Makiaweliczne Przeprosiny
Nota Autorki: Ta historia jest zamkniętą całością. Polecam przeczytać ją na głos. Tłumacząc tytuł – nawiązuję nim do „Księcia” w którym Machiavelli przeprasza za to, co pisze, stwierdzając, w skrócie, „Nie omawiam tego, jak być powinno, lecz raczej jak jest w rzeczywistości”. To nie jest dokładny cytat, ale zawiera w sobie sens oryginału.
Streszczenie: Draco Malfoy rozmyśla nad stanem swoich spraw.
Summary: Draco Malfoy ruminates on the state of his affairs.
Rating: To byłoby żółte kółeczko z trójkątem w środku, jak dla mnie.
Zrzeczenie: Stwierdzając oczywiste: Nic, co widzicie poniżej, nie jest moją własnością...
Makiaweliczne Przeprosiny
Napisane przez Hayseed (hayseed_42@hotmail.com)
Przetłumaczone za łaskawym pozwoleniem Autorki (łącznie z notą od Autorki i Zrzeczeniem), możliwie najwierniej, przez Novinhę (novinha@op.pl) z Angielskiego Oryginału, który, podobnie jak inne opowiadania Autorki, można znaleźć na stronie www.fanfiction.net.
Przykro mi przyznać, że mój ojciec nie bije mnie. Obawiam się, że nie molestuje mnie też nie torturuje, w żadnej formie i kształcie, magicznie czy w inny sposób.
Nie sądźcie, że nie słyszałem szeptów. Nawet w moim własnym Pokoju Wspólnym. Czasami przyłapię Pansy lub jakąś inną głupią małą dziewczynkę rzucającą w moją stronę te spojrzenia tak pełne litości, że mam wręcz ochotę nawrzeszczeć na nie, wyżyć się, sprawić, by dla odmiany mnie znienawidziły.
Ale nie mogę tego zrobić. Malfoyowie nie odstawiają tego rodzaju emocjonalnych przedstawień.
Może bylibyśmy zdrowszymi istotami, gdybyśmy tak robili. Może gdyby Matka czuła się zdolna wściekać i wydzierać na mojego ojca za noce spędzane poza domem, albo na mnie za wnoszenie do domu błota po ćwiczeniu quidditcha na deszczu, nie musiałaby patrzeć na świat przez puste, wysokie kieliszki. Ojciec mógłby się może czasem zaśmiać. To znaczy, naprawdę się zaśmiać, nie mówię o tym wyniosłym chichocie, którym zaznaczy szczególnie ironiczną sytuację.
A ja… może ja mógłbym…
Nie. Inną rzeczą, której Malfoyowie nie robią, jest przyzwalanie sobie na głupie marzenia w obliczu surowej rzeczywistości, której musimy stawić czoła.
A przynajmniej to zwykł mówić mi Ojciec, podczas tych kilku okazji, gdy usiłował mnie rozśmieszyć w dzieciństwie. Przypuszczam, że to nie mogło być zdrowe, mówić swojemu czteroletniemu synowi, że udawanie iż jest się odważnym rycerzem chcącym ocalić swą panią od złego smoka, w ogrodzie, przy użyciu zabawkowego miecza, jest bezużyteczną rozrywką.
Czasami zastanawiam się, jak on się czuł, w Azkabanie. To był dla nich kolejny powód do litowania się nade mną. Ojciec – Kryminalista. Tak jakby wcześniej nie wiedzieli. Azkaban był jedynie potwierdzeniem dawno uznanej prawdy.
Gdy byłem bardzo małym chłopcem, kiedy moja matka jeszcze brała mnie w ramiona i przyciskała do piersi, kochałem mojego ojca. Grając w Rycerzy i Smoki w ogrodzie z niańką, zawsze wyobrażałem sobie rycerza jako dzielnego Sir Malfoya, dokładny obraz mojego ojca w każdym szczególe. Uprzejmy i piękny, i tak ważny, że poświęcał czas, z dala od ukochanego syna, by osobiście doradzać Ministerstwu. W ciemne noce, otulony jedwabiem i puchową kołdrą, niemal w to wierzyłem. Nadal próbuję, nawet teraz, gdy leżę pod stęchłą kołdrą z godłem Slytherinu, w moim dormitorium, próbuję kochać mojego ojca.
