AURORZY

"Gotowe." - stwierdził, zaglądając do kociołka. "Idziemy z tym do pani Pomfrey." "Ale" - do Harryego nagle coś dotarło - "jeśli ta przepowiednia jest prawdziwa, to zaraz przyjdą po pana Aurorzy i..." "Wiem" - warknął Snape. "Nic na to nie poradzę." "Może pan jeszcze uciec." "I zostawić te dzieci bez pomocy? Mogą potrzebować następnej porcji." - Snape uśmiechnął się szyderczo. "Zmykać jak Lockhart trzy lata temu? Tak, wiem, że próbował uciec." - wyjaśnił, widząc zdziwienie Harryego. "Jestem łotrem, ale nigdy nie byłem tchórzem. Nie pierwszy raz pójdę za kraty, nie przejmuj się." "Dobrze, że jesteś, Severusie" - przywitała go pani Pomfrey. "To podziała?" "Oby." "Potter, a co ty tu robisz?" - zapytała profesor McGonagall. "Nie mógł spać, Minerwo." - wyjaśnił Snape. "Musiał przemyśleć parę spraw."
Ktoś gwałtownie otworzył drzwi. Do sali weszło ośmiu Aurorów, z różdżkami gotowymi do ataku. Byli wśród nich Charlie i Bil Weasleyowie. "Snape" - syknął ich dowódca. "Różdżka i plectus na stół, wampirze, ale to już!" "O co chodzi?" - zdenerwowała się profesor McGonagall. "Nakaz aresztowania za morderstwo." - warknął Auror. "CO?" "Zabił czworo ludzi w tym zamku, czyż nie?" - odparł tamten. "Snape, ty Śmierciożerco, na co czekasz? Może mamy cię zmusić?" "Dla ciebie profesorze Snape, Andrew." - stwierdził Snape z kamiennym spokojem. "Pokaż ten nakaz." Aurorzy podnieśli różdżki. "Oszaleliście?" - krzyknął Harry. "To tamci napadli na Hogwart! On nas tylko bronił!" "ZAMKNIJ SIĘ, POTTER!" - ryknął jeden z nich. "Bill? Charlie?" - wyszeptał Harry. "Co się z wami dzieje? Te dzieci są chore, potrzebują go. Kto inny zrobi im ten eliksir?" "Zejdź nam z drogi, Potter, bo oberwiesz." - syknął Bill. Harry nie rozumiał, co się dzieje. Bill zawsze był dla niego miły, a teraz... I te jego puste, pozbawione wyrazu oczy. Ten nienaturalny głos. Zresztą wszyscy Aurorzy wyglądali tak samo i pani Pomfrey patrzyła na nich z nieskrywanym przerażeniem. Snape powoli położył swoją różdżkę na stole. "Pospiesz się, śmieciu" - mruknął Auror - "dementorzy są głodni." "Więc wyrok już został wydany." - Snape uśmiechnął się szyderczo. "No nieźle...To się nigdy nie zmienia." "To głupi żart." - Harry zasłonił sobą Snapea. "Odsuń się, bo użyjemy siły." Harry sięgnął po różdżkę, ale Bill był szybszy i rozbroił gp. "Snape, na co jeszcze czekasz?" - ciągnęli tamci. "Przestańcie!" - krzyknął Harry. "Crucio!" Harry odskoczył, zaklęcie uderzyło w jedną z butelek z lekarstwami. Duszący dym wypełnił salę. Harry skorzystał z zamieszania i rzucił Snapeowi swoją różdżkę. Ten jednym zaklęciem ogłuszył całą ósemkę napastników.
