest ta Ciemność, dzięki której wygraliśmy w czterdziestym trzecim. I o taką Ciemność warto walczyć.
- Ale... oni pana zabiją!
- Jestem Czarnym Panem - powtórzył Grindewald - I w przeciwieństwie do niektórych, ja wygrywałem wojny. I nie mam przerośniętego ego - dodał - No i jestem Niemcem, a nie jakimś tam Angolem.
Godzinę później, Normandia
Dokądkolwiek się udasz, zemsta będzie cię ścigać na skrzydłach nietoperza.
Dla Lucjusza zemsta była czymś oczywistym, obowiązkiem, formą okazania szacunku i miłości wtedy, kiedy nie dało się już pomóc; tym razem jednak nawet on zaczynał wątpić w jej sens. To i tak niczego, niczego nie zmieni... Niczyja śmierć nie zmieni już niczego, a zresztą, kogo uczynić winnym?
Przykrył ciało Teodora Notta białym całunem; jutro chłopak spłonie na stosie. Bogowie, czemu? Powinien był go bardziej pilnować!
Przeklęta statystyka. Statystki mówią, że jeden na trzech ludzi, którzy stali się wampirami po czternastym roku życia, popełnia samobójstwo. Nie potrafili zaakceptować samych siebie. Bogowie, czemu dał mu broń? A ten głupek poszedł porozmawiać z rodzicami zaraz po rozprawie o majątek, pokłócili się, chłopak strzelił, zabił rodziców i siebie... Nottowie byli krewnymi Blacków. Lucjusz zaczął się czuć jak bohater greckiej tragedii.
- Dlaczego?
Lucjusz odwrócił się gwałtownie. Tonks, blada jak trup, stała w drzwiach.
- Nie wytrzymał, Tonks.
Wiedźma przykuśtykała bliżej. Wyglądała fatalnie, ale Uzdrowiciel zapewniał, że nic jej nie będzie, przynajmniej fizycznie...
- Moja matka się zabiła, kiedy zorientowała się, co urodziła -szepnęła Tonks - A ojciec całe życie nienawidził samego siebie. Dlaczego? Dlaczego tak musi być?
- Nie wiem. Tak zawsze było.
Milczeli przez dłuższą chwilę.
- Chcę do domu - odezwała się w końcu Aurorka.
- Dokąd? Jesteś chora, nie masz pracy...
- Czyżbyś zaczynał się o mnie troszczyć?
- Własny ojciec by mnie zabił, gdybym nie wypełnił tego obowiązku. Nottowi już dałem umrzeć.
Fakt, jeśli wampir skrzywdził wampira, tradycja nakazywała jakoś to wynagrodzić.
- I co mi przyjdzie z tego, że ci oddam, wuju? - warknęła - W przeciwieństwie do ciebie, nie będę się dobrze bawić!
- Wcale się dobrze nie bawiłem.
- Bawiłbyś, się, draniu, gdybym nie miała skrzydeł - syknęła.
- Ale masz. To wszystko zmienia.
- Nie powinno zmieniać niczego, wiesz?!
- Powiedz to łowcom. Powiedz to Knotowi - odparował ostro.
Znów cisza.
- Nie chcę ci oddawać - powiedziała w końcu Tonks - Nie zniżę się do tego. I nie chcę twoich pieniędzy. Zarabiasz na śmierci.
- Gdyby ludzie nie wzniecali wojen, byłbym bankrutem - syknął.
- Jesteś bydlakiem i draniem i powinieneś umrzeć zamiast tego chłopca! To wasza wina! Diggory, dzieci Bonesów...
- To nie moja wina!
- A niby czyja?! Jesteście...
- Kiedyś zrozumiesz, że to i tak nie ma znaczenia. śmierciożercy, komandosi czy zabójcy demonów, to zawsze to samo. Nawet Aurorzy. Zabijanie i zabijanie i tyle.
