Severus...

Syk spowodował, że odziana w czerń istota poczuła dreszcze na plecach. Klęczała przed tronem zrobionym z nierówno pociosanych kamieni, na którym siedział człowiek - Pan. Poczuł, że całe jego ciało drży; ale nie z powodu zimna kamiennej podłogi. Starał się wyczuć zamiary dwóch, zakapturzonych postaci, które stanęły po jego bokach, gdy się ukłonił; tysięcy oczu, które świdrowały go ze wszystkich stron.

- Panie, wróciłem do ciebie - oświadczył krótko, znając daremność dalszych tłumaczeń; nie ważne jak pomysłowych. Jeśli On sobie tak zażyczy, później będzie na to wystarczająco dużo czasu. Ale jeśli nie, to nie będzie takiego usprawiedliwienia na tym świecie, które chociaż na sekundę uratuje go od potworności, którym bedzie musiał stawić czoła.

- Przekonamy się - pstryk palców i dwaj mężczyźni stojący za Severusem złapali go za ramiona i postawili na nogi. - Bardzo często jest tak, że zbłakana owca powraca do stada. Powracając, naraża się na to, że pozostałe owce z zazdrości rozszarpią ją na strzępy - chłopak usłyszał szelest szat i jeden z czarodziei mocno zadarł jego głowę, aby patrzył na osobę siedzącą na tronie. Powstrzymał szloch, gdy przypomniał sobie, że prawie pół roku temu w tej samej pozycji trzymał go inny czarodziej - Alastor...

- Trzeba się zastanowić, nie tylko dlaczego owca zbłądziła - kontynuował głos skryty w cieniu - ale i dlaczego wróciła. Czy możliwe, że po drugiej stronie poczuła się zagubiona i bezsilna; opuszczona przez wszystkich, których mogła nazwać przyjaciółmi ? Albo jest jeszce inny powód; założyła wilczą skórę...

- Panie, ja...

- Ciiiii, nie czas teraz na słowa, moja młoda owieczko. Nawet jesli zagubiła się w ciemności, obowiązkiem pasterza jest dopilnowanie, aby nie popełniła tego błędu ponownie - znowu delikatny szelest czarnych szat i Severus poczuł koniec różdżki gładzącej jego podbródek. Pomimo, że zdawał sobie sprawę, że to mu w niczym nie pomoże, skulił się w sobie, oczekując na nieuchronność.

Ból uderzył w niego niczym lawina kamieni, zmuszając do upadku na kolana. Stojący po jego bokach czarodzieje zwolnili uścisk i Severus zderzył się z podłogą. Wił się z bólu. Krew wściekle krążyła w żyłach; coś wypalało go od wewnątrz. Skóra na przemian zamarzała i piekła, pomyślał, że zaraz zwariuje. Szkarłat z przegryzionych warg zostawił swój ślad na kamieniach; pomimo tego, nadal się nie odzywał. Jakikolwiek odgłos byłby przyznaniem się do winy, słabością, która nie mogła przejść niezauważona przez człowieka, który zabrał go do królestwa agonii. Gdyby tylko mógł jeszcze trochę wytrzymać, tylko kilka chwil więcej...ale ból był tak mocny, ostry. Pogarszał się z każdym, kolejnym uderzeniem serca, dopóki poczuł, że jego dusza zaraz eksploduje. Agonia, o jakiej nigdy nie śnił, gorsza niż ognie piekielne. Było źle, bardzo...

I wtedy, ustało.

Severus leżał na podłodze; dyszał i starał się zwalczyć chęć płaczu. Ciągle czując ból w kończynach, podpełzł i przycisnął usta do krawędzi szaty Voldermorta.

- Jak wiele jeszcze zniesiesz moja zgubo ? - głos był zwodniczo kojący, prawie opiekuńczy.

- Ile sobie tylko zażyczysz, Panie - chłopak zmusił się do wypowiedzenia tych słów, nie wiedząc, czy gra w którą gra, nie oznacza śmierci. Zadrżał na myśl kolejnej fali bólu, ale nic nie powiedział. Nawet tortury z użyciem Cruciatusa były lepsze od powrotu do Azkabanu.

- Gdzie byłeś ?

Takiego łatwego pytania się nie spodziewał. Pierwszy raz, Śmierciożerca, który popełnił błąd otrzymywał od Pana tak wspaniałą możliwość wytłumaczenia się. Z szybkością błyskawicy, która zawsze wzbudzała strach i zazdrość kolegów i nauczycieli, zebrał myśli do kupy.