Kiedy opary zniknęły, Harry zauważył, że Snape trzyma dwie różdżki: tę, którą mu rzucił i jeszcze jedną. Ta, którą odłożył, wciąż leżała na stole. Snape dostrzegł jego zdziwienie. Uśmiechnął się. "Buty" - powiedział. Dopiero teraz Harry zwrócił uwagę na to, że Snape nosi wysokie, skórzane buty, takie jak Romanowa. "Stara złodziejska sztuczka." - wyjaśnił Snape. "Jedna różdżka w kieszeni, a druga w cholewie buta. Tą grzecznie oddajesz, a tamtej używasz, kiedy przestaną na ciebie uważać. Genialne w swojej prostocie. Jeszcze nie widziałem Aurora, który by na to wpadł." Pani McGonagall pokręciła głową. "Rzuciłeś zaklęcie z dwóch różdżek jednocześnie? To bardzo trudne. I niebezpieczne." "Inaczej nie dałbym im rady." - odparł Snape. "Co w nich wstąpiło?" - zapytał Harry. Snape oddał mu różdżkę. "Znowu uratowałeś mi skórę, Harry" - stwierdził. "Dzięki. Niezły prezent na Boże Narodzenie" - dorzucił z ironią, patrząc na Aurorów. "Właśnie" - uśmiechnął się tajemniczo, oczy błysnęły mu, jakby właśnie wpadł na jakiś szalony pomysł - "Należy ci się ode mnie prezent, w końcu to Boże Narodzenie... Mam pewien plan, jeśli się powiedzie, sądzę, że będziesz zadowolony. A oni?" - wskazał na nieprzytomnych napastników - "Wygląda na to, że ktoś rzucił na nich zaklęcie Imperius. Zobaczymy co zrobią, jak się obudzą. Zwiążę ich lepiej." "Chyba zrobiliśmy coś, że koniec przepowiedni się nie spełnił." - stwierdził Harry - "Nie siedzi pan w więzieniu, profesorze." "Przepowiadanie przyszłości to trudna sprawa." - stwierdził Snape. "Może to piekielne lustro wreszcie się pomyliło? A może znowu użyło przenośni? Pokazało tylko, na co mnie skazano, a nie to, co się stanie... Albo" - Snape myślał przez chwilę - "albo to Lustro czegoś nie przewidziało. Każdy umysł ma swoje ograniczenia..." Harry nie zdążył zapytać się, o co chodzi, bo do sali wpadł Dumbledore. Co się tu dzieje? Co wyście im zrobili?" - spytał, patrząc na nieprzytomnych Aurorów. "Lepiej, Albusie, spytaj, co oni chcieli nam zrobić." - odparła profesor McGonagall. "Mało nas nie pozabijali. Severus twierdzi, że ktoś rzucił na nich zaklęcie Imperius." Dumbledore westchnął. "Bardzo prawdopodobne." Okazało się, że Snape miał rację. "Kto wam to zrobił, Bill?" - spytał Dumbledore kiedy Weasley się obudził. Bill nie umiał na to pytanie odpowiedzieć. "Atak z zaskoczenia. Ktoś z Ministerstwa, jak sądzę," - stwierdził Snape. "I to dobry w tym, co robi." "I co zrobimy? Znów nie będzie można odróżnić przyjaciela od wroga."

Hermiona wróciła właśnie ze swojej pierwszej lekcji. "Nie macie pojęcia" - mówiła, chodząc po dormitorium - "jak można nie wiedzieć takich oczywistych rzeczy? Dwa kociołki wybuchły! A mówiłam tym Puchonom, żeby nie dodawali pijawek, zanim nie zdejmą eliksirów z ognia!" "Rośnie następny Snape." - mruknął ironicznie Ron - "Krum nie jest zazdrosny?" - dodał złośliwie. Hermiona popatrzyła na niego, bezgranicznie zdziwiona. "O co ci chodzi?" - spytała. "Nie udawaj. O słodkiego Severusa Snapea, z którym siedzisz w laboratorium całymi dniami. Nocami zresztą też..." Nie skończył, bo Hermiona, czerwona ze złości, z całej siły zdzieliła go książką i wybiegła z pokoju. "Nie chciałabym się wtrącać, Ron" - powiedziała Angelina Johnson, która była świadkiem całego zajścia - "ale