- Nieprawda.
- Poczekaj jeszcze trochę, pojawi się nowy Crouch i będziemy mieć powtórkę z rozrywki. Pewnego dnia wyjdzie nowy edykt i wszyscy pójdziemy pod mur za nasze skrzydła. Wszyscy. Wtedy się zacznie, jak za Grindewalda. Zresztą Crouch też chciał nas pozabijać. Gdybym nie podpuścił Bartyego, edykt wszedłby w życie - wysyczał jadowicie.
- Więc Longbottomowie to twoja sprawka?! - cofnęła się o krok i sięgnęła po różdżkę.
- Nie. Nigdy - potrząsnął głową - Tonks, na miecz i honor, nie namawiałbym nikogo do czegoś takiego! - krzyknął - Nie do rzeczy, które... które sprawiły, że mój ojciec... Był szaleńcem - Lucjusz zacisnął zęby - Trochę mu tylko naopowiadałem, że, jako lojalny śmierciożerca, powinien coś zrobić. Nie wiedziałem, że porozumie się z Bellą i nigdy bym nie przypuszczał, że posunie się aż tak daleko. Ale Crouch dostał, co mu się należało. Zabiłby nas za nasze skrzydła.
- Nie uważasz, wuju, że śmierciożercy myślą podobnie? Zabijają za pochodzenie.
- Jak i Ministerstwo. Nikt tego nie zmieni. Nikt.
- Może czas spróbować.
- Nie bądź naiwna, Tonks. Nawet, gdyby wszyscy ludzie należeli do jednego narodu i wierzyli w tych samych bogów, podzieliliby się na wysokich i niskich, albo zielono- i niebieskookich i zaczęliby się mordować.
- To cię nie usprawiedliwia, wuju.
- A czy ja przyszedłem prosić o przebaczenie? - prychnął - Litość jest dla słabych; silni nie boją się ponosić konsekwencji swoich czynów. Nie mam zamiaru prosić cię, żebyś mi wybaczyła, nie jestem idiotą. Są rzeczy niewybaczalne i dobrze o tym wiem. Mówię o uczciwym odszkodowaniu. Mam pieniądze.
- Nie chcę ich. Daj spokój, wuju. Jeśli chcesz to uczciwie załatwić, zrób coś, żebyśmy więcej nie palili na stosach takich, jak ten chłopak.
Lucjusz popatrzył na nią; zauważyła, że jest bardzo zmęczony.
- Uwierz mi, ja też nie znoszę takich pogrzebów - powiedział - I zrobiłbym coś, żeby im zapobiec, gdybym tylko wiedział, co. Własnej żony nie umiałem przekonać, że skrzydła to nie koniec świata.
- Chodziło mi o wszystkie dzieci, nie tylko wampirze.
- Nigdy nie zabiłem dziecka, jeśli chcesz wiedzieć.
- Chyba, że musiałeś, co? - warknęła.
- Mus to wielki pan, jak mawiał Severus - mruknął ze złością Lucjusz - I przestań mnie nawracać. Marnujesz tylko czas.
- Zostaniesz z Sam-Wiesz-Kim? - zapytała.
- A myślałaś, że pobiegnę lizać buty Trzmielowi? - syknął - Jeszcze nie muszę. Zresztą, jeśli wpadnę w kłopoty, on i tak mi nie pomoże. Prędzej Grindewald.
- Grindewald płaci za bycie śmierciożercą - zauważyła Tonks.
- Rada, nie on. Wątpię, by mu się podobał ten pomysł.
- Ale czemu w ogóle to uchwalili? Chcą siać chaos, czy wkręcić nowego szpiega?
- Gdyby Rada potrzebowała szpiega, zostałby nim Augustus - mruknął Malfoy - Ma doświadczenie i jest w organizacji od samego początku. Sądzę, Tonks, że on od dawna informuje Akwizgran o wszystkim, więc nie o to chodzi. Jeśli Rada wydaje pieniądze, to albo chce rozdmuchać ten konflikt, albo próbuje w ten sposób zamaskować jakieś inne swoje działania, albo chce podetknąć Lordowi bombę z opóźnionym zapłonem.