- Hogwart - powiedział, podnosząc się. - Odszedłem w noc spalenia tamtej mugolskiej wioski, kiedy dziewczynka... - głos mu się załamał, ale zmusił się do dalszego mówienia wiedząc, że najmniejsze wahanie równa się śmierci - kiedy dziewczynka umarła po wypiciu mojego eliksiru - Severusowi wydawało się przez sekundę, że oczy Voldermorta błysnęły. - Biegłem. Nawet nie pamiętam, o czym wtedy myslałem. W tamtym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo mogę ci się przysłużyć, tak jak nigdy dotąd. Musiałem to urzeczywistnić. Więc, ukartowałem swoją ucieczkę i przybyłem do Londynu, gdzie znalazło mnie Ministerstwo.

- Przecież mogli cię od razu zabić. Skąd ta pewność ?

Chłopak, pomimo krwawiących warg pozwolił sobie na mały uśmiech. - Oczywiście, Dumbledore. Stary głupiec pamiętał mnie z lat szkolnych. Chciał mi dać jeszcze jedną szansę. Więc, złożyłem swe życie w jego ręce mając nadzieję, że przekona innych. Nie wierzył, że nawet zdrajca błagałby o Pocałunek - następne słowa, nie wywołały jego dreszczy - mimo tego, zanim zdecydowali, przesiedziałem w Azkabanie trzy miesiące - nie odważył się spojrzeć w górę. - To wszystko uczyniłem myśląc o tobie, mój Panie.

- Mów dalej.

Chłopak oblizał wyschnięte wargi. - Dumbledore zaoferował mi posadę w Hogwarcie. Ale Ministerstwo nigdy nie odczepi się od tej sprawy. Chcieli mnie wysłać spowrotem do ciebie. Szpieg. Wszystko potoczyło się dokładnie, jak sobie zaplanowałem.

- Szpieg, który dwukrotnie zmienia ubarwienie jest dziesięciokrotnie niebezpieczniejszy od jednorazowego zdrajcy - głos Voldermorta omiótł wszystkich zgromadzonych, gdy obserwował Severusa zza wpół przymkniętych powiek. - A co powiedzieć o wężu, którego ubarwienie jest tylko udawaniem ? Żmija udająca zaskrońca nadal może rozdawać śmierć.

Chłopak pokłonił się jeszcze bardziej. - Pomimo, że wyglądało to jak zdrada, zdradą nie było. Przysięgam, Panie. Nigdy nie zawahałem się w swojej lojalności. Jeśli mam ponieść karę, to za to, że działałem pod wpływem impulsu nie pytając o zdanie osoby, lepiej obeznanej w temacie - wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź Voldermorta.

Zaległa cisza. Napięcie rosło z każdą sekundą; pozostali wstrzymali oddech. Nagle, Voldermort wykonał gwałtowny ruch swoją wolną ręką, nie spuszczając wzroku z chłopaka. Drzwi się otworzyły i zgromadzeni, jak jedno ciało, powstali i wyszli. W komnacie został Severus i człowiek obserwujący go ze swojego tronu.

- Mówisz prawdę - powiedział Voldermort, bawiąc się różdżką. Chłopak powstrzymał westchnienie ulgi. - Ale nie mogę pozwolić, aby takie rażące lekceważenie moich rozkazów pozostało nieukarane, prawda ? Rzeczywiście, zbłądziłeś w swojej impulsywności. Taka rzecz mogła doprowadzić do katastrofy, o jakiej nie śniłeś. Musisz zrozumieć, dlaczego zakazuję takiego ryzyka; teraz i zawsze.

- Tak...Panie - chłopak zmusił się do szeptu, gdyż w krtani zagnieździł się olbrzymi supeł. Pierwsza fala bólu uderzyła w niego, spuszczając na jego oczy czerwoną zasłonę. Cierpiąc na kamiennej podłodze, z trudem wychwycił dalsze słowa Voldermorta.

- Przebiegła, dzielna, mała owieczka. Już raz mi udowodniłeś swoim milczeniem. Jesteśmy sami.... Możesz użyć głosu....

Krzyki Severusa można było usłyszeć, jeszcze długo potem.



***

Na Merlina…powiedz mi, że było warto, Albusie. Powiedz to !