czy ty naprawdę myślisz, że ona cię pokocha, jeśli będziesz jej dokuczał w ten sposób? Te twoje insynuacje były paskudne. Powinieneś ją przeprosić." "Ale dlaczego" - jęknął Ron, rozcierając guza - "inni mają szczęście do najfajniejszych dziewczyn? Taki Krum! Dlaczego on?" Angelina się uśmiechnęła. "Trudno powiedzieć." "Albo Snape? Co ona w nim widzi?" "Nie bądź głupi, Ron" - zdenerwowała się Angelina. "Hermionie podoba się Wiktor, a nie Snape. Snape jej tylko imponuje. Hermiona zawsze chciała jak najwięcej wiedzieć, a od tego faceta może się naprawdę wiele nauczyć. Moja mama pracuje w szpitalu, Snape robi im lekarstwa dla rannych Aurorów. Nie masz pojęcia, jakie te receptury są trudne! Niektóre potrafi zrobić tylko paru gości na świecie." Ron dalej mruczał coś ze złością. "Uspokój się wreszcie" - rozzłościła się Angelina - "Hermiona nie chodzi ze Snapem! Oszalałeś? Do niego nie podejdzie żadna dziewczyna, bo Romanowa rozcięłaby ją na pół tym swoim mieczem!" "Co?" - zapytał zdziwiony Harry. Angelina popatrzyła na niego. "Nie widać? Szaleje za nim. On za nią też." "Ładna para" - mruknął ironicznie Ron. "Najlepiej, jak będą mieli dziecko. Następny taki będzie chodził po świecie i znęcał się nad ludźmi. A w ogóle, kim taki dzieciak będzie? Ćwierć-człowiekiem, ćwierć-Wilą..." "I pół-wampirem." - dokończył Harry. "Obawiam się, Ron, że oczy odziedziczy po rodzicach." Ron tylko pokręcił głową. "A to dobre..."
Oczywiście, Ron i Hermiona przestali się do siebie odzywać. Hermiona była zresztą bardzo zajęta. Snape znów zaczął gdzieś znikać. "a jak już jest, to cały czas czyta książki o Animagach." - powiedziała Harryemu. "On znowu coś knuje. Jak go zapytać, co planuje, to mruczy coś o polowaniu. Bez przerwy przylatują do niego nietoperze." Harry się uśmiechnął. Przyzwyczaił się już do czarnych zwierzątek, przelatujących cicho korytarzami Hogwartu. Właśnie jedno z nich wpadło do dormitorium i przybrało postać Nemain. "Hermiono" - powiedziała wampirzyca - "przyszło nowe zamówienie z Ministerstwa. Aurorzy osaczyli dużą grupę Śmierciożerców, nasze eliksiry mogą znów być potrzebne." "No nie" - mruknęła Hermiona - "ZNOWU im się skończyły? Co oni tam z nimi robią?" Nemain się uśmiechnęła. "Taka praca, Hermiono..."

GRYFON BYŁ PIERWSZY

"Harry" - Dumbledore spotkał go na korytarzu - "chciałbym z tobą chwilę porozmawiać." Poszli do gabinetu, Dumbledore wyczarował herbatę i ciastka. "Wiesz, chciałbym ci podziękować." "Za co?" - zdziwił się Harry. "Przecież ja nic..." "Ależ zrobiłeś" - uśmiechnął się Dumbledore - "i to coś, nad czym ja pracowałem bezskutecznie od lat." Brwi Harryego niemalże dotknęły włosów. O co chodziło dyrektorowi? "Coś, czego nigdy nie udało mi się zrobić, chociaż bardzo się starałem. Tłumaczyłem, prosiłem, nic. Harry, sprawiłeś, ze profesor Snape przestał nienawidzić Gryfonów. Szczerze mówiąc, niektórych dalej nie znosi, ale przestał was nienawidzić za samo to, kim jesteście." "Co ja takiego zrobiłem?" "Pomogłeś mu." Harry popatrzył na Dumbledora zdziwiony. "Przecież ratowałem nie tylko jego! Wszyscy byliśmy w niebezpieczeństwie!" Dumbledore popatrzył na niego - "Jemy chodzi chyba głównie o to, że broniłeś go wtedy w skrzydle szpitalnym. Mogłeś nie zrobić nic i on się spodziewał takiej reakcji. Mówię