- Oddział sabotażystów?
- Wcale by mnie to nie zdziwiło - stwierdził spokojnie Malfoy.
Dwór Krumów
- Jestem wnukiem tego gada i mam być zadowolony?! - wrzasnął Wiktor.
Emmelina uniosła dłonie w uspokajającym geście.
- Nie krzycz na Severusa. To nie jego wina. I nikt ci nie kazał być zadowolonym.
- To czyja?
- Moja, dziecko, moja. To ja cię urodziłam i uwierz mi, nie zrobiłabym tego, gdybym nie chciała.
Przybrany ojciec Wiktora, Władysław Krum, nerwowo krążył po komnacie.
- Serafinka i bandyta z Nokturnu - stwierdził w końcu.
- Mniej więcej - stwierdził kwaśno Snape.
- Pan wybaczy, panie Sn... panie Riddle...
- Snape. Raczej nie obnoszę się z moim prawdziwym nazwiskiem.
- Jak pan, panie Snape, z pana hm⌠przeszłością i pochodzeniem, został nauczycielem w Hogwarcie?
- Panie Krum, proszę to przyjąć jako coś, czego się nie zauważa i czemu się nie dziwi.
- Rozumiem - stwierdził krótko Bułgar.
- I co ja teraz zrobię? - jęknął Wiktor. Jak wiele adoptowanych dzieci, pragnął poznać swoich biologicznych rodziców, ale rzeczywistość go przerażała.
- Nic nie zrobisz - westchnął Severus - Ja, kiedy się dowiedziałem, też nic nie zrobiłem. Za bardzo zgłupiałem. To był szok dla dzieciaka z Nokturnu...
- Jak ja to powiem Hermionie?
- Tu cię boli - syknął Severus - A powiedziałeś jej, że jesteś wampirem?
- Nie.
- To najpierw to jej powiedz. Stawiam Galeony przeciwko czekoladowym żabom, że to rozwiąże problem - stwierdził ironicznie Snape.
- Hermiona nie jest taka! - zaprotestował Wiktor.
- To dziecko Mugoli, a wśród nich nasza fama jest jeszcze gorsza, niż wśród czarodziejów. Wybacz, ale niezbyt wierzę w to, że ona to zaakceptuje.
Wiktor wbił wzrok w posadzkę. Wiedział, że Severus nie kłamie.
- Wybierzmy się gdzieś - Emmelina przerwała ciszę - Potem zastanowimy się, co robić, dobrze?
Knajpka była zatłoczona i gwarna; Severus nie czuł się w niej za dobrze.
- Może wyjdziemy? - zaproponował Wiktorowi.
- Dobrze.
Ledwie znaleźli się na ulicy, Severus wyczuł dobrze znane drżenie magii, oznaczające obecność potężnego czarnoksiężnika.
- Uciekaj! - wrzasnął, ale było już za późno. Coś wciągnęło ich w czarny lej, Severus uderzył o podłogę, zerwał się natychmiast, unikając Niewybaczalnego.
- Uważałeś, że w Bułgarii jesteś bezpieczny, zdrajco? - wysyczał Voldemort.
Severus, lekko przygarbiony, uważnie śledzący każdy ruch swojego wroga, wyglądał jak drapieżnik, gotowy do skoku. Wiedział, że nie wygra tu, używając siły - ale jako stuprocentowy ślizgon znał też inne sposoby...
- Ĺťe co proszę? - zapytał, robiąc niezbyt inteligentną minę.
Wiktor, mimo strachu, mało się nie zaśmiał. Snape mówił ochrypłym tenorkiem, z ciężkim, niemieckim akcentem, nieludzko maltretując angielski.