Jakąś cząstką świadomości, Severus Snape usłyszał głos McGonagall i przez moment pomyślał, że kobieta płacze. Dziwne, nad czym miałaby płakać ? Rok szkolny się nie zaczął, nie mogła rozpaczać przez ucznia. Może ktoś umarł ?

Nadal dryfował w półśnie. Ten brak czucia, brak troski, która zawsze mu towarzyszyła było prawie przyjemnością. Podczas, gdy tam był, nic go nie musiało przejmować, nic nie mogło wepchnąć z powrotem do świata żywych, jeśli sobie tego nie życzył. Jakaś zbłąkana myśl powiedziała mu, że ból czai się za rogiem, że stan zawieszenia, w którym obecnie przebywa uchroni go od krzywdy.

Nic go już nie skrzywdzi.

Ze wszystkich sił próbował zanurzyć się głębiej, jak najdalej od pobudki naznaczonej bólem. Ale było coś, co nie pozwalało odejść.

- Severus.

Nie, pomyślał, odejdź. Zostaw. Pozwól mi odpocząć w tym spokojnym miejscu. Nie chcę jeszcze wracać, jeszcze nie teraz. Tutaj nie było ani snów, ani koszmarów, które prześladowały go za każdym razem, gdy usypiał. Pragnął tylko jeszcze sobie pospać; zapomnieć o marach.

- Severus – głos stał się bardziej uporczywy. Poczuł rękę potrząsającą jego ramieniem, burzącą jego spokój.

- Nie – wymamrotał, starając się strząsnąć rękę. Został potrząśnięty jeszcze bardziej. – Zbyt zmęczony, dajcie mi spokój…

- Nie ma mowy – powiedział Albus.- Jeśli teraz zaśniesz Severusie, możesz się już nie obudzić. Nie mam zamiaru cię znów stracić – czyjaś lodowata dłoń ujęła jego dłoń, gdy McGonagall przemówiła: – Severus, proszę. Obudź się. Wróć do nas.

Powoli, niechętnie wybudzał się. Mimo zamkniętych oczu, widział czerwone światło i czuł zapach mydła; coś ostrego penetrowało jego myśli. Powieki puszczały; mrużył oczy, gdy światło Skrzydła Szpitalnego zaczęło je atakować.

- Severus ? - chłopak się odwrócił i ujrzał Dumbledora; zmartwienie pomarszczyło czoło Albusa. – Severus, słyszysz mnie ?

- Tak – zamrugał i rozejrzał się dookoła. Leżał w Skrzydle Szpitalnym. Pomfrey zajęta była czymś przy zlewie, nie widział jej twarzy, gdyż stała tyłem. Zakłopotana McGonagall siedziała sztywno po jego lewej stronie, ściskała jego wychudzoną, wiotką dłoń. – Co się stało ?

- Miałem nadzieję, że ty nam powiesz – powiedział Dumbledore. – Kiedy tu przyszedłeś, byłeś w strasznym stanie. Gdy tylko trafiłeś do Skrzydła Szpitalnego zemdlałeś. Myśleliśmy wtedy, że cię straciliśmy, nie dawałeś znaków życia. Pamiętasz, co się wydarzyło ? Cokolwiek ?

Severus potrząsnął głową i natychmiast tego pożałował. Ból eksplodował w jego mózgu, przed oczyma tańczyły jaskrawe światełka. Chciał poruszyć ręką, ale odkrył, że został przywiązany do łóżka.

- Rzucałeś się we śnie – wypaliła McGonagall, zanim chłopak zdążył zapytać, albo zacząć panikować. Poppy musiała cię przywiązać, abyś nie zrobił sobie krzywdy. Zwichnąłeś… - skrzywiła się. – Zwichnąłeś sobie lewy bark i w jakiś sposób, złamałeś nadgarstek. To są główne urazy. Wszystkie, które dostrzegliśmy.

Zamknął oczy. Wspomnienia zaczęły powracać do niego, niczym przeklęte pasożyty. – Cruciatus – wyszeptał. Poczuł, jak ręka McGonagall jeszcze mocniej się zacisnęła, usłyszał ciche westchnienie Madame Pomfrey. – Za dużo razy… Straciłem rachubę. Powiedziałem mu to, co kazałeś powiedzieć, Albusie. Myśli, że nadal jestem wiernym sługą.

- W takim razie, za co to ?

