− Severus? − budzi mnie dobrze znany głos. − Severus!
Otwieram oczy, bo to przecież nie może być... a jednak! Przed moim biurkiem stoi Albus Dumbledore i wygląda na bardzo zmartwionego. Zaspany odgarniam włosy z twarzy. Spoglądam na blat stołu i... Jakby nie dość było tego, że zasnąłem na biurku, to jeszcze przede mną leży przewrócony kałamarz, z którego cały atrament wylał się na prace domowe, jakie do późna poprawiałem. Czerwone plamy widnieją na wszystkich pergaminach. Na Merlina, chciałbym teraz... To chyba jednak nie jest dobry pomysł... Atak wściekłości w obecności dyrektora? Nigdy. Nie, żeby mnie mógł za to zwolnić, ale...
− Severusie, kiedy ostatnio się tak naprawdę wyspałeś?
Potrząsam głową.
− Nie ważne.
Podchodzi do jednego z krzeseł i ustawia go tak, żeby mógł na nim usiąść. Wyciąga różdżkę i wypowiada zaklęcie. Rozlany atrament wraca do kałamarza, a pióra ustawiają się w pudełkach, które mi podaje.
− Dziękuję − mamroczę, chowając je do biurka, gdzie mam schowane tysiące innych piór. Mam ich wszystkie odmiany. Teraz jednak muszę się pozbyć Albusa. Nie mam nic przeciwko niemu, jednak chciałbym się przebrać w coś, co nie jest pogniecione i zalane atramentem. Poza tym mam ochotę teraz rzucić czymś w ścianę. Albo kimś.
Czy musiałem być tak głupi i nieuważny, by zasnąć na blacie stołu? Teraz na pewno Albus znowu spróbuje mnie nakłonić do wizyty w szpitalu. Ale po co? Poppy i tak nic nie może dla mnie zrobić. Bezsenność połączona z załamaniami. Nic nowego. Nawet ktoś taki jak ja − wyćwiczony w minimalnej ilości snu, czasami gdzieś zasypia. Przynajmniej nie zasnąłem na lekcji. Tego by mi do końca moich dni nie zapomniano. Drżę na samą myśl o tym.
− Zimno? − Albus chyba czyta mi w myślach.
Potrząsam głową. Na szczęście dyrektor po chwili wychodzi.
− Przyjdź do mnie po śniadaniu. Nie możesz przecież codziennie zasypiać przy biurku − rzuca na odchodnym.
Codziennie? Co to ma znaczyć? No, dobrze, w zeszłym tygodniu cztery razy, ale codziennie? Wzdycham, przytakując i zamykam za nim drzwi na klucz. Przeciągam się, bo bolą mnie wszystkie kości. Aż tak wygodny mój stół znowu nie jest. Już wolałbym spać na podłodze. Poza tym strasznie boli mnie głowa. Kiedy chcę przejść do sypialni by przebrać się w czarną szatę, przypadkiem spoglądam na lustro. Kiedy ostatnio tam patrzyłem? Minęło już trochę czasu od tego wydarzenia. Może powinienem..?
Zdecydowanym krokiem zbliżam się do lustra. I co widzę? Siebie. Nie wyglądam przyjaźnie.
Pamiętam, że za moich czasów, dziewczyny na lekcjach często przeglądały się w lusterkach. Jeszcze teraz często rekwiruję te przedmioty jakimś Puchonkom czy innym uczennicom. Kto w ogóle uważa to za przyjemność − przeglądanie się w lustrze? Ja na pewno nie. Ale dziś zrobię wyjątek. Chcę wiedzieć jak wyglądam. A nie wyglądam dobrze, jak widać. Świetnie. Naprawdę cudownie! Bez wierzchniej szaty okazuje się jak bardzo szczupły jestem. Można powiedzieć, że nawet chudy. Albus ciągle się o mnie martwi, mówiąc, że za mało jem. Bzdury. To u nas rodzinne − mój ojciec też tak wyglądał.
Ojciec...
Teraz już wściekły, odpędzam te myśli i ponownie spoglądam w lustro. Naprawdę wyglądam marnie. Wąskie, czarne cienie pod oczami i blada skóra, jak zawsze bez blasku, prawie biała jak kreda. Czarne oczy... Patrzę na siebie pustymi oczami. Czarne włosy, tłuste i przylizane. Gwałtownie odgarniam je z twarzy. Nie chcę na to patrzeć. Kilka kroków do tyłu, jedno zaklęcie i lustro rozpada się na tysiące kawałków. Niektóre z nich trafiają mnie w twarz. Podnoszę dłoń do oczu, ale okazuje się, że to tylko pogarsza sprawę. Nagle upadam na podłogę całkiem bez sił i opieram się o ścianę. Jestem tak bardzo zmęczony. Poza tym teraz na dodatek jestem umazany od krwi. Świetnie! W takim stanie przecież nie mogę iść na lekcję. Muszę się uspokoić, zebrać siły i wypić jakiś uzdrawiający eliksir. "Ale najpierw muszę wstać", rozkazuję sobie. Nie słucham jednak tego rozkazu. Nadal opieram się o ścianę i pozwalam dłoniom opaść na kolana. Przede mną leży jeden z kawałków lustra. Podnoszę go i ranię się nim w dłonie. Spoglądam na swoje odbicie. Na wargach wyczuwam smak krwi. Mam ją wszędzie, na oczach, policzkach i ustach. Wyglądam nawet interesująco. Biel, czerń i czerwień. Odłamany kawałek lustra wyślizguje mi się z ręki. Powoli spadają na niego krople krwi. I bardzo powoli go pokrywają. Ciągle bardziej. I bardziej. W pewnym momencie nic już nie będzie się w nim odbijało. I już nie będę musiał na siebie patrzeć...