To boli. To boli za każdym razem chociaż to nie jest ból fizyczny. Ten ból jest gorszy − kiedy tracimy kolejnego ucznia, boli mnie dusza. Boli uczucie ponownie poniesionej porażki. Oznacza to, że zawiodłem − nawet jeśli wszyscy mi powtarzają: to nie jest twoja wina. Nawet jeśli mówią: to wina jego czy jej samej... to wina ich rodziców. Dla mnie ich słowa są nieważne, bo to moi Ślizgoni przechodzą na ciemną stronę. To moi uczniowie zostają naznaczeni Mrocznym Znakiem. Ale najbardziej mnie boli, że właśnie ja ich naznaczam... I to zaskoczenie na ich twarzach, kiedy odkrywają w swoim wieloletnim, zaufanym Opiekunie Domu Śmierciożercę. W ich oczach − lojalnego. Nienawidzę tego. Nienawidzę patrzeć, jak popełniają nawiększy błąd swojego życia, a ja nie mogę nic zrobić. Nienawidzę tego.
Dziś znowu nadszedł dzień, w którym kogoś utracimy. Voldemort powiadomił mnie, że dziś zyska nowych wyznawców. Nowy "narybek", jak to określił. I dodał, że mogę być z nich dumny... Gdybym był wierzącym, zacząłbym się modlić. Boże, nie pozwól na to! Ale jestem ateistą. Dlatego pomstuję w duchu nad każdym z tych dzieci. Nie widzisz jaki błąd popełniasz? Uciekaj! Jeszcze możesz! Popełnij samobójstwo... zrób... cokolwiek − ale nie to! To jest koniec. Durniu, popatrz na mnie! Patrz, co ze mnie zostało, a przecież wierzyłem w to samo co ty! Tak, niektóre błędy mogą być śmiertelnie niebezpieczne, tak dla duszy jak i dla umysłu.
Już rano byłem zdenerwowany. Kto to tym razem będzie? Absolwent? Dziecko, które nadal chodzi do Hogwartu? Czasamu Voldemortowi udaje się rektrutować uczniów już pod sam koniec ich edukacji w szkole. Niejednokrotnie nawet wcześniej. Wtedy wiemy, że zwiedliśmy. Bezsprzecznie.
Cały dzień byłem nieswój. Nawet uczniowie to zauważyli. Longbottomowi oczywiście eksplodował następny kociołek − jak zawsze − ale odjąłem tylko 10 punktów. Czy on też kiedyś...? Mam nadzieję, że nie. Właściwie jest bardzo inteligentnym chłopcem, choć zbyt zamkniętym w sobie. Jestem jednak pewny, że kiedyś i on eksploduje. Wtedy, może wreszcie zrobi to, na co czekam od pięciu lat. Naprawdę mam taką nadzieję.
A teraz? Teraz nadszedł wieczór. Nie potrwa długo, a duchowy ból zostanie uzupełniony bólem fizycznym. Siedzimy z Albusem w jego salonie, pijąc czarną herbatę. Ja czekam i on czeka. Można powiedzieć, że czekamy w duecie. To nawet zabawne. Wędruję wzrokiem pomiędzy zegarem i swoim przedramieniem, tam i spowrotem, i czekam. Zabawne. Całkowicie. Albus tylko siedzi i mnie obserwuje. Uśmiecha się, ale ja wiem, że również jest zdenerwowany, jak wszyscy. Może Minerwa odrobinę mniej, bo który z jej Gryfonów miałby zmienić strony?! Ja jednak wiem, że nie powinna być tak pewna siebie. Nawet jej podopieczni przechodzili na drugą stronę, chociaż przyznaję, że w większości tymi, którzy to robią są Ślizgoni. Cholera, przecież to oczywiste. Ja też nim jestem. Raz Ślizgonem, zawsze Ślizgonem. Wiele rzeczy można zmienić, ale nie przeznaczenia. Chociaż...?
Przerażony, z brzękiem upuszczam filiżankę. Narastający ból z ramienia pełźnie żyłami i powoli ogarnia całe moje ciało. Nadszedł czas. Albus też się wzdrygnął na dźwięk tłuczonej porcelany. Tak jak ja, i on był zatopiony w myślach. Bez słowa obaj wstajemy. Krótko ściska moją dłoń, po czym opuszczam jego kwatery. Biegnę przez ciemny, pusty i spokojny zamek. Mijam jedynie Minerwę, która jest na nocnym patrolu. Dodaje mi odwagi skinieniem głowy, ale niewiele to pomaga. Opuszczam zamek spiesząc przez błonia aż do lasu, gdzie na jego skraju widzę ogromną sylwetkę Hagrida. Wreszcie aportuję się spośród drzew, spięty z oczekiwania i strachu o to kogo dziś w nocy stracimy. Zaczyna padać deszcz...