- Za indywidualizm. On nie lubi mądrzejszych od siebie. I… na przykład – Severus zadrżał – zanim tu wróciłem, dwóch z nich trzymało mnie podczas tortur. Chyba wtedy, musiałem zrobić sobie coś z ramieniem, zwichnąłem…

- Wystarczy, Albusie, Minervo – głos Poppy przerwał potok słów chłopca i wyrwał go z zamyślenia. – Potrzebuje odpoczynku – spojrzała z wyrzutem na Dyrektora. – Nie pochwalam tego, Albusie. I nie widzę potrzeby, aby wystawiać go na takie niebezpieczeństwo.

- Nieprawda, Poppy – powiedział zmęczonym głosem Albus. – Nie chcesz tego przyznać, ale rozumiesz. Wszyscy ponosimy ofiary w tej wojnie.

- Niech sobie będzie, jak chce. Nadal tego nie popieram. Do widzenia oboje, nie chcę, abyście zamęczyli mi chłopaka. Za kilka dni będzie lepiej.

Gdy McGonagall i Dumbledore wyszli, Severus ponownie zamknął oczy. Jeszcze tylko kilka dni.

Jeszcze tylko kilka dni, i znowu wyślą go wprost do paszczy lwa.

Severus Snape spojrzał w lustro, gdy doprowadzał do porządku swój ubiór. Zimno i wilgoć lochu, sprawiało, że pod swoje szaty musiał zakładać mugolskie ciuchy, aby przestać się trząść. Poprawił kołnierzyk i wygładził rękawy od swojego czarnego t-shirtu. Nawet ubranie było nieskazitelne; jego styl ubierania był tak surowy, jak jego umysł.

Głupi ptaszku, wyszeptał głos w jego głowie. Na próżno się trudzisz. Jakby ktokolwiek, kiedykolwiek miał zobaczyć, co nosisz pod spodem. Jakby komukolwiek, na tym zależało. Po co marnować czas ?

Święta racja. Uśmiechnął się szyderczo do swojego odbicia, odgarniając swoje długie, tłuste włosy. Przez te wszystkie lata dorobił się złej reputacji. Podstępny wąż, drań, idiota. Tak, słyszał szepty za plecami, widział karteczki, krążące po sali. Wiedział. Zastanawiał się, czy ból żołądka spowodowany jest tym, że za bardzo się przejmował, czy dlatego, że się bał. Bał się, że nie będzie w stanie się czymkolwiek przejmować.

Minęły lata odkąd Dumbledore przywiózł go do Hogwartu, odkąd został szpiegiem i powrócił do śmiercionośnych szeregów Voldermorta. Zgodnie z obietnicą, McGonagall wróciła do biura Dyrektora i rozmówiła się z Crouchem, Fudgem i Moodym, który od początku widział Severusa w Azkabanie. Nawet teraz, Snape nie wiedział, jakim sposobem Minerva przekonała ich wszystkich, że więcej zdziałają bez gróźb i prowokacji.

Prawdopodobnie powiedziała im, że raczej zostanę zdrajcą, niż wrócę do Azkabanu, pomyślał, chowając różdżkę do kieszeni. Nie tak daleko od prawdy. Używałem tego zaklęcia tyle razy, i często zastanawiałem się, czy zadziała, jeśli wypróbuję go na sobie. Lepsze to, niż powrót do Dementorów.

W pewnym stopniu przyzwyczaił się do swojej nowej egzystencji. Ale tylko w pewnym. Nauczył się akceptacji, nabrał wprawy. Przestał widywać twarze kobiet i mężczyzn, których pomagał torturować i zabijać. A każde kłopotliwe wspomnienie szło w parze z wiedzą, że w każdej chwili może powrócić do roli człowieka, który zrobił te wszystkie rzeczy. Wiedział, że nie jest już tym samym człowiekiem. Mimo, że Mroczny Znak nadal szczerzył się do niego chytrze, Śmierciożerca, którym był zmarł w noc ucieczki od okropności, towarzyszącym rozkazom Voldermorta.

Trochę czasu zajęło Dumbledorowi przekonanie o tym chłopca. Trochę czasu minęło, zanim Severus, bez strachu mógł spojrzeć na tatuaż, który mógł go znów przywołać.

- Uciekłeś, bo byłeś zszokowany tym, co zobaczyłeś, co zrobiłeś – powiedział mu Dyrektor. – Jeśli naprawdę miałbyś serce Śmierciożercy, nigdy nie myślałbyś w taki sposób. Jeśli byłbyś tchórzem, siedziałbyś cicho. I jeśli nie byłbyś pewny swojej lojalności w stosunku do nas, nigdy nie pakowałbyś się w niebezpieczeństwo szpiegowania.