- Snape, nie udawaj idioty - syknął Voldemort - Masz pięć sekund na znalezienie przekonującego wytłumaczenia swojej niesubordynacji.
- Waas? - Snape rzucił kilka słów po niemiecku - Mensch, ich heisse Heinrich Himmler...*
Zręcznie uskoczył przed Cruciatusem, odkorkował fioleczkę sprytnie ukrytą w dłoni i komnatę natychmiast wypełnił gryzący dym.
Wiktor poczuł, że Severus łapie go za rękę, biegli, biegli...
Zatrzymali się w jakimś lochu; Snape zatrzasnął drzwi zaklęciem.
Wyciągnął na środek stary stół i zaczął mruczeć zaklęcia.
- Tracimy czas.
- Nie.
Po chwili Wiktor zrozumiał, co kombinuje jego ojciec. Niezła transfiguracyjna sztuczka...
- Nie złapią nas?
- O, ten eliksir to mój wynalazek z czasów szkolnych - Snape uśmiechnął się jak dzieciak, który dokuczył znienawidzonym kolegom - Wrzucaliśmy to Gryfonom do szatni przed meczem... A czasem nawet do ich wieży. Wszyscy wiedzieli, że to ja, ale warto było zbierać za to cięgi - pieczołowicie wykańczał swoją transfigurację - Rzygają, jak koty. A jak się pozbierają, to ich pech. Mam też kilka bardziej brutalnych wynalazków.
Zaklęcie łupnęło w drzwi.
- Już? Cóż za poświęcenie... Schowaj się, dam im nauczkę.
I słowa dotrzymał.
Okienko było malutkie, ale ich zwierzęce formy też nie imponowały rozmiarami, więc zdołali się przecisnąć. Kiedy znów przybrali ludzką postać, Snape wyciągnął z szat gazetę.
- świstoklik - szepnął.
Pierwsze, co zobaczył Wiktor po wylądowaniu, to różowy (!) baldachim.
- Gdzie jesteśmy?
Snape podrzucił różową poduszkę i zręcznie ją złapał.
- Sankt Petersburg - odparł zwięźle.
- Ale to miejsce... To wygląda jak burdel!
- Wypraszam sobie, to porządna agencja towarzyska - prychnął oburzony Snape - Witam w moich apartamentach!
- Ojcze... Ty masz mieszkanie... w takim miejscu?
- Wynajmowałem tu kiedyś pokój na strychu, bo było tanio. Nikt, kto ma pieniądze, nie będzie mieszkał nad tak rozrywkowym lokalem. Mnie to nie przeszkadzało, bo i tak pracowałem nocami - wyjaśnił Snape - A odkąd nauczyłem paru typków szacunku dla moich sąsiadek z niższych pięter, ta kamienica stała się moim domem... Chyba jedynym prawdziwym - zaśmiał się gorzko - I stąd udostępniono mi tę kryjówkę. Pożyczyłem meble od jednej dziewczyny z parteru i jakoś nigdy nie znalazłem czasu na zmianę wystroju. Jest tu i prysznic, i barek, a dżin zaraz przyniesie kolację. Ale najpierw zawiadomię Em, co się stało. Zabiłaby mnie, gdybym tego nie zrobił - sięgnął po lusterko.
Pokój, choć różowy i pluszowo-aksamitny, był wyposażony we wszystko, czego potrzebował ukrywający się czarodziej; Wiktor wyciągnął butelkę z barku i nalał sobie trochę wina; ręce strasznie mu się trzęsły. Snape wyglądał tak, jakby cały wieczór setnie się nudził. Powąchał wino i pokręcił głową z dezaprobatą.
- Pijałem lepsze - mruknął - Obsługa schodzi na psy.
- Naprawdę zdradziłeś... jego? - spytał Krum.
- Od lat robiłem durnia z twojego dziadka, jeśli o to ci chodzi.