II. Zimno
Pojawiam się w ogromnej, zaciemnionej sali i jak się okazuje, jestem jednym z ostatnich, którzy przybyli. To niespotykane, ale Voldemort jest nadzwyczaj tolerancyjny, jeśli chodzi o moje czasowe ograniczenia oraz możliwości aportacyjne. Najwyraźniej jeszcze zależy mu na moich usługach.
Mroczne postaci, tak jak ja odziane w czarne peleryny z szerokimi kapturami, ukryte za budzącymi grozę maskami, w zasłaniających dłonie rękawiczkach stoją wyprostowane, tworząc ogromny krąg. Kiedy zajmuję w nim swoje miejsce przez myśl nieubłaganie przelatują mi słowa Krąg Przeklętych. Jako że jestem jednym z najbardziej zaufanych sług Voldemorta, zatrzymuję się całkiem niedaleko wielkiego tronu, który − na razie − jest pusty. Po chwili na sali robi się zimno i pojawia się sam Voldemort. Ależ on musi rozkoszować się tymi swoimi wejściami. Brakuje jedynie czarnego dymu. Zabawne. Niebezpiecznie zabawne.
− Moi przyjaciele... moi wierni podwładni... jak widzę, krąg się już zamknął. Wszyscy już są... co za radość. Tak... dziś dołączy do nas dwóch nowych członków.
Krąg otwiera się i dwie niewielkie postaci wchodzą na środek. Jeszcze są bez masek − maski założą dopiero wtedy gdy na ich przedramieniu pojawi się Mroczny Znak. Mają spuszczone głowy, tak że nie sposób ich rozpoznać. Obie postaci podchodzą do tronu, padają na kolana i całują skraj szaty Voldemorta. Następnie − nadal na kolanach − odsuwają się na swoje miejsca na środku. Voldemort obserwuje je roziskrzonym wzrokiem. Najwyraźniej coś dla niego znaczą. Obok mnie stoi Malfoy senior. Rozpoznaję go po misternie przyozdobionej szacie − takiej samej zresztą, jak moja. Hańba mi za to. Voldemort podarował je nam w podzięce za kolejną udaną misję. Jeszcze nie zażądał zwiększenia wysiłków, chociaż co się odwlecze to nie uciecze. Ale Lucjusz, mój stary dręczyciel − pardon, przyjaciel, cieszy się z przybycia nowych członków. Więcej władzy, bliżej zwycięstwa.
− Trucicielu!
Ogarnia mnie lęk − jak zawsze, kiedy Voldemort do mnie mówi. Jego głos jest jak ostrze − tak samo niebezpieczny. Wychodzę z kręgu i klękam przed nim.
− Jako że oni jeszcze niedawno byli uczniami Hogwartu, tobie przypadnie zaszczyt wypalenia im Znaku.
Pochylam głowę na znak posłuszeństwa. Jakżesz ja się nim brzydzę!
− Tak, mój Panie.
Wstaję i odwracam się. Oni też już są na nogach. Teraz obaj chłopcy stoją dokładnie przede mną. Jeden z najbliższych Śmierciożerców podaje mi kielich wypełniony gorącą, czerwoną cieczą − eliksirem, który tego kto go wypije wprawia w stan lekkiego odrętwienia. Człowiek czuje się zmęczony, słabiej reaguje na ból i − przede wszystkim − słabnie jego wola. Moje arcydzieło... które przynosi mi hańbę.
Przez chwilę trzymam kielich nad głową, a następnie podaję stojącym przede mną chłopcom. Mam maskę, ale pierwszy z nich patrzy mi prosto w oczy, biorąc z mych rąk naczynie i pije. Łagodna trwoga płynie poprzez moje żyły w momencie, kiedy go rozpoznaję. W zeszłym roku opuścił Hogwart... z najlepszymi wynikami. Ślizgon. Bardzo inteligentny Ślizgon. Cholera. A miałem nadzieję, że może mu się uda. Że będzie potrafił oprzeć się rodzicom i pójdzie swoją własną drogą. Że pokona w sobie ciemność. Przegrał.