ci, profesor Snape nie przypuszczał, że staniesz w jego obronie, przecież doskonale wie, jak cię traktował." "Powiedział mi, czemu tak nie znosił Gryfonów." - stwierdził Harry - "Panie profesorze, czy... czy to prawda? Znaczy... czy Aurorzy naprawdę byli wobec jego rodziny tak okrutni? Przecież prawo chyba zabrania..." "Angielskie tak." - odparł powoli Dumbledore. "I na ogół przestrzegano tych przepisów, ale muszę przyznać, że ludzie Croucha byli tak brutalni, jak Śmierciożercy." "Podobno profesor Snape od nich oberwał."- wyrwało się Harryemu. "To prawda." - przyznał Dumbledore. "Dwa dni nie byliśmy pewni, czy przeżyje." Harry milczał, Dumbledore wpatrywał się gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie tamte chwile. "Kiedy się wreszcie obudził" - dodał po chwili - "najpierw przysiągł mi, że nic nie powiedział - a wiedzieliśmy, że wśród tamtych ludzi był zdrajca" - wyjaśnił mu Dumbledore - "a potem powtarzał, jak nienawidzi Aurorów. Zawsze uważałem, że nie powinno się obciążać wszystkich za winę kilku, ale jak wytłumaczyć to komuś, dla kogo Auror od zawsze oznaczał najgorszego wroga? "A najwięcej Aurorów wyszło z Gryffindoru." - szepnął Harry. "Tak" - Dumbledore go usłyszał - "zajmowałem się takimi podsumowaniami. A wiesz może, który Dom zajmuje drugie miejsce?" "Ravenclaw?" - spróbował odgadnąć Harry. "Slitherin." "Pan żartuje!" - krzyknął Harry, zrywając się z krzesła. "Nie, uspokój się." - Dumbledore najwyraźniej mówił serio. "Odwaga Gryfona jest potrzebna w tej pracy, to fakt, ale przebiegłość Ślizgona jest równie cenna. Wiem, co wielu mówi, zwłaszcza Gryfoni - że Slitherin produkuje samych Czarnych magów. To nieprawda. Z każdego domu wyszło wielu Czarnych, Harry. Z Gryffindoru też, chociaż Gryfoni wolą o tym nie wiedzieć, a Slitherin wychował wielu porządnych ludzi. Świat nie jest taki prosty, jak niektórzy chcieliby, żeby był. Ale nie odpowiedziałem ci na pytanie. Angielskie prawo faktycznie nakłada na Aurorów wiele ograniczeń, ale profesor Snape nie wychował się w Anglii." "Jest obcokrajowcem?" - Harry nie mógł ukryć zdziwienia. "Chyba zauważyłeś, że jest związany z rosyjskimi wampirami. Jego ojciec pochodził z Londynu, ale matka, wampirzyca, była Rosjanką. Jak sam wiesz, byli przestępcami i to, szczerze mówiąc, zamieszanymi w wiele poważnych spraw. Aurorzy zawsze zwracali na nich uwagę, a rosyjskie ministerstwo dało im bardzo wielkie uprawnienia wobec mieszkańców Dzielnicy Mroku." "Dzielnicy Mroku?" - nie zrozumiał Harry. "To tak, jak u nas Nokturn - ulica przestępców i Czarnej magii, ale w Petersburgu to cała wielka dzielnica. Ściągają tam czarodzieje i wiedźmy z całego świata - ci, którzy nie chcieli, bądź nie mogli żyć zgodnie z prawem. Wielu z nich nie było złymi ludźmi, przynajmniej z początku, ale Mrok szybko uczył ich swoich praw, Harry. Profesor Snape spędził tam całe dzieciństwo. Nie wiem, co ci powiedział o brutalności Aurorów ale zapewniam cię, że nie przesadzał. Prawa Aurorów były praktycznie nieograniczone, Niewybaczalne Zaklęcia były tam codziennością." "Powinien więc nienawidzić Śligonów tak jak Gryfonów!" - Harry uznał, że coś się tu nie zgadza. Dumbledore westchnął "Tylko mu nie mów, że ci to powiedziałem. Pierwszym Aurorem, który się nad nim znęcał, był Anglik. Gryfon."