Chłopak nie chciał uwierzyć we własną uczciwość. – Zgodziłem się, ponieważ czułem strach, ponieważ zrobiłbym wszystko, aby nie trafić z powrotem do Azkabanu.

Dumbledore spojrzał mu głęboko w oczy i zapytał: - Z jakiego powodu, przesiedziałeś tam jeszcze trochę czasu ?

- Z jej – Severus zadrżał. – Dziewczynki, która zmarła przez moje eliksiry. Cały czas słyszałem jej krzyk, widziałem jej śmierć… - zatrzymał się, dopiero teraz zdając sobie sprawę z otwartości, na jaką sobie pozwolił. Dyrektor skinął i uśmiechnął się. – Dementorzy okradli cię z każdego radosnego wspomnienia, zostawiając tylko strach i najgorsze koszmary. W twoim przypadku, najgorszym wspomnieniem było zabójstwo dziecka. Jesteś teraz takim Śmierciożercą, jak ja; żadnym.

To było lata temu. Tak wiele zdarzyło się od tamtego czasu; śmierć starego nauczyciela od Obrony, zatrudnienie Quirrela. Miało to miejsce dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego i po całym bałaganie, dotyczącym zatrudnienia nowych pedagogów, okazało się, że w Hogwarcie zabrakło nauczyciela Eliksirów.

Dyrektor bez przekonania dał ci tę robotę, szeptał irytujący głosik w jego głowie, gdy robił porządek w papierach na swoim schludnym biurku. Mimo, że klasa była w lochach, wszystko musiało mieć swoje miejsce; pająki robiły sieci tylko w kątach sali, a eliksiry i składniki, były równiutko poustawiane. Żadnego rozgardiaszu w jego małej części zamku.

Mimo tego, ludzie nie wiedzieli, kto będzie nauczycielem ich cennych pociech.

Na prośbę Dumbledora, przeszłość Severusa została okryta płaszczykiem tajemnicy. W rezultacie, tylko dwunastka osób na świecie, wiedziała o poprzednim zajęciu chłopaka.

Teraz, zamiast sadystycznego Śmierciożercy, unikany będzie sadystyczny Mistrz Eliksirów. Napawa cię to przyjemnością, nieprawdaż ?

- Zamknij się – wyszeptał Severus, kładąc na półkę buteleczkę smoczej krwi. – Ostatnią rzeczą, której teraz potrzebuję to pieprzony narrator w głowie.

- Severus ?

Odwrócił się; jego ręka zanurkowała do kieszeni w poszukiwaniu różdżki. Wtedy spostrzegł, że to tylko Profesor Sinistra. Odetchnął głęboko, puszczając różdżkę. Uspokój się, pomyślał. Już jesteś kłębkiem nerwów. Dzięki, że ktokolwiek słucha; szpiegowanie zaraz po nauczaniu. Nie byłoby zbyt dobrze, gdyby Severus zapodziałby się gdzieś w czasie, kiedy miał uczyć. Plotki były wszystkim, czego potrzebował, aby zacząć sobie przemyśliwać pewne rzeczy.

- Dumbledore mnie wysłał, abym powiadomił cię, że Uczta zaraz się zacznie. Nie chciałem w niczym przeszkodzić… Słyszałem, że rozmawiałeś z …

- Dziękuję. Zaraz przyjdę – powiedział oschle Severus. Sinistra zdawał się być zaskoczony tą szorstkością, ale nic nie powiedział. Snape się skrzywił. Nie potrzebował, aby inni nauczyciele słyszeli, jak mówi do siebie. Już wystarczająco go unikali z powodu przeszłości, teraz doszedł jeszcze zwariowany Ślizgon, mamroczący coś do siebie.

Daj spokój. Jeśli będą cię unikać, będziesz miał w końcu trochę spokoju…

Snape odwrócił się i wypadł z sali jak burza.

Jadalnia jak zwykle była głośna. Uczniowie byli wszędzie, gadali, śmiali się, plotkowali. Ci, którzy nie widzieli swoich przyjaciół od zakończenia roku, teraz krążyli w poszukiwaniu nowych znajomości, zaklęć i przygód. Hałas spowodował, że kręciło mu się w głowie, ale przynajmniej zagłuszył tamten mały, irytujący głosik.