Drugi chłopiec lekko drży. Boi się − czuję to. On również bierze kielich i pije. Zajmuje mi trochę czasu rozpoznanie go. Muszę się bardzo powstrzymywać, żeby nie roześmiać się cynicznie, albo przynajmniej nie parsknąć. Pozostaję jednak opanowany, bo zdaję sobie sprawę, że ta reakcja jest bezgranicznie głupia. Przede mną stoi następny dowód na to, że nie tylko moi podopieczni sympatyzują z Czarnym Panem. Są też "mroczni" Gryfoni.
Odczekuję kilka minut, zanim napój zacznie działać. Oczy chłopców robią się szkliste, a oni sami lekko się chwieją na nogach. Wreszcie odwracam się do Voldemorta, bo ten stan nie potrwa długo. Ten kiwa głową i przede mną pojawia się sztylet. Smukła klinga lśni w migoczącym świetle pochodni. Dotykam rękojeści i robię krok w tył. To co ma się teraz stać, musi stać się szybko. Tak szybko, by chłopcy zauważyli, że miało miejsce dopiero wtedy, kiedy będzie już po wszystkim.
Pierwszy z nich podchodzi do mnie z podwiniętym rękawem i kładzie swoją lewą rękę na mojej wyciągniętej dłoni. Łagodnie przesuwam tępym końcem ostrza po jego skórze i wyczuwam, że pod wpływem zimnego metalu podnoszą mu się włosy na ramieniu.
Wciągam powietrze... wzdycham bezgłośnie i na chwilę zamykam oczy. Jak ja tej sceny nienawidzę! Obracam sztylet i nacinam na jego przedramieniu znak w kształcie krzyża. Rana jest tak głęboka, że krew spływa na marmurową posadzkę. Szybko przyciskam do rany wnętrze swojej prawej dłoni i trzymam tak mocno, że mój własny Znak zaczyna boleśnie palić. Czuję falę energi przepływającą przeze mnie, która poprzez końce moich palców wnika w ciało stojącego przede mną Ślizgona. Kiedy wreszcie i on zaczyna odczuwać ból, okazuje to spontanicznym krzykiem. Ale wtedy jest już po wszystkim. Mroczny Znak jaśnieje na jego przedramieniu.
Cała procedura trwa tylko kilka sekund i w chwilę później obaj są naznaczeni. Sztylet znika, a ja zajmuję swoje miejsce w kręgu. Obaj chłopcy padają na kolana i znowu całują brzeg szaty Voldemorta. Jak dotąd całej ceremoni towarzyszyła cisza, przerwana jedynie dwoma zaskoczonymi okrzykami. Teraz słychać jakieś inne wrzaski na końcu sali. Nikt się nie odwraca... Wszyscy wiedzą, co zaraz nastąpi.
Voldemort patrzy na dwójkę nowych Śmierciożerców i gdyby potrafił się uśmiechnąć, teraz na pewno by to zrobił.
− Dwóch nowych członków... cieszy mnie to. Dowiedźcie mi waszej lojalności!
Krąg otwiera się i czterech Śmierciożerców wciąga na środek dwie mugolskie kobiety. Obie są jeszcze bardzo młode − niewiele starsze od tych chłopców i krzyczą, błagając o życie. Najwyraźniej, ktoś już się nimi wcześniej zabawił, bo ich ubrania są podarte i przesiąknięte krwią. We mnie wszystko zaczyna się burzyć. Gdybym tylko mógł coś zrobić! Gdybym... ale nie mogę. Jestem BEZSILNY.
− Zabić je.
Głos Voldemorta odbija się echem po ogromnej sali i obie Mugolki milkną. Ich twarze zastygają w przerażeniu. Śmiertelnym przerażeniu, gdyby być dosłownym. Mój Ślizgon podchodzi do nich i wyciąga różdżkę. Jest tak pewny siebie. Tak obojętny.
− Avada Kedavra!
Kiedy mordercze zaklęcie przecina powietrze, a zielone światło uderza w jedną z kobiet pozbawiając ją życia, ja widzę tylko tego chłopca. Widzę go takim, jakim był w pierwszym tygodniu szkoły. Widzę jak siedział na łóżku i płakał, bo tęsknił za rodzicami, a jacyś starsi Gryfoni mu dokuczali. Powiedział mi, że nie rozumie jak ktoś może być taki podły. Jeszcze pamiętam słowa pocieszenia, które wtedy do niego skierowałem. Cholera!