SNAPE ZNIKA

(dwa dni później)

"Harry!" - obejrzał się, zdziwiony. "Mam do ciebie pytanie" - ciągnął Dumbledore. Poszli do gabinetu dyrektora. Syriusz i Lupin już tam na nich czekali. Były też Nemain, Hermiona i kilkoro dorosłych wampirów. "Chodzi o profesora Snapea" - wyjaśnił Dumbledore. "W piątek po południu opuścił zamek. Był z innymi na akcji, a potem odłączył się od nich, mówiąc, że musi coś załatwić. Nie zdążyli go nawet zapytać, co zamierza ani kiedy wróci. Nie podoba mi się to, musimy zacząć go szukać. Nie macie przypadkiem pojęcia, co on mógł zrobić?" "Nie wiem, czy to ma z tym jakiś związek" - powiedziała Hermiona - "ale profesor Snape od pewnego czasu czytał książki o Animagach." Popatrzyli na nią, zdziwieni. "To nie ma sensu" - warknął Black - "Po co mu transformacja? Przecież to wampir!" "Właśnie, po co?" - powtórzył Dumbledore. "I tak nie mógłby zostać Animagiem. Hermiono, od kiedy profesor Snape zaczął interesować się tym tematem?" Hermiona myślała przez chwilę. "Pierwszą książkę przyniósł dzień po tym, jak ci Aurorzy chcieli go aresztować." "Dobrze by zrobili" - syknął Black. "Cholerny wampir! Widziałeś może, Remusie, jak on pomagał szkolić Aurorów? Mało ich nie pozabijał. Drań nie walczy czysto." "Widziałem" - uśmiechnął się Lupin. "Mnie też pokazał kilka takich sztuczek, że zdębiałem. Cóż, chyba rozsądnie jest przygotować się do walki z kimś, kto nie gra fair, nie sądzisz? Myślę, że prawdziwy Śmierciożerca nie przejmowałby się zbytnio tym, czy walczy uczciwie, czy nie." "Fakt" - mruknął Syriusz. "Wszystko rozumiem, ale żeby na treningu użyć Niewybaczalnego Zaklęcia...." "Zapytał mnie wcześniej, czy się na to zgadzam." - odparł Lupin, lekko się uśmiechając. "Chociaż, kiedy mnie dosięgło, to pożałowałem swojej decyzji." - zatrząsł się na samo wspomnienie. "Nigdy nie przypuszczałem, że to aż tak boli. Jak on mógł deportować się do Voldemorta, wiedząc, że czeka go tam coś takiego?" "Uznawał, że jest dobrze, jeśli to były nie więcej niż trzy zaklęcia." - dodał cicho Dumbledore. "Jak on to znosił? Sam nieraz próbowałem znaleźć na to odpowiedź. W środowisku, w którym dorastał, brutalne przesłuchania i walka na śmierć i życie były na porządku dziennym... Tacy jak on zawsze byli tak traktowani, on nigdy nie znał innego świata, tylko ten - kłamstw, okrucieństwa i zemsty. Ale do rzeczy. Dlaczego zaczął się tym zajmować zaraz po ataku? Harry, nie mówił ci czegoś?" "Chyba nie" - zastanawiał się Harry - "Zaraz. Powiedział, ze ma jakiś pomysł... Że jest mi wdzięczny" ("On?" - parsknął Syriusz) "i chciałby mi coś dać za to, że go uratowałem." W oczach Dumbledora błysnęły radosne iskierki. "Zapewniam cię, Syriuszu, że Severus potrafi być tak wdzięczny jak mściwy... Chyba rozumiem, co chciał zrobić. Harry, jeśli dobrze go przejrzałem, dostaniesz wspaniały prezent." "Niby co?" - mruknął Syriusz "Pioruna 2?" "Nie" - uśmiechnął się Dumbledore. "Coś małego. Syriuszu, będziesz się musiał z nim przeprosić, jak mniemam." "W życiu!" - warknął Black. "Nie bądź tego taki pewny." - wtrąciła się Hermiona. "Nie rozumiesz?" "Nie mówcie zagadkami." - rozzłościł się Syriusz. "Co ten wampir kombinuje?" "Nie mów im, Hermiono." - powstrzymał ją Dumbledore. "Nie mamy pewności." "Uparta dziewczyna." - westchnął Syriusz, bezskutecznie usiłując wyciągnąć z Hermiony, co miała na myśli. "Co oni tam znów kombinują?"