Zajął swoje miejsce, gniewnie obserwując wszystkich razem i nikogo z osobna. Wydawało mu się, że minęło sporo czasu, zanim Dumbledore wstał i uciszył uczniów; jeszcze więcej, zanim rozpoczęła się Ceremonia Przydziału.

Lista nazwisk zdawała się nie mieć końca. Severus ledwie patrzył na osoby przydzielone do jego domu. Z braku laku, Dyrektor mianował go Opiekunem Slytherinu.

Nagle, pewne nazwisko przykuło jego uwagę.

- Potter, Harry !

Zareagował tak szybko, że aż coś mu strzeliło w karku. Ignorując ból, spojrzał na znajomą twarz, ozdobioną jasnozielonymi oczyma. W tym samym momencie, Mroczny Znak zaczął palić jego skórę. Przerażony, podciągnął rękaw i spojrzał na tatuaż. Ostatnim razem, gdy poczuł ból, noc się źle dla niego skończyła. Nie trafił wtedy do Skrzydła Szpitalnego, ale po serii koszmarów, wylądował w biurze Dyrektora. Spuścił wzrok; mrowienie ustało. Spojrzał jeszcze raz i zauważył, że chłopiec krzywi się i pociera znamię na czole. Mroczny Znak powracał do normalnego stanu. Dziwne.

Severus wiedział, że Potter będzie się tu uczyć. Dumbledore mu o tym wspominał. Czasem myślał nad niektórymi sprawami; wszystko przez tego chłopaka.

Znał jego historię, oczywiście. Każdy znał, ale on patrzył z unikalnej perspektywy. Po zniknięciu Voldermorta, spowodowanym śmiercią Lily i Jamesa Potterów, działalność Śmierciożerców zwiększyła się, a później podupadła. Czasem zbierali się u Lucjusza, aby pomówić o przyszłości. Ale nie mając żadnych informacji o swoim Mistrzu, ciężko im to szło. Odchodzili zaniepokojeni i niepewni.

Severus mógł oddychać spokojnie. Śmierciożercy nadal czasem się spotykali, ale były to głównie ‘ zabawy ‘ w dworze Malfoy’a. Starał się nie mieć tam przedłużonych nieobecności.

A teraz, Harry Potter, Chłopiec- Który- Przeżył, był tu w Hogwarcie, siedział nie dalej jak trzydzieści stóp od człowieka, który nienawidził go i miał u niego dług, którego nigdy całkowicie nie będzie w stanie spłacić.

I jeśli było coś, czego Snape nienawidził, to być u kogoś zadłużonym.

***

- Nasza nowa… znakomitość.

***

- Nie zasługiwałem na to, co on zrobił.

Snape siedział zobojętniały przy oknie, w gabinecie Dumbledora. Wyglądając na zewnątrz, usłyszał odgłosy towarzyszące robieniu herbaty i bez spoglądania za siebie, przyjął parujący kubek. Dzień był rześki i przejrzysty, Słońce dopiero zaczynało chować się za murami zamku, otulając wszystko ciepłym, pomarańczowym szalem. Chłodna, wrześniowa bryza, wlatując przez okno, bawiła się włosami i szatą Severusa.

- Nie zasługiwałeś, na co ? Na ocalenie życia, czy na obciążenie długiem ?

- Na obydwa. Nie wiem, nie dbam o to – Snape odstawił kubek i oparł się o parapet. – Kiedy mnie uratował, znienawidziłem go. Byłem dłużnikiem swojego największego wroga. A teraz, nie jestem już tego taki pewien. Możliwe, że ta nienawiść wzięła się z tego, że w głębi duszy pragnąłem śmierci – zamknął oczy, oddychając rześkim, jesiennym powietrzem. Przez te wszystkie miesiące, spędzone w Azkabanie, marzył o szybkiej śmierci od ugryzienia wilkołaka; nie o powolnym gniciu.

- Nie – stwierdził w końcu. Nie wydaje mi się. Nie tak, j… jak w Azkabanie – Severus przeklął w duchu samego siebie za to, że pozwala sobie na taką otwartość, za to, że nadal pragnie śmierci. Spojrzał na Dyrektora, ale ten zdawał się nic nie zauważyć.

