Non dolet
Był największym elfim generałem. Jego sława dorównywała tej, jaką cieszyli się w dawnych legendach bogowie i bohaterowie. Posiadał niesamowity zmysł strategiczny - każda zaplanowana przez niego akcja skazana była z góry na sukces. Jego ludzie kochali go - każde pojawienie się uwielbianego wodza witane było okrzykami radości. Wszyscy go doceniali - nawet Najwyższa Rada, tak oszczędna w wydawaniu pozytywnych opinii, na jego temat wypowiadała się w samych superlatywach.
Był nieustraszony - samotnie rzucał się w największy wir walki i zawsze udawało mu się wyjść z niego nie draśniętym - jakby coś czuwało nad jego życiem.
Był niezwykle wykształcony - w rozmowach z magami i mędrcami poruszał tematy, które tylko ci, którzy doznali najwyższego Oświecenia potrafili zrozumieć, nie mówiąc już o analizie i dyskusji.
Był piękny - posiadał tą tajemniczą, bezczasową urodę elfów... prawie każda elfka wiele by oddała jeśli nie za głębokie uczucie, to choćby za noc z nim spędzoną.
Był żonaty. Nie z miłości - był to przed laty zaplanowany związek mający na celu połączenie dwóch wielkich Rodów, aby przez to przymierze wzmocnić jeszcze i tak już ich wysoka pozycję. Rzadko widywał swoja małżonkę. Nie z powodu jakiejś niechęci, którą mógłby ją darzyć... czuł do niej jedynie lekki sentyment i odrobinę współczucia - cóż w końcu była po prostu młodą elficzką która w żaden sposób nie potrafiła docenić jego wyrafinowanych gustów. Czasami , gdy po powrocie z kolejnej zwycięskiej wyprawy siadywał przy kominku, a ona przybiegała z rozpalonymi policzkami i wzrokiem pełnym radości, opowiadał jej o swoich dokonaniach. Siadywała wtedy u jego stóp i wpatrywała się z zachwytem w twarz swego męża. Zdarzało się , że kładł dłoń na jej włosach, tak jak głaszcze się ulubionego konia, czy też psa... Śpiewała dla niego, a głos miała rzeczywiście przepiękny - co za miła odmiana po zgiełku pól bitewnych... czasem zaczynała coś mówić o tym, co wydarzyło się w czasie jego nieobecności, ale milkła pod jego spojrzeniem...Szybko opuszczał ją, zawsze czekały na niego liczne kochanki z którymi oprócz cielesnych rozkoszy mógł także porozmawiać...
Zaprawdę był ulubieńcem bogów...
To miało być zupełnie inaczej! Plan bitwy opracowany był do najdrobniejszych szczegółów, wojsko przygotowane i pełne zapału. Mieli przewagę liczebną... nie było najmniejszej szansy, aby przegrać. A jednak... pojedynczy żołnierze - wszystko co pozostało z niezwyciężonej dotychczas armii ostatkiem sił wracali do domów. Wyprzedzała ich wieść o straszliwym pogromie, o polu zasłanym zwałami ciał elfich wojowników... Najwyższa Rada zebrała się w swojej wieży, aby jak zwykle w takim przypadku znaleźć winnego. Kandydat był tylko jeden... i kara była tez jedna...
Siedział samotnie w swojej komnacie spoglądając na leżący przed nim na stoliku inkrustowany sztylet. Taka była cena porażki - śmierć zadana własną ręką. On, którego serce nie drgnęło nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa - teraz się bał. Świadomość, że sam musi pozbawić się tego, co dla elfów jest najświętszą rzeczą... Że czynem tym zrzeknie się danej przez bogów nieśmiertelności, że nigdy już nie będzie mógł wkroczyć do Ogrodów Zachodzącego Słońca. Ten lęk paraliżował jego ruchy... miał jednak świadomość, ze jeśli nie odważy się na ten czyn, ze jeśli rankiem wysłannicy Rady zastaną go żywego przekleństwo spadnie na cały jego Ród... Ale tak bardzo się bał...
Skrzypnęły drzwi. Do komnaty weszła Ona. Chciał ją odesłać, jak śmiała mu przeszkadzać w takiej chwili, skracać te drogocenne minuty, które mu jeszcze pozostały. Dawniej wystarczyłoby nieznaczne zmarszczenie brwi, by odeszła... ale tym razem na jej twarzy malowało się jakieś dziwne, niezrozumiałe dla niego uczucie. Podeszła bliżej... i nim zdołał ją powstrzymać chwyciła sztylet i wbiła go sobie w pierś. Jakby w zwolnionym tempie widział, jak powoli padała na ziemię... i słyszał jej głos " Zobacz, Ukochany, to nie boli..."