Voldemort się śmieje − to zimny dźwięk. Dźwięk, który mógłby wzbudzać strach. Dźwięk, który kiedyś wzbudzał strach i który nadal to robi.
− Bardzo dobrze. A teraz ty... zabij ją!
Były Gryfon staje na środku. Cały drży, kiedy wyciąga różdżkę, ale ja widzę tylko tego szczura Pettigrew. Czy on też wtedy drżał? Co by powiedziała teraz Minerwa? Dobrze, że sama nie musi tego oglądać.
− A... avada... ke... kedavra.
Nawet głos mu dygocze! Nie zdziwiłbym się, gdyby zamiast w tę kobietę zaklęcie trafiło w niego samego... ale zielone światło nie chybia celu.
− Bardzo dobrze. Dwóch nowych Śmierciożerców. Witajcie!
Zadowolony Gryfon opuszcza różdżkę i chowa ją do kieszeni. Były Ślizgon podchodzi do niego i zajmuje tam swoje miejsce. Też jest szczęśliwy.
Śmierciożercy, jeden po drugim, aportują się. Nauczony doświadczeniem, zwlekam chwilę. Voldemort ma dziwne pouczcie humoru − bawi go obserwowanie reakcji byłych uczniów Hogwartu, którym wyjawiona zostaje moja tożsamość. Spójrzcie, kto przez cały ten czas był moim szpiegiem w waszej szkole. Zawsze zdziwieni. Czasami ucieszeni. Zaskoczeni. Naturalnie, dziś jest tak samo.
− Trucicielu!
Wszyscy inni już się aportowali, nawet Malfoy. Zostaliśmy tylko we czwórkę: ja, ci nowi i sam Voldemort. Podchodzę do jego tronu i składam pokłon.
− Mój Panie?
Czarnoksiężnik przywołuje chłopców bliżej. Klękają przed nim.
− Spójrzcie, kto był mistrzem ceremonii.
Wpatrują się we mnie zaciekawieni. Pochylam głowę na znak posłuszeństwa, a kiedy ją podnoszę zdejmuję maskę. Były Gryfon wzdryga się lekko, a mój Ślizgon tylko się uśmiecha. Pozdrawia mnie skinieniem głowy.
− Profesorze.
Odpowiadam na okazany mi znak szacunku.
− Panie Whitney.
Tymczasem Gryfon przygląda mi się jakbym był jakimś szczególnie odpychającym gadem. I muszę przyznać, że ma chłopak trochę racji.
Voldemort ponownie odwraca się w moją stronę.
− Trucicielu, odejdź. Następnym razem dostaniesz całkiem nowe zadanie.
Znowu oddaję mu pokłon, zakładam maskę i aprortuję się. Kiedy pojawiam się w Zakazanym Lesie, jest już ciemno i nadal pada deszcz. Opieram się o pień jednego z ogromnych drzew i z cichym westchnieniem zdejmuję maskę. Odchylam głowę wpatrując się w niebo. Moje oczy szukają gwiazd, ale gałęzie zasłaniają je wszystkie. Nie widać ani jednej gwiazdy.
Krople deszczu uderzają delikatnie o moją pelerynę. Zdejmuję kaptur, pozwalając im obmyć swoją twarz. Woda spływa na moje szaty i po chwili jestem już cały przemoczony. Czuję się jakbym brał zimny prysznic. Nocne powietrze jest lodowate, ale oddycham głęboko. Dopiero kiedy czuję coś ciepłego na twarzy, uświadamiam sobie, że płaczę. Wiem, że powinienem złożyć raport Albusowi, ale nawet nie mam siły stać na nogach...
III. Światło
Zimno mi, kiedy otwieram oczy. Dookoła mnie panuje ciemność. Słyszę trzask łamanych gałęzi i czyjeś ciężkie kroki. Jeszcze trwa noc, więc zastanawiam się jak długo tu już leżę? Moje ubranie zdążyło całkiem przemoknąć i chyba już zmarzłem. Chcę wstać i iść do domu, ale jestem tak bardzo zmęczony...