ŻMIJKA

Frank nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jakim cudem ktoś przedarł się przez zabezpieczenia, otaczające jego dom?! Jakim cudem ten ktoś pokonał go w pojedynku?! Frank próbował się ruszyć, ale sznury trzymały mocno. "Nawet nie próbuj" - wysyczał zamaskowany napastnik - "Wiem, że to boli... Tak ma być." "Czego chcesz?!" - wrzasnął Frank. "Prawdy" - tamten uśmiechnął się złośliwie. "Nic się nie dowiesz!" Jego przeciwnik nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął małą buteleczkę z eliksirem. "Moje Veritaserum skłaniało nie takich jak ty, śmieciu, do mówienia. Myślałby kto, święty Gryfon i bohaterski Auror! Zaufany człowiek Ministerstwa... Zaraz się dowiem, kto wtedy kierował tamtymi, kto ich sobie podporządkował zaklęciem Imperius. A mówią, że Ślizgoni to dranie..." "Kim jesteś?" - wyszeptał przerażony Frank. Skąd ten człowiek wiedział, że pracuje dla Czarnego Lorda? On, sławny Auror, będący poza wszelkim podejrzeniem. Nie, Frank nie podzielał jego filozofii, po prostu dał się przekupić. Napastnik ściągnął maskę. "Snape..." - wyszeptał Frank - "tylko nie ty..." Wszyscy wiedzieli, że Snape potrafił być nieobliczalny, działał szybko, skutecznie i bardzo brutalnie. "Ja" - wycedził Snape przez zęby. "Ja, syn Mroku. Uwierz mi, czekałem na ten moment dobre dwadzieścia pięć lat..." Oczy Snapea płonęły, Frank widział, że ma do czynienia z szaleńcem, gotowym na wszystko. Nie rozumiał tylko, na co czekał Snape. Przecież nigdy przedtem... Znał Snapea tylko ze zdjęć. Snape zmusił go do wypicia Veritaserum.
Kiedy eliksir przestał działać (a Frank przyznał się do wszystkiego) Snape wciąż wpatrywał się w niego swoimi niesamowitymi oczami, uśmiechając się paskudnie. Tak, dowiedział się wszystkiego, co chciał wiedzieć. Harry dostanie swój prezent, a ten Auror skończy w Azkabanie. Frankowi wydawało się, że te czarne jak węgiel ślepia dosłownie przebijają go na wylot. Nie, Severus nie zamierzał skończyć na przesłuchaniu go. Frank był wściekły i przerażony jednocześnie, jak taki Auror jak on mógł dać się podejść Śmierciożercy? "I co Snape?" - warknął - "Chcesz mnie teraz wykończyć, tchórzu?" "Nie tak szybko" - Usta Snapea wykrzywiły się w okrutnym uśmiechu. "Najpierw się trochę zabawię." "Ciekawe, co na takie metody powiedziałby profesor Dumbledore!" - pisnął Frank, widząc, że Snape nie żartuje. Oczy Sanpea błysnęły. "I ty to mówisz..." - przez chwilę, która dla Franka trwała wieki, Snape po prostu patrzył na niego, jakby zastanawiając się, co ma zrobić. "Zaklęcie Cruciatus nie zostawia żadnych śladów" - powiedział w końcu cichym, złowróżbnym głosem, wciąż wbijając we Franka swoje wampirze ślepia. "Nawet u dzieci, Franku Wrzaskunie." Jeżeli Frank przedtem był przerażony, to teraz dopiero spanikował. Ostatnie zdanie nie było wypowiedziane po angielsku. To był rosyjski, a "Wrzaskun" była to ksywka, jaką ochrzcili go swego czasu przestępcy z Dzielnicy Mroku w Petersburgu. Skąd Snape mógł ją znać?! "Zdziwiony?" - Snape zaśmiał się szyderczo - "nie poznajesz mnie, wymiataczu?" Frank potrząsnął głową. "Krótka pamięć, wymiataczu" - kpił sobie Snape - "ale ja ci ją odświeżę." Snape mówił po rosyjsku i to jak ludzie Mroku - z dużą domieszką słów z wielu języków świata, slangiem raz twardym ("DU HUNDSCHWEIN"), raz po rosyjsku śpiewnym, z mocnym, szybkim rytmem. Słowo "wymiatacz" w ich języku oznaczał Aurora, bo to Aurorzy "wymiatali" ludzi z ich kryjówek. "Więc słuchaj, du Hundschwein... Dobre 25 lat temu dziesięcioletni dzieciak, pół-wampir