Teraz, gdy spoglądając w lustro widzę jego cień patrzący na mnie z ciekawością, zastanawiam się, jakie to wzbudza we mnie uczucia. Brzmi to głupio – nie wiem, co czuję. Nawet nie wiem, czy czuję.
Nie do końca prawda. Rzeczywiście coś czuję, czasami. Mimo tego, co mówi mój ojciec, mimo pustki w oczach mojej matki, gdy całuje mnie na powitanie, gdy wracam do domu na wakacje. Choć wtedy lepiej jest nic nie czuć.
Wiem jednak, że w szkole są też inni. Tacy, którzy nie litują się nade mną z powodu wyobrażonego, okrutnego wychowania. Sądzą, jestem tego pewien, że jestem dzieckiem rozpieszczonym i skupionym na sobie. Nikt mi tego nie powiedział w twarz, rzecz jasna, ale widzę to w ich oczach. Te na pół posępne spojrzenia, które Weasley rzuca mi, patrząc z góry. Jakby miał to wypisane na czole. Nawet Potter spojrzy na mnie czasem w ten sposób, biedny, nieszczęsny, zbzikowany Potter, który zapewne do dziś sądzi, ze mój ojciec celowo kupił mi miejsce w ślizgońskiej drużynie quidditcha.
Jakikolwiek związek pomiędzy nagłym pojawieniem się nowiutkich Nimbusów w przerośniętych łapach moich kolegów z drużyny podczas mojego drugiego roku z zaproszeniem mnie do gry na stanowisku szukającego nie został mi, rzecz jasna, wyjawiony.
Lubię myśleć, że był to zbieg okoliczności. Że mój ojciec nie miał mnie za na tyle gorszego, by potrzeba było aż tak dużego poparcia by wepchnąć mnie do drużyny mojego Domu. Może pewnego dnia będę się czuł dość odważny, by wprost go o to zapytać. Cokolwiek wątpliwe. Nie wiem, czy niewiedza jest gorsza od potencjalnego potwierdzenia mych najgłębszych podejrzeń, ale sądzę, że nie jest.
Ale nie jestem porażką. Prefekt, przyzwoity szukający, z wynikami wystarczającymi, bym był cały czas w okolicach granic swoich możliwości. Nic zauważalnego, na co można by narzekać. Mój Dom może być ze mnie dumny, jak to z pewnością mój ojciec powtarza swoim znajomym.
Nawet nie ściągam, jak Millcenta Bullstrode ani nie zakradam się do biura starego Snape’a po ukrytą butelkę Ognistej Whisky jak Blaise Zabini. Poza złośliwą tendencją do bycia uwikłanym w incydenty związane ze Złotym Chłopcem Gryffindoru i jego dwojgiem kompanów, powiedziałbym że jestem świetnie przystosowany, jak na Malfoya. Może nawet wliczając tę tendencję.
Ale nienawidzę Harry’ego Pottera. Jego i jego głupiej blizny, i jego przeklętego sposobu, by budzić w każdym uczucia. Och, słyszałem plotki. Że jego dzieciństwo było w każdym calu tak piekielne, jak wszyscy sądzą, że było moje. Ciemne komórki i znęcający się krewni. Każde słowo tylko powiększa moją do niego nienawiść. Nienawidzę jego uśmiechu i radości, i faktu, że nawet jeśli miał tak okropne życie, to wciąż potrafi się śmiać, a ja tylko krzywić. Każdego roku przychodzę na stację King’s Cross by wsiąść do pociągu, z nadzieją że jego tam nie będzie. Z nadzieją, że nie będzie mi trzeba przypominać, że są na świecie odważni ludzie. Że są na Ziemi synowie, których Lucjusz Malfoy mógłby kochać, gdyby byli na moim miejscu.