- Dlaczego, ojcze?
- Bo chciał mi zabić siostrę.
- A wierzysz w to, co mówi Dumbledore, czy trzymasz z nim tylko dla zemsty?
- A co za różnica? - prychnął Severus - I mów mi po imieniu. Lepiej, żeby nikt nie wiedział, że masz pecha być moim synem.
- Hermiona mnie zabije...
- Możesz jej nic nie powiedzieć, podziękuje ci, kiedy urodzi Wężouste dziecko - warknął Snape - Uwierz mi, też byłem w lekkim szoku, kiedy się dowiedziałem. I przepraszam za tę knajpę; byłem durniem, że nie pomyślałem o zabezpieczeniach. Ktoś z Durmstrangu musiał mnie poznać. Cholera!
- Nie twoja wina.
- Moja, Wiktorze, moja - Snape wypił wino i podszedł do okna. Odsunął ciężką, różową, a jakże, kotarę...
- Misza... - szepnął. Dopiero teraz wyglądał na przerażonego; poprzednio, stojąc twarzą w twarz z Voldemortem, był niemal zrelaksowany...
Dziesięć pięter niżej jakieś cztery ponure typy prowadziły piątego i chyba nie mieli względem niego dobrych zamiarów.
Szybka "Alohomora", kolejna fiolka z niespodzianką, ciśnięta na ulicę i Severus już był w centrum akcji. Wiktor, niewiele myśląc, podążył za nim. Skrzydła były naprawdę pożytecznym wynalazkiem.
I wtedy rozpętało się piekło. Eliksiry wybuchały, pociski świszczały nad głowami, a różnokolorowe zaklęcia nadlatywały ze wszystkich stron. Wiktor uchylił się przed kulą ognia i przeszło mu przez myśl, że faktycznie było lepiej, że rodzice sami się nim nie zajmowali, jeśli tak wyglądała ich praca. Co to jest, wojna gangów?
Z wąskiej przecznicy wypadło z piskiem opon kilka motocykli; jeden nie miał kierowcy. Wiktor zobaczył, że Severus wskakuje na puste siodełko. Jakaś dziewczyna z grupki motocyklistów zapraszającym gestem wskazała Wiktorowi miejsce za sobą, więc, niewiele myśląc, też wskoczył.
Krum przywykł do wariactw na miotle, ale nie przypuszczał, że ciężkimi maszynami można kierować z równą łatwością. Kiedy przeskakiwali nad jakąś rzeczką, spojrzał na Severusa; nie znał go dobrze, ale wiedział, że Snape niechętnie pokazuje swoje uczucia. Tym razem jednak widać było, że Mistrz Eliksirów jest naprawdę szczęśliwy i najchętniej pędziłby tak na drugi koniec Rosji. Wyglądało na to, że pędzili; zatrzymali się dopiero w jakichś podziemiach.
- Co jest grane, ojcze... Sev... - Cholera, wygadał się.
- Wiktor Krum to twój szczeniak?! - wrzasnął ktoś - Sevvie, kochany, wszystko, co robisz, jest najwyższej jakości! Gratulacje!
- Mój - warknął Snape, obrzucając Wiktora morderczym spojrzeniem - I radzę wam o tym nie opowiadać przy piwie.
- A któż tu pije piwsko, kiedy mamy samogon! - zarechotał Misza - A grane jest to, Wiktorze, że gangi: dwa ludzkie, wampirzy i gobliński wzięły się za łby, ot co. Jestem Michaił - przedstawił się - I znam się z twoim ojcem od dawna. Nie sądziłem jednak, że spadnie z nieba, by ratować mi skórę.
- Drobiazg, Misza, drobiazg - mruknął Snape, ale oczy mu się śmiały - Zorganizujesz jakąś wannę, żarcie i łóżko?
- Coś się znajdzie.