- Pamiętam, kiedy dowiedziałem się o ich śmierci – dodał pośpiesznie. – Nie wiedziałem, co mam myśleć; szczerze. Z wyjątkiem jednego. Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, to ta, że James był martwy, a ja nie musiałem się przejmować długiem – wyjrzał na błonia. – Egoista do samego końca. Nie minęły dwa dni od jego śmierci, a ja się cieszę, że nie muszę już nienawidzić. Co to mówi o mnie ? – pytając retorycznie, gdzieś w głębi, pragnął pocieszenia albo rozgrzeszenia Dumbledora; rozgrzeszenia, którego nigdy nie chciał do siebie dopuścić . Ale nic z tego.

- Coś poszło nie tak, prawda ? – spokojnie zapytał Dumbledore, delektując się herbatą. – Nie zostałeś uwolniony od zobowiązania, nieprawdaż ?

- Nie – Snape potrząsnął głową z goryczą. – Jego śmierć nic nie zmieniła. Uratował mi skórę, a ja nie potrafiłem uratować jego. Niech to szlag, Albus, przecież mogłem pomagać w jego zabójstwie.

- Niemożliwe. Już tu byłeś, gdy Voldermort ich znalazł. Pracowałeś dla nas…

- Tam być nie mogłem, ale moje rzeczy tam zostały, Albusie ! Eliksiry, wykresy, informacje…Pomogłem Voldermortowi bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić ! Boże, czy nie rozumiesz ? Nie ważne, jak bardzo się będę starał, jak daleko uciekał, zawsze będę ich częścią – zacisnął pięści tak mocno, że obawiał się, że zaraz coś zdemoluje. – Pomogłem w zabójstwie człowieka, który ocalił mi życie.

Zapadła cisza; słychać było szelest drzew z Zakazanego Lasu. Dyrektor chrząknął i odważył się przemówić pierwszy: - I tu wkracza młody Potter, nieprawdaż ?

- Tak – syknął Snape. – Ten przeklęty chłopak – jego czarne oczy błysnęły złowrogo. – Zobowiązanie nie umarło wraz z Jamesem; tylko powiększyło się jeszcze dziesięciokrotnie. A teraz, ponieważ nie potrafiłem upilnować ojca, muszę ganiać za chłopakiem – wziął spory łyk ciepłej herbaty. – To jest gorsze do przełknięcia. Boże Wszechmogący, jak ja mu zazdrościłem. Miał wszystko, o czym mogłem tylko pomarzyć. A potem… potem ocalił mnie po tym wszystkim, co zrobiłem; po moich próbach obrzydzenia mu życia. Zawsze był tak cholernie szlachetny – warknął, obserwując błonia, pogrążające się w mroku.

Nagle wstał, prawie rozlewając to, co zostało po jego herbacie. – Dziękuję za poświęcony mi czas, Albusie – powiedział oschle, kierując się w stronę drzwi. – Jest późno. Z pewnością masz jeszcze inne rzeczy na głowie, niż jeden, kapryszący nauczyciel.

- Severus ? – Dyrektor wstał i ruchem różdżki ,odstawił krzesła na uprzednie miejsca. – Zawsze możesz do mnie wpaść.

- Dobrze.

- I Severus ?

- Tak ?

- Postaraj się tak nie przejmować wszystkim. Rzeczy, często potrafią się same ułożyć bez naszej pomocy.

- Dobrze – Snape się odwrócił i wyszedł bez pożegnania. Wracając do lochów, uśmiechnął się złośliwie. Rzeczy, często potrafią się same ułożyć bez naszej pomocy.

Nie wiesz wszystkiego, Albusie, pomyślał, gdy schodził do lochów. Nienawidzę tego chłopaka bardziej, niż możesz sobie wyobrazić, i to nie ma nic wspólnego z jego ojcem. Doszedł do tego wniosku po Uczcie Powitalnej, gdy był w swojej komnacie. Tamtej nocy, wszystko stało się jasne.

Nienawidzę cię, Harry Potterze, bo jesteś większy od ojca, bo jesteś wszystkim, czego w nim nienawidziłem i więcej. Nienawidzę cię, bo jesteś jedynym, który przeżył dotyk Voldermorta; pozostałeś bez uszczerbku na zdrowiu. Ja tego nie potrafiłem dokonać. Twoja blizna jest tylko blizną; bez ukrytej przeszłości i wspomnień, o których chciałbyś zapomnieć. Nienawidzę cię, bo jesteś Chłopcem – Który – Przeżył.

Jestem człowiekiem, który umarł.

KONIEC