A jednak...
A jednak dostrzegam, że i ja poddaję się temu mitowi. Aurze przeklętej dobroci otaczającej głupiego Pottera. Kocham go. Kocham w ten sam sposób, w jaki kocham swoje stare książki z bajkami, stojące na półkach w domu, wiążąc rozpad z miłością. W ten sam sposób, w jaki kocham te okazje, gdy moja matka przypomina sobie, że jestem jej synem i daje mi mocne, pachnące perfumami uściski. Silną miłością chwiejącą się na tej okropnej linie. Miłością, która doprowadziła mnie do wyrwania stron z książek, gdy nauczyłem się, że życie nie jest takie jak historie, w które wierzyłem. Nienawistną, beznadziejną miłością.
Czasem żałuję, że nie mogę być taki, jak stary Snape i jednoznacznie nienawidzić Pottera. Nie można z niczym pomylić spojrzenia Snape’a za każdym razem gdy ujrzy Pottera – gardzi nim z całej duszy. Może równie mocno jak nienawidzi samego siebie. Na mnie Snape patrzy z rzadka i jestem mu za to wdzięczny. Nie sądzę, bym był w stanie znieść to, co mógłbym ujrzeć w jego oczach. Fałszywe pochwały z uwagi na mojego ojca lub żywa niechęć z tegoż powodu – i jedno i drugie równie nieznośne. Sądzę, że Snape chciałby być uczciwym człowiekiem i nie chcę go wpędzać w kłamstwa.
Są jednak chwile, gdy zaczynam wierzyć, że stary Snape może chcieć włączyć mnie do tej skomplikowanej gry, w której sam uczestniczy. Chwile, gdy mógłby spojrzeć na mnie i nie ujrzeć Lucjusza Malfoya krzywiącego się w odpowiedzi.
Ponure wizyty w biurze i szlabany za dokuczanie Potterowi czy awantury w Pokoju Wspólnym. Snape przerwie na moment pracę i będzie na mnie patrzył gdy myję kociołki czy skrobię podłogę. Przyjrzy się mojemu nowemu siniakowi pod okiem czy rozciętemu policzkowi i będzie się zdawał chcieć coś powiedzieć.
Ale chwila, jak zawsze, minie i Snape się nie odezwie. Staram się nie zastanawiać co powiedziałby, gdyby kiedyś rzeczywiście zaczął.
Może zapytałby o mojego ojca. Albo jak się czuję w związku z moim ojcem. Lub nawet o Ślizgońskie niewymawialne, o Mrocznego Pana. Rozlegają się czasem szepty w ciemnym dormitorium gdy większość już śpi, rzecz jasna. Lecz poza tym, każde wspomnienie o Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać jest zduszane w zarodku jednym grymasem naszego zgorzkniałego Opiekuna Domu. Jakiej mógłbym udzielić odpowiedzi na pytanie „Czy przyjmiesz Mroczny Znak, Draco?”
Oczywiście, mogłoby to być coś bardziej przyziemnego. Coś w stylu „Czemu nie masz żadnych przyjaciół, Draco?” albo „Dlaczego mogę nastawiać zegarek według twoich bójek z Blaisem Zabini?”
Prostsze pytania. Pytania, na które można odpowiedzieć. „Nie lubię nikogo z moich znajomych, Panie Profesorze.” I „Bo wciąż rzuca oszczerstwa na temat moich skłonności seksualnych, Panie Profesorze”.
Wątpię, by Snape wspomniał moje bójki Ojcu – to byłby ten rodzaj uzewnętrzniania emocji, który wywołałby raczej długą serię kazań podczas wakacji. Kazań, w których usiłowałby wytłumaczyć mi co oznacza bycie Malfoyem. Wątpię też, by przyczyna napięcia między innymi uczniami a mną była powszechnie znana.