Wiktor nigdy nie przypuszczał, że rodzinna pogawędka zakończy się w nieużywanej stacji petersburskiego metra, zaadaptowanej przez gang Michaiła na mieszkanie. Wyciągnął się na łóżku, choć wątpił, by mógł dziś zasnąć. Severus marnował hektolitry wody i śpiewał. Po wykonaniu "Wołgi", "Kalinki", "Katiuszy" i "Białych róż" przeszedł do "Włóczęgi", a w końcu, wychodząc z łazienki, radośnie zaintonował "Oczy czarne". Wiktor zaczął się śmiać.
- To chyba nie o mnie.
- Niestety - Severus był w świetnym humorze - Nigdy nie przypuszczałem, że jeszcze spotkam rudego Miszę...
- Jestem z Nokturnu - Severus usiadł na swoim łóżku - Towarzystwo w sam raz dla mnie. Przykro mi cię rozczarować - westchnął - Ale to i tak przyzwoici czarodzieje w porównaniu z niektórymi moimi znajomymi.
- Myślałem, że rzuciłeś te sprawy.
- Nigdy ich nie rzuciłem. Z bandyty zostałem śmierciożercą, a potem szpiegiem - warknął Snape - Jak byś na to nie popatrzył, pogrążałem się coraz bardziej.
- Nie uważasz, że Dumbledore cię wyciągnął z bagna?
- Bycie szpiegiem jest gorsze od bycia bandytą. Bandyta może chociaż mówić, co myśli; szpieg kłamie tyle, że w końcu sam nie wie, w co naprawdę wierzy, a w co nie. Miesiąc na ulicy jest łatwiejszy, niż jedna noc pod okiem twojego dziadka.
- Przestań go tak nazywać. To bestia.
- Ale to prawda - odciął się Snape - Kłamstwa, kłamstwa, po wojnie też trzynaście lat udawania, ani chwili wytchnienia; temu masz okazywać sympatię, tamtego masz nienawidzić... To dlatego wszyscy chorujemy na paranoję. Nie możesz mieć przyjaciół, bo możesz pociągnąć ich z sobą na dno, ale nie powinieneś robić sobie wrogów, bo jak najwięcej ludzi powinno ci ufać. Wariactwo. Życie szpiega to łgarstwa i Avada, rzucana w plecy. Ale skończyłem z tym.
- Jak to? Nie wracasz do Anglii?
- Nie. Dumbledore sam mnie wyrzucił. I tak nie mogę już być szpiegiem; sprawiałbym tylko kłopot.
- Mógłbyś być obrońcą. Walczysz, jak szatan.
- Nie.
- Zostawiasz ich?
- Chcę zacząć od nowa - odparł Severus - Wreszcie.
- To zdrada.
- Rozsądek. Tam byłbym tylko celem, bo wszyscy już wiedzą, że jestem zdrajcą. Tu się przydam, nie ściągając nikomu kłopotów na głowę.
- Chcesz zostać bandytą?!
- Mówiłem ci już, że byłem nim całe życie. Zależy mi na Miszy i jego rodzinie. Zostaję. Jestem tu potrzebny,
- Nie możesz!
- Mogę - warknął Snape - Tym razem będę kradł i mordował bez błogosławieństwa Trzmiela.
- Jesteś tchórzem.
- Może, ale nie mam już siły kłamać i kłamać. Normalnie nikt nie pracuje tak długo jako szpieg. I tak długo już bym tego nie pociągnął, zrozum.
- W takim razie ja tam jadę.
- Panna Granger, prawda?
- I co z tego? - odparł zaczepnie Wiktor.
- Nic. Zupełnie nic. I tak cię rzuci, kiedy się dowie, kim i czym jesteś.
- A ty jesteś cynicznym draniem.
- Ale mówię prawdę. Wreszcie mi wolno.
Tymczasem w Hogwarcie
Albus Dumbledore i Minerwa McGonagall pochylali się nad ciałem Severusa, a raczej nad jego hm... kopią.
