Minęła następna noc. Jedna z tych niekończących się nocy, w czasie których człowiek myśli, że trwają tysiące lat. W czasie tych nocy, szuka się na niebie jakichkolwiek gwiazd. Może dziś jakieś były, ale ja ich nie widziałem. Niczego nie widziałem. Może to nawet lepiej? Jak zwykle udało mi się dostać do swojej komnaty, ale już w chwilę później straciłem kontrolę. Zwykłe załamanie − nic nowego dla mnie. Kiedy przyszedłem do siebie, jeszcze przez chwilę leżałem na podłodze, z zamkniętymi oczami, próbując zignorować ból, który ogarnął większość mego ciała, szczególnie kark i plecy. Z trudnością mogłem przełykać. Kiedy uświadomiłem sobie, że go nie przemogę, postanowiłem przynajmniej dostać się do łóżka. Z zaciśniętymi zębami i po wielu próbach udało mi się wreszcie do niego trafić. Krwawą plamą na podłodze zajmę się jutro. Tu i tak prawie nikt nie zagląda. Poza tym każdy najpierw pomyśli, że to jakiś eliksir się wylał.
Tak, jestem dobrym kłamcą. Jakżeby inaczej, kiedy przez pół życia niczego innego nie robiłem. Przecież nie wystarczyło, by kłamstwo było wiarygodne. Kłamstwo musiało być perfekcyjne. Wszystko inne mogło oznaczać moją śmierć. A ja przysięgłem sobie, w czasie jednej z takich nocy jak ta − co nie ma żadnego znaczenia, bo wszystkie moje noce są podobne − że jeśli mam umrzeć, to tylko ze swojej ręki. Dlatego też z tego, a nie innego powodu noszę ze sobą flakonik wypełniony czarną słodyczą, wynaleziony przeze mnie specjalnie na tę okazję. Mówią, że potrzeba matką wynalazku.
I kiedy tak leżałem już w swoim łóżku i uświadomiłem sobie, że na pewno nie zasnę, moje sparaliżowane bólem myśli zaczęły ponownie zwyciężać nad niemocą. Najpierw powoli, później już bez trudu mogłem się skoncentrować. Moje myśli krążyły wokół jednej prostej rzeczy, a właściwie wokół jednego zdania, które padło dzisiejszego popołudnia w sali jadalnej. Usłyszałem je, wypowiedziane przez dwie uczennice − mimo że był tam szum, a one siedziały daleko. Oczywiście były to uczennice z Gryffindoru − nikomu innemu nie przyszłoby coś takiego do głowy.
"...a o czym ty śnisz?.."
Nie słyszałem ani tego, o czym mówiły wcześniej, ani odpowiedzi na to pytanie. Usłyszałem tylko ten kawałek zdania. I właśnie on całkowicie zbił mnie z tropu. Nienawidzę za to siebie i swojej niestabilnej psychiki, ale tej ciemnej nocy naprawdę zacząłem się zastanawiać, o czym ja właściwie śnię? Albo raczej śniłem...
Kiedy byłem młody, moje sny były piękne. Jednak wraz z mijającymi latami stawały się coraz mroczniejsze. Punkt kulminacyjny osiągnęły gdy ON się w nich zaczął pojawiać. Wtedy już nie mogły stać się czarniejsze. A gdy stałem się jednym z jego najbliższych popleczników, absolutna ciemność była wszystkim czego naprawdę pragnąłem.
A dziś? Moje ofiary znajdują mnie wszędzie i żadnej nocy nie pozwalają mi spokojnie zasnąć, nawet na godzinę.
Ale czy ja mam jakieś prawdziwe marzenie? A powinienem jakieś mieć? Zacząłem przeszukiwać swój umysł i odkryłem gdzieś − w tej opanowanej przez ból świadomości − że jest jeszcze jedna rzecz, której pragnę. Chciałbym, żeby to wszystko nareszcie się skończyło. Bym już nie musiał każdej nocy do niego iść; bym nie czuł bólu dookoła jego znaku na mym przedramieniu, kiedy mnie woła; bym nie musiał więcej wracać stamtąd do domu bardziej martwy niż żywy.
Ale jak niby miałbym to osiągnąć? Samobójstwo? Nie, ten sen może się spełnić tylko wtedy kiedy nadal będę robił to co robię. Aż wreszcie komuś uda się go powstrzymać. Tego właśnie życzyłem sobie dzisiejszej ciemnej i bolesnej nocy, i nadal tego chcę. I mam nadzieję, że kiedyś to się skończy. Że kiedyś jeden z nas umrze. Chcę tylko, by to się skończyło. Naprawdę tego chcę.