Kiedy ponownie otwieram oczy, cały świat się dziwnie chwieje. Gdzie, na Merlina, jestem?! Nadal otacza mnie chłód, ale nie jest mi już zimno. Coś ciepłego mnie trzyma i niesie. Hagrid? Tak, prawdopodobnie znalazł mnie w lesie. Zawsze wychodzi na patrol, kiedy Voldemort mnie wzywa. Na wypadek gdybym wrócił w stanie nie pozwalającym mi dotrzeć do zamku. Nie zdarza się to często − bo zazwyczaj mi się udaje − ale jednak się zdarza. Ostatnio, niestey coraz częściej. Nawet nie wiem ile razy już uratował mi życie. Ile razy zamarzłbym w lesie, albo coś by mnie pożarło, gdyby mnie za każdym razem nie szukał aż do skutku. Dawno przestałem liczyć.
− Hagrid...? − jakiś znajomy głos.
Robi się jaśniej i cieplej...
− Dziękuję, Hagridzie. Połóż go na kanapie... Dziękuję.
Albus? Czuję jak Hagrid kładzie mnie delikatnie na sofie, a Albus narzuca na mnie koc.
− Na Merlina, co się stało? − Albus odsuwa mi włosy z twarzy. − Jest cały przemarznięty.
Nadal jestem zbyt zmęczony, by otworzyć oczy.
− Leżał pod drzewem, psorze. Był nieprzytomny, czy jak. I cały mokry.
Chwila ciszy. Potem znowu głos Albusa.
− Dziękuję. Bardzo ci dziękuję. Do zobaczenia rano, Hagridzie.
− Do zobaczenia rano, panie psorze.
Odgłos zamykanych drzwi, oddalajace się ciężkie kroki. I ciche szuranie pantofli dyrektora. I znowu cisza. Wreszcie siada obok mnie na kanapie.
− Ach, dziecko... co się stało?
Mruczę coś, niezdolny do wyraźnego mówienia. Spać... I niczego więcej... jedynie ponownie ogarniająca mnie ciemność.
Następnego dnia budzę się w łóżku Albusa. Jest ciepłe, wygodne i przede wszystkim suche. On sam leży na tej kanapie, na której ja wczoraj zasnąłem. Słońce świeci przez wysokie okno, robiąc jasne plany na drewnianej podłodze. Lubię ten pokój właśnie dlatego, że jest taki jasny. Może gdyby moje życie potoczyło się inaczej, sam miałbym taki pokój? Szybko odpędzam te myśli, bo jest jak jest. Nie ma powodu bawić się w "co by było gdyby". To tylko popycha w zwątpienie, a na to nie mogę sobie teraz pozwolić. Zamykam ponownie oczy i wtulam się głębiej w miękką poduszkę. Co by było gdyby...
− Dzień dobry. Dobrze się spało? − Albus stoi nade mną.
Ziewam, przeciągam się i siadam na łóżku.
− Dzień dobry. Dziękuję, tutaj nawet bardzo dobrze − podkreślam.
− W lesie musiało być trochę za zimno − Albus uśmiecha się lekko. − Załóż szaty, a ja zamówię śniadanie u skrzatów domowych.
Niedługo później siedzimy obaj przy stole. Moje standardowe śniadanie − czarna herbata z mlekiem, tak silna, że każdego degustatora odrzuciłoby z obrzydzeniem. Albus nakłada sobie bułeczki i robi kanapki.
− Hm... wyśmienite. Odrobina melona?
Zanim mam okazję zaprotestować, kładzie mi na talerzu kilka kawałków. Ależ on potrafi być podstępny!
− Dziecko... powiedz, co się wczoraj stało? − Albus poważnieje.
Odkładam nóż, którym zamierzałem pociąć owoce.
− James Whitney i Daniel Page − mówię z nadzieją, że mój głos jest bez wyrazu. − Znasz ich, w zeszłym roku skończyli Hogwart. Whitney pracuje w Ministerstwie, a Page u św. Munga.
− Page?! − Albus wygląda na zbitego z tropu. − Ten mały, który zawsze chciał grać w Quidditcha, a nigdy nie dostał się do drużyny?
− Zgadza się − potwierdzam skinieniem głowy. − Najczystszy Gryfon Minerwy. Whitney przynajmniej był typowym kandydatem... chociaż jego rodzice nie są Śmierciożercami. Ale akurat to jest też prawdą w przypadku Page'a. Withneya przyciągnęła żądza wiedzy. Zawsze jej pożądał.