- Pierwszorzędna transfiguracja - stwierdziła z uznaniem Minerwa McGonagall - Każdego by nabrał.
- Mnie nabrał - mruknął Dumbledore - W życiu nie widziałem tak idealnie spreparowanego ciała. Severus jak żywy... raczej jak martwy.
- Genialne w swojej prostocie - powiedziała wiedźma - Sam Voldemort uwierzył, że to Severus; był jeszcze tak miły, że przysłał nam ciało... Kiedy spotkam Severusa, najpierw go wycałuję, a potem stłukę mu tyłek. To po to pożyczał moje książki; nie myślałam, że będzie pozorował własną śmierć.
- Skąd w zasadzie wiedziałaś, że to oszustwo? Że to nie Severus?
- Bo, po pierwsze, oryginał pachniał ziołami na milę, a po drugie to - wskazała na rozdarcie na spodniach - Prawdziwy Severus miał na biodrze wytatuowanego bazyliszka, owiniętego wokół swastyki.
- Co miał? - zapytał niezbyt inteligentnie Dumbledore.
- Bazyliszek to symbol śmierci i potęgi, a swastyka szczęścia i zwycięstwa - stwierdziła spokojnie Minerwa - Odwieczny znak gladiatorów. Nie ich wina, że nasza i mugolska historia dopisały tym symbolom paskudne znaczenia. Poza tym Severus miał cerbera na prawej łopatce, zrobił go sobie już jako nauczyciel, jeśli chcesz wiedzieć. Strażnik, on zawsze miał obsesję na tym punkcie. No i miał jednorożca na udzie, to typowy pomysł dziecka z Nokturnu. Nie dorobił tatuaży do swojej transfiguracji, nie wyczarował też blizn, a miał ich trochę. Nie miał czasu, albo uznał, że i tak wszystkich nabierze, a może chciał nam dać znać, że żyje, a to tylko oszustwo. Cóż, jeśli tego chce, zrobimy mu fałszywy pogrzeb.
- Widzę, że jesteś świetnie poinformowana, jeśli o niego chodzi - stwierdził z przekąsem Dumbledore.
- Cóż, nawet Poppy nie mogła z niego zdjąć Zaklęć Maskujących. Jeśli trzeba je było ściągać, zawsze ja to robiłam. Poppy wyganiał. On rzadko ufał ludziom.
- Wiem, była o to bardzo zła, ale podobno powiedział, że ją pogryzie.
- Syna Grindewalda. Spędziłam sporo czasu w ich zamku, jeszcze w czasie wojny i zaraz po niej. Umiem myśleć, jak oni, znam ich zwyczaje i szanuję je. Może dlatego.
- Można wiedzieć, czemu nie zostałaś panią Grindewaldową?
Minerwa westchnęła.
- Mojemu niedoszłemu teściowi to małżeństwo było nie w smak, wolałby związek z kimś z dobrego rodu. Mimo to zgodził się w końcu, ale pod jednym warunkiem: że zostanę wampirzycą. A ja... Ja się bałam. Bałam się, bo wiedziałam, że z tej drogi nie ma powrotu. Czasem się zastanawiam, co by było, gdybym miała więcej odwagi, Albusie; choćby tyle, ile potrzebował Severus, żeby wytrzymać jedną minutę z tym potworem.
A Severusowi śniła się arena, arena we krwi...
Jezebel walczyła jak wariatka, ale wiedziała, że umrze. Zgodnie z odwieczną tradycją, jeden z gladiatorów musiał umrzeć i tej nocy los wskazał na nią. Nienawidziła wyjącej publiczności, nienawidziła ich wszystkich tak, jak potrafił nienawidzić sam Voldemort; chciała zniszczyć cały amfiteatr, zabić, zabić... Niech przestaną wyć, niech przestaną rechotać... Niech przestaną przeliczać śmierć na złoto...
