Autor - S/Fayet − dafayet@hotmail.com
Tłumaczenie - Nicky Gabriel − ladygabriela@go2.pl
Tytuł oryginalny - "So viele Sterne"
Oryginał - www.fanfiction.net/s/987008/1/


Tak wiele gwiazd


Nade mną nieskończone niebo, pełne gwiazd.

Tyle gwiazd... tysiące... miliony... Pode mną zielona trawa, której świeży zapach otacza mnie ze wszystkich stron... Lekki wiatr głaszcze korony drzew niedalekiego lasu i marszczy taflę jeziora. Jest tak pięknie, że aż trudno uwierzyć, by to było prawdziwe. Ale to prawda.

Jest cicho, spokojnie... Żadnych rozwrzeszczanych uczniów, żadnych denerwujących kolegów. I przede wszystkim, żadnego Harryego Pottera, o którym nawet wspomnienie powoduje ból głowy. Ale dziś nie o nim chcę myśleć. Dziś chcę myśleć o tym, że jeszcze oddycham. Że jeszcze istnieję. Cóż za ironia losu... Gdyby za moich czasów w szkole miano typować, kto z nas powinien pierwszy umrzeć, ja byłbym jedynym kandydatem. Ale przeżyłem. Wygląda na to, że moim przekleństwem jest wszystko przeżywać.

Ogarnia mnie zmęczenie. Cóż za stracony dzień. Powinienem się wstydzić. Ale nie wstydzę się tego. Jest wiele rzeczy, jakich powinienem żałować. Czy to robię? Bardzo często. Ale chyba niedostatecznie często. Mam nadzieję, że wystarczy, iż w ogóle to robię.

Spokój jest darem od życia. Wiem, że to było złe. Oczywiście, że to co robiłem było złe. Cóż ja bym dał za możliwość, uniknięcia tego błędu! Ale nie mogę tego zrobić. Nikt nie może. Przeszłości nie można naprawić. Tam, gdzie padnie iskra, pozostaje wypalona dziura. Niektóre iskry zamieniają się w płomienie...

Jak szybko zapada zmrok. Niedawno niebo było ciemnoniebieskie, teraz jest już czarne... Ale uspokaja świadomość, że jutro znowu będzie błękitne. Chciałbym, by można to było powiedzieć, o wszystkim, co jest czarne.

I nareszcie, nad Zakazanym Lasem wschodzi księżyc. Pełnia. Przychodzi mi na myśl Remus Lupin. Ale tak samo szybko, jak ta myśl się pojawia, ponownie znika. Bez względu na to, co mnie łączy z pełnią, nie wszystkie wspomnienia dotyczące tej pory są złe. Ale ich przeważająca część...

Była pełnia, kiedy zostałem Śmierciożercą. Była pełnia, kiedy po raz pierwszy odebrałem życie człowiekowi. Była pełnia, kiedy zginęli Potterowie. I kiedy Voldemort powrócił. Była pełnia, kiedy po raz pierwszy się zakochałem i kiedy po raz ostatni próbowałem odebrać sobie życie. Podobno była pełnia nawet wtedy, gdy się urodziłem. Moja matka zawsze była sentymentalna... Byłoby interesującym wiedzieć, jaki będzie księżyc, kiedy Voldemort znowu upadnie. Dla odmiany mógłby to być nów.

Słyszę kroki, ale nie zadaję sobie nawet trudu by się odwrócić. I bez tego, wiem doskonale, kto nadchodzi.

Albus siada obok mnie na pelerynie, na której i ja siedzę. Pogodnie patrzy na księżyc. Subtelny spokój tego człowieka ogarnia i mnie. Jak nikt inny, Dumbledore potrafi przywracać spokój niespokojnym duszom. Jak nikt inny potrafi przyciągać do siebie ludzi. Nawet ze mną sobie poradził. A ja nigdy nie byłem łatwy.

Cisza nocy staje się coraz bardziej intensywna. Ten spokój... coś mnie w nim niepokoi. Cisza przez burzą? Mam nadzieję, że nie. Ale jednocześnie wiem, że tak jest. W naszych czasach spokój nigdy nie jest tylko spokojem. W naszych czasach, spokój przypomina o tym, że coś niedługo się skończy. Że coś mrocznego się zbliża, by pogrążyć nas w krzyku wojny. Już go mogę słyszeć. Dla mnie jest fizycznie wyczuwalny. Niczym Crucio pełźnie powoli żyłami i nie można go powstrzymać. Żadną siłą tego świata.

Moje pragnienie przerwania tej ciszy rośnie z chwili na chwilę. Zmienia się prawie w paniczną potrzebę. Dlatego, kiedy decyduję się przemówić, nawet mój głos budzi we mnie grozę. Jest zbyt głośny i zbyt ochrypły. Wypowiadam pierwszą myśl, jaka mi przychodzi do głowy − cytuję wiersz. Albus słucha mnie uważnie i patrzy ze smutkiem, kiedy kończę.

Nad nami gwiazdy. Tak wiele gwiazd.

"Under a wild and starry sky
Dig the grave and let me lie
Glad did I live and gladly die
And I laid me down with a will
This be the verse thou grave for me:
'Here he lies where he longed to be
Home is the sailor, home from the sea
And the hunter home from the Hill'"
( Stevenson, Requiem )