Ale przecież powszechną wiedzą pomiędzy populacją uczniów w Hogwarcie jest fakt, że Draco Malfoy to ciota. Bo wiecie, musi nią być. Spójrzcie na perfekcyjnie ułożone długie blond włosy. I jest taki niski. I ładniutki. Tacy ładni chłopcy muszą być gejami, powiadają. A jeśli nauczyciele przyłączają się do tych szeptów, to nie dotarło to do moich uszu.
Całkowicie przeoczony jest fakt, że właściwie nie mam jeszcze żadnych doświadczeń natury seksualnej. Przykro mi zawieść oczekiwania.
Parę lat temu, podczas nocnego patrolu wpadłem na parę na korytarzu. Puchon i Gryfonka, oboje starsi ode mnie. Nawet nie pamiętam ich imion. On miał rękę pod jej bluzką. I obserwowałem ich przez co najmniej dziesięć minut zanim obciąłem punkty i odesłałem do ich dormitoriów. Patrzyłem na strumyczek potu spływający z jego czoła na brodę i zadrżałem, gdy ona go zlizała.
Jak… zwierzęco zmysłowe.
Usiłowałem wyobrazić sobie kogoś robiącego to mnie. Usiłowałem wyobrazić sobie siebie robiącego to komuś.
Pomyśleć, że Ojciec musiał zrobić to z Matką co najmniej raz – bądź coś bardzo podobnego, - inaczej by mnie tu nie było. Nawet gdybym chciał to sobie wyobrazić, wizja Lucjusza Malfoya w szponach namiętności jest nieprawdopodobna i jakoś niewłaściwa. Widzicie, pożądanie jest zwyczajnie zbyt podobne do prawdziwej emocji.
A to, rzecz jasna, nasuwa pytanie o to, skąd właściwie biorą się Malfoyowie, skoro są takimi pozbawionymi żądzy istotami. Być może wyłaniamy się w pełni uformowani z jakiegoś wiecznego źródła, z jakiegoś bastionu siły Malfoyów. Bądź co bądź, nie pamiętam swoich narodzin. Równie dobrze mogłem przybyć na świat w tak surrealistyczny sposób, a wcześniej mój ojciec i jego ojciec przed nim, i tak dalej. Łańcuch pozbawionych matek Malfoyów, zjednoczonych w swoim lodowatym wyglądzie i równie zimnym zachowaniu.
Śmiechu warte – nawet teraz uśmiechasz się na myśl o tym obrazie. Ale, choć tak śmieszny, jest on cokolwiek lepszy od dostępnej alternatywy. Lucjusz Malfoy i żądza to połączenie nieprawdopodobne; Lucjusz Malfoy i miłość – zwyczajnie niemożliwe. Chciałbym myśleć, że ten ból został Matce oszczędzony. Ból uświadomienia sobie, że twój kochanek nie jest zdolny do spełnienia twego najgłębszego pragnienia, pragnienia miłości.
Dlatego tez obawiam się, że wraz z wyglądem mojego ojca odziedziczyłem jego temperament – że mogę nie być zdolny do takiej miłości. Może zwyczajnie wstrzymam się od narzucania się komukolwiek, mężczyźnie czy kobiecie. Jest to trochę wcześnie by składać takie deklaracje, więc pozostawię tę opcję otwartą.
I, przede wszystkim, staram się usunąć takie rzeczy ze swoich myśli. Znacznie łatwiej przepraszać za krążące nieprawdy niż usiłować stawić czoła prawdom.
Więc na tym poprzestanę. Niech głupi Potter jest siłą dobra na tym świecie, powodującą zmiany i zostawiającą ślad miłości gdzie tylko się poruszy. Może mi być przykro z powodu tego, jak wygląda rzeczywistość, ale nie interesuje mnie, jak mogłoby być.
Jestem wszak Malfoyem, a Malfoyowie nie pozwalają sobie na takie głupie marzenia.
FINIS