- Mogę ci pomóc.
Jezebel aż się potknęła, usłyszawszy te słowa. Boskie Bestie na ogół nie rozmawiały z czarodziejami, a ta sama proponowała współpracę.
- Mogę ci dać mój głos.
Jezebel cięła mieczem, zastanawiając się, co Bestia na tym zyska. Nie ruszyłaby ani jednym ze swoich łbów, żeby jej pomóc, gdyby się to jej nie opłacało, albo gdyby nie działała z rozkazu kogoś potężniejszego od siebie. Jeden Wszechmocny wiedział, co to stworzenie knuje.
Jezebel wiedziała za to, że głos tego demona rozwala mury i jego pomoc skończy się rzezią. Wiedziała, że cały amfiteatr rozsypie się w gruzy, zanim publiczność zorientuje się, co się stało.
Ale nienawidziła publiczności całym sercem i bardzo chciała żyć.
- Czego chcesz w zamian? - zapytała krótko
- O, to będzie proste. Posłuchaj...
Dobili targu.
Usłyszała ryk Siedmiogłowego, wydobywający się z jej własnych płuc, dźwięk wibrował, rósł, niszczył, zabijał... To było nierzeczywiste, nieprawdziwe, jak mugolski film.
Ale Siedmiogłowy postawił warunek. Jezebel miała trzy godziny, by zdobyć koronę Rosji. Jeśli nie, umrze. Oszołomiona, obsypana piachem i pyłem, pokrwawiona, stanęła przed szklaną szkatułą, w której leżała korona. Kto ją weźmie, będzie władcą Azji... I od pięciu wieków czarodzieje i wiedźmy używali najwymyślniejszych zaklęć, by otworzyć szklane pudło. Bezskutecznie. A ona miała jeszcze tylko dwie godziny.
- Bella!
Odwróciła się powoli.
- Wujek Severus - powiedziała z trudem - Wiedziałam, że przyjdziesz. śniło ci się, prawda? Oni nie żyją. Amfiteatr runął. Zbuntowaliśmy się. Nikt nie będzie już wył z radości, patrząc, jak się wykrwawiamy. Jestem jak dziadek Tom, prawda? Bestia... - zachwiała się lekko - I przyszłam po koronę. Dziadek Antonin znów będzie ambasadorem, jak dawniej... Wszyscy pójdą za mną. Mandżuria, Zabajkale, Kaukaz, Ukraina, Ural... Do diabła z moskiewskim i pekińskim Ministerstwem. Rozwalimy to draństwo i podzielimy od nowa, sprawiedliwie.
Severus zaczął się obawiać, że Jezebel dała się opętać. Oczywiście, nie wierzył w wielkie zwycięstwo; wampirów było o wiele za mało, by zapanować nad tak ogromnym terytorium. Sen o imperium był tylko snem - i byłoby lepiej, gdyby nim pozostał. Ile ziemi jest w stanie przywłaszczyć sobie grupka gladiatorów? Korona, owszem, sprawiłaby, że wielu - również wielu ludzi uznałoby Jezebel za prawowitą władczynię i wtedy walka o władzę miałaby sens, ale korona leżała jeszcze w szkatule.
- Teraz korona - gladiatorka oparła się dłońmi o szkatułę - To pudło jest ze szkła, prawda?
- Tak.
- Hej, el Toro, pożycz miecza. Tego większego.
El Toro, kobieta, która musiała mieć w sobie trochę krwi olbrzyma, podała Jezebel miecz. Zanim Severus zdążył się zorientować o co chodzi, ciężkie ostrze wyrżnęło w szkatułę; szkło posypało się, dźwięcząc, po kamiennej podłodze. Jezebel, caryca Jezebel Druga, wyciągnęła koronę ze środka.
- Wujek, znasz jakiś ceremoniał koronacyjny? Tylko jakbyś mógł się streścić, bo lecę z nóg...