miał robotę. Niósł Sreberko" - Snape rzucił mu wyjątkowo paskudny uśmieszek. "Sreberko, wymiataczu. Jeśli znów nie pamiętasz, "Sreberko" oznacza krew jednorożca. Była zima, noc... Tam zimowe noce są bardzo długie. Noc zawsze byłą po stronie dzieci Mroku, a nikt nie umie się tak rozpłynąć w ciemnościach jak wamp. Mały sunął ze Sreberkiem w kieszeni. Miał pecha. Najpierw kocioł w knajpie, ledwo dał nogę. Był zbyt mały, żeby zmienić się w nietoperza i zwiać przez dziurę w dachu. Wampy transformują po raz pierwszy dopiero gdy mają 13 lat. Ale była noc, wamp zawsze ukryje się w ciemnościach przed człowiekiem. Potem duży nalot na kilka ulic, chłopak przesiedział na mrozie ładnych parę godzin w jakiejś obrzydliwej piwnicy, zanim było na tyle czysto, żeby wystawić łeb na ulicę. Ale to był pechowy dzień" - Snape klął slangiem dobrą minutę. "Położyli na nim łapy dwaj wymiatacze, Biały Borys i Frank Wrzaskun, ten wredny Angol." Frank zbladł jeszcze bardziej. Wiedział już, co będzie dalej. "Żmijka" - wypowiedział tak cicho, że sam niemal nie usłyszał tego słowa. Czemu nie wpadł na to wcześniej, gdy Snape nazwał się synem Mroku?! "Żmijka z gangu Węży." - przytaknął Snape. "Chcieliście, żeby puścił farbę. Ciężkie mieliście buty, wymiatacze. Mały nieźle dostał. Trzy złamane żebra, kilka wybitych zębów, odbite nerki, wstrząs mózgu" - syczał Snape, patrząc wprost na niego swoimi bezdennymi oczami - "o siniakach gadał nie będę. Że to małe bydlę było po tym jeszcze przytomne... Dzieci Mroku są twarde. A później" - Snape chwycił go za ramiona tak gwałtownie i mocno, że Frank aż krzyknął - "kiedy mały wciąż nie chciał śpiewać - a co myślałeś, że się przyzna, że ma Sreberko, a może was jeszcze zaprowadzi do odbiorców? Nie był durniem, wszystkich wysłalibyście do piachu... Sreberko było zabezpieczone zaklęciem, nie mogliście go znaleźć, dopóki chłopak nie poda hasła..." Snape milczał przez chwilę. "No to obrzuciliście go Wrzaskunem." Frank pomyślał, że do rana nie dożyje, Snape zaraz rozerwie go gołymi rękami. "To zaklęcie jest tym mocniejsze, im głośniej się je wypowie..." -Snape mówił ochrypłym szeptem, patrząc gdzieś w przestrzeń, jakby wciąż widział tamten dzień. "A wywrzeszczałeś je ze wszystkich sił. Dzieciak wił się w śniegu... Tak, śnieg, zimny i mokry, to pozwoliło mu zachować resztki rozumu, to go otrzeźwiło. Wiesz" - dodał kpiąco - "u nas było wielu mugolaków, znaczy szlam, jak ty byś to powiedział, ty psie Czarnego Lorda... Znaliśmy wiele mugolskich sztuczek. Myślisz, że Węże puściłyby dzieciaka bez zabezpieczenia? Miał coś w kieszeni i jakoś zdołał to wyciągnąć... Wtedy już się nie bał konsekwencji, było mu wszystko jedno. Biały Borys dostał ołowiem prosto w komorę, ty się ledwo wylizałeś... A TĘ BROŃ MAM DO DZIŚ!" - zawył Snape, wyciągając rewolwer z kieszeni. "Gdyby zaraz nie przyszli wasi kumple obaj dawno gryźlibyście ziemię." - ciągnął z dzika satysfakcją. Frank poczuł chłodny dotyk metalu na policzku. Nie, Snape mu tego nie daruje, odda mu wszystko z nawiązką. Frank dobrze wiedział, ze nie ma sensu się tłumaczyć ani prosić. Z ludźmi Mroku to nie przechodziło... Oni nie znali niczego innego poza wieczną wojną, a zemsta była ich odwiecznym prawem. Snape brutalnie wywlókł go z domu, gdzie czekało już kilku Aurorów Dumbledora. "Weźcie go" - warknął Snape - "bo nie ręczę za siebie. Oddajcie mu za ten Imperius, którym was urządził." "A ty dokąd?" - zapytał Bill. "Prywatne sprawy." - Snape rozpłynął się w ciemnościach, zanim zdążyli o cokolwiek zapytać.