Albus pochyla głowę.
− To mi przypomina innego wybitnego Ślizgona, który również zawsze musiał wszystko wiedzieć...
Wpatruję się w swój talerz, a mimo to nie potrafię się powstrzymać i do mojego głosu wkrada się odrobina wyrzutu.
− I który w końcu też wylądował na usługach Voldemorta... To chciałeś powiedzieć?
Albus potrząsa głową.
− Chciałem...
Wyciągam rękę.
− Nie trudź się, jak zawsze masz rację. Chciałem mieć wszystko i w końcu to dostałem − wzruszam ramionami. − Można mieć tylko nadzieję, że Whitney jest wystarczająco inteligentny by zrozumieć, jaki błąd popełnił. Chociaż zawsze miałem nadzieję, że wcześniej to zauważy − macham ręką zrezygnowany.
− Ten chłopak od początku mi ciebie przypominał... − Albus kręci głową − ale ty byłeś bardziej błyskotliwy. I trudniejszy...
− To miał być komplement? − pytam po chwili.
− Może. − Tylko się uśmiecha.
Próbuję zjeść kawałek melona, chociaż wcale nie czuję jego smaku. Jakby wszystko stało się nieważne po tym, kiedy zaczęliśmy mówić o Voldemorcie. I o tych, których straciliśmy.
Albus kontynuuje:
− Nie znałem Page'a tak dobrze, żeby móc powiedzieć coś bardziej konkretnego, ale przypuszczam, że jego do Voldemorta przyciągnęła władza. Od początku zastanawiałem się dlaczego on się dostał do Gryffindoru. Nadawałby się raczej do Hufflepuffu, bo na Ślizgona był zbyt wielkim tchórzem. No, tak...
Przełykam kawałek melona i pytam:
− Dlaczego to musi się tak kończyć? Dlaczego te dzieci muszą przechodzić na jego stronę? Gdzie leży przyczyna? Wiem, że wiele zależy od rodziców, bo nie jest łatwo oprzeć się ich ideałom, ale są przecież tacy uczniowie, którym to się udaje. Dlaczego za każdym razem tylko ci słabi i biedni lub ci najsilniejsi zmieniają strony? Najbardziej inteligentni i całkowici idioci.
Albus przygląda się przez chwilę swojej kanapce.
− Nie wiem, Severusie... − przenosi wzrok na mnie. − ale zawsze tak było. Nawet za twoich czasów. Słabi są przyciągani przez władzę, a inteligentnych kusi wiedza...
− Przykro jest patrzeć, jak odchodzą − zmęczony potrząsam głową. − Dlaczego nie można nic zrobić? Dlaczego? − Opieram łokcie na stole i kryję twarz w dłoniach. Albus wzdycha i odchyla się na krześle.
− Wiem, dziecko. Wiem. Wszyscy nad tym ubolewamy. Ale nie możemy zapomnieć również o tych, którym to się udaje. O każdym, który pozostał po naszej stronie. Czyż nie warto dla nich walczyć dalej?
Dopiero po chwili ciszy podnoszę głowę i oddycham głęboko. Obserwuję Albusa, który w zamyśleniu śledzi wzrokiem muchę, krążącą przy słoiku z dżemem. Mucha wreszcie decyduje się usiąć i oczywiście przykleja się do słodkiej mazi. Dyrektor bierze łyżkę i pomaga jej wydostać się z pułapki, a następnie puszcza wolno.
I właściwie ma rację. Wielu już straciliśmy, ale również wielu udało nam się uratować. Mimo to nic nie poradzę na to, że boli za każdym razem, kiedy te dzieci popełniają ów błąd − jeden błąd, którego nie można naprawić. Jeden nieodwołalny. I nawet jeśli kiedyś zrozumieją, co zrobiły, nie ma dla nich drogi powrotu. Nikt nie może wrócić. Oczywiście, można próbować, ale nie słyszałem o tym, by komuś to się udało. Ja sam jestem dopiero w fazie testowania tej ewentualności.
Tak, ilu już udało nam się uratować... a ilu jeszcze uratujemy? Jednak warto trudzić się również dla tych, którzy już widzą swój błąd. Mamy szansę dać im możliwość powrotu. Powrotu na stronę Światła. Dla tego warto. Będziemy próbować dalej − wszyscy, którzy walczymy przeciwko Voldemortowi. Przeciwko Ciemności.