"Harry! Harry!" - Nemain potrząsała nim z całej siły. "Co jest?" - ziewnął. "Ubieraj się, szybko!" "Co się dzieje?" - zapytał, mocno zaniepokojony. "Nic złego" - uspokoiła go - "tylko profesor Snape właśnie wrócił i upiera się, żebyś przyszedł do gabinetu dyrektora. Ma ten prezent dla ciebie." "Nie mógł poczekać do rana?" - myślał Harry, idąc pustymi korytarzami Hogwartu. "Co on tam ma?" W gabinecie siedział już Dumbledore, Lupin i Syriusz. Snape, wciąż w podróżnej pelerynie, opierał się plecami o ścianę. W jego czarnych ślepiach lśnił triumf. "Siadaj, Harry" - Dumbledore wskazał mu krzesło - "chyba się nie myliłem, co do tego prezentu..." "Dobra" - warknął Syriusz do Snapea - "pokaż wreszcie to coś, przez co budzisz nas o trzeciej w nocy." Snape uśmiechnął się tajemniczo. "Zapewniam cię, Syriuszu, że nie będziesz żałował, że zarwałeś tę noc... Myślę, że marzyłeś o takiej chwili od wielu lat... W zasadzie jest to spóźniony prezent bożonarodzeniowy dla Harryego" - rzucił mu wesołe spojrzenie - "ale sądzę, że wszyscy tu obecni będą nim zainteresowani. Harry, wampiry potrafią okazać wdzięczność, zapewniam cię." "Do rzeczy, Severusie" - jęknął Black - "Co to jest?" Snape zrzucił swoją pelerynę. "Mam go w której kieszeni" - mruknął - "Uśpiony porządnym eliksirem, obudzi się najwcześniej rano..." Harry aż krzyknął, Black zerwał się z krzesła. Snape trzymał za ogon... Parszywka! "Weźcie go ode mnie" - warknął - "bo nie wytrzymam i łeb mu ukręcę." "Boże" - wyszeptał Lupin - "Pettigrew. Jak go złapałeś?" "Żadna ciemność nie uchroni cię przed wampirem." - uśmiechnął się dziko Snape.
Nie trzeba chyba dodawać, jak przerażony był Glizdoogon, kiedy się obudził. Od razu zaczął się tłumaczyć. "Zamknij się" - warknął Snape - "bo ci pokażę, co potrafię." "To wariat!" - pisnął Pettigrew. "Mało mnie nie zatłukł!" "I świetnie się przy tym bawiłem."- wysyczał Snape, wbijając w niego wzrok. "To było naprawdę zabawne... " "Severusie" - pohamował go Dumbledore. "Nie lubię takich metod." "Nic mu takiego nie zrobiłem, jak na zwyczaje Śmierciożerców." - odciął się Snape. "Nie powinieneś się zachowywać tak jak oni." - uciął Dumbledore. Snape umilkł, ale wciąż patrzył z dzikim okrucieństwem na Glizdoogona. "Niech go Ministerstwo zobaczy" - stwierdził w końcu - "bohaterski Peter Pettigrew! A potem niech mu się Syriusz dobierze do skóry, w końcu to on miał przez niego najgorzej." Black uśmiechnął się z satysfakcją. "Z przyjemnością będę patrzył, Peter, jak cię zamykają."
Ministerstwo anulowało wyrok Syriusza. Black wreszcie mógł chodzić po Hogwarcie w swojej ludzkiej postaci. "Wiesz" - powiedział Harryemu - "Mógłbym tak wstawać co noc, żeby zobaczyć taki prezent. Snape to wariat, ale ten pomysł był niesamowity." Harry przytaknął. Wybaczył Snapeowi wszystkie złośliwości - w końcu to on uwolnił Syriusza od niesłusznego wyroku.

Następna strona > >