Autor - S/Fayet − dafayet@hotmail.com
Tłumaczenie - Nicky Gabriel − ladygabriela@go2.pl
Tytuł oryginalny - "Colorblind"
Oryginał - www.fanfiction.net/s/957199/1/


Ani śladu koloru


To już trzy dni...

Trzy dni oczekiwania.

Tak, trzy dni mogą być bardzo długie. Szczególnie, kiedy liczy się każdą godzinę. Jedną po drugiej. I gdy towarzyszą im takie komentarze jak: "Nigdy nie wyplenię tego zielska!" z ust prawdopodobnie jedynego człowieka, który cię naprawdę rozumie i któremu myślisz, że możesz zaufać.

Tak, trzy dni mogą być bardzo długie. Szczególnie, kiedy każdego dnia nadzieja powoli słabnie. Za to strach przybiera na sile.

Kiedy już jesteś pewien, że to się stanie tego wieczoru, czekasz na nadejście ciemności... i tak bardzo chcesz, by to już się stało... Cokolwiek!

Ale wieczór przemija i nic się nie dzieje.

Tak mijają trzy dni i trzy noce.

I choć teraz wolałbym, żeby te trzy dni trwały wiecznie, to takiego szczęścia nie mieliśmy. On też nie.

Nadchodzi czwarta noc. Śpię... a raczej próbuję zasnąć. Leżę w łóżku, patrząc w sufit i bawiąc się zasłonami. Jeszcze próbuję samego siebie przekonać, że wszystko się dobrze skończy.

Że wszystko się dobrze skończy...

Że są rzeczy, które nie istnieją na Ziemi... Że są rzeczy, które nie istnieją w rzeczywistości. Trzeba w nie po prostu wierzyć.

Zasypiam, ale mój sen zostaje przerwany przez jednego ze skrzatów domowych.

− Profesorze! Profesorze, proszę! Zgredek musi z profesorem mówić! − skrzeczący głos budzi mnie zaskakująco delikatnie.

Zmęczony otwieram oczy i patrzę na niego. Jego wielkie oczy są zaczerwienione, a w ręku trzyma ogromną chusteczkę.

− Zgredku? Co się stało?

Skrzat potrząsa głową.

− Profesor Lupin powinien iść do dyrektora. Ważne! Bardzo ważne! Szybko! − jego głos zaczyna drżeć.

Parę minut później biegnę już razem ze Zgredkiem poprzez pogrążoną we śnie szkołę. Na piżamę narzucam tylko szatę, podnosząc ją gdy biegnę po schodach. Przez myśl przelatują mi zdarzenia poprzednich trzech dni. Trzech długich dni...

Od trzech dni Severus jest chory. Ciężka gorączka, bóle głowy. Nie może prowadzić lekcji. Uczniowie są wniebowzięci. My nie. Bo to nie grypa jest powodem jego nieobecności na lekcjach. Prawda o jego nieobecności jest trochę inna.

Severus zaginął. Nocą poszedł do Voldemorta i już nie wrócił. Przez trzy dni. I trzy noce. Tak długo nie było też Dumbledore'a. Szukał go. Poruszył niebo i ziemię. Bez powodzenia. I teraz...

Kiedy staję przed biurem dyrektora, nikogo jeszcze nie ma. Przybywam pierwszy. Wypowiadam hasło: "Czekolada kokosowa" i wchodzę do środka. Szybko wbiegam po schodach do jego biura. Siedzi przy biurku. Milczy.

− Albus?

Porusza się tak, jakbym go zbudził ze snu. Spogląda na mnie.

− Remus?

Jest zdziwiony i niesamowicie zmęczony. Smutny. Widzę w jego twarzy, że przed chwilą płakał.

− Albusie... Zgredek mnie obudził. Co się stało? Czy oni go...?

Nie muszę kończyć tego pytania, bo dyrektor pochmurnieje i bierze głęboki oddech.

"Nie!", krzyczę do siebie. Nie chcę znać prawdy! Nie chcę!

Albo...

Tak... Muszę to wiedzieć!

On kiwa głową.

− Tak, Remusie. Znaleźli go.

Przynajmniej już nie męczy mnie ta niepewność. Ale czemu to właśnie taka musi być prawda?

− Jak?... − Ostrożnie siadam na jednym z krzeseł, kładąc jedną dłoń na stole, a drugą podtrzymuję szatę.

Jego oczy wypełniają się łzami, ale nie płacze.

− W lesie. Uciekł. Ktoś musiał go zdradzić. Nie wiem kto.

Z przerażeniem stwierdzam, że może to i lepiej, że nie wie. W jego oczach widzę, że zabiłby go bez wahania. Albus Dumbledore − ten, który uratował tyle istnień, którego życiowym powołaniem jest ratowanie istnień... w tym momencie jest gotowy jedno przerwać. I po raz pierwszy rozumiem dlaczego Voldemort się go boi.

To jedna z rzeczy, których wolałbym się nigdy nie dowiedzieć.

− Lucjusz Malfoy nie żyje. Wygląda na to, że Severus go zabił. Nic więcej nie wiadomo... ale znaleziono ich obok siebie. Tak jak jeszcze paru innych śmierciożerców, którzy pracowali w ministerstwie. Draco zostanie zabrany przez matkę dziś rano.

Kiwam powoli głową. A więc Severus się zemścił... Dawno temu powiedział mi, że kiedyś zabije Malfoy'a − w akcie zemsty za wszystkie ofiary, nad którymi on nigdy nie miał litości. Może teraz mu się to udało.

− Ministerstwo właśnie przysłało mi sowę. Powinienem... muszę go zidentyfikować.

Już nie może dłużej nad sobą panować. Ściskam jego drżącą dłoń.

− Zginął dla dobrej sprawy.

Ale on potrząsa głową.

− Nie wiem...

Wygląda na strasznie wyczerpanego.

− Ależ tak. Dla naszej sprawy. A my teraz musimy nadal żyć. Inaczej to co zrobił, zrobiłby na próżno.

Zgadza się, skinieniem głowy.

− Idź spać Remusie... − wzdycha. − Jutro musimy powiedzieć uczniom.

Tak.

− Jesteś pewny? Ja...

Przerywa mi.

− Tak. Idź. Dziękuję.

Wstaję, żegnając go skinieniem głowy i jak w transie schodzę schodami w dół.

"Nie żyje... Nie żyje... Nie żyje..." Ciągle powtarzam te słowa. Chcę płakać, krzyczeć, zlinczować tego kto to zrobił! A mogę tylko powtarzać: "Nie żyje..."

Gdy wchodzę do swojej komnaty, widzę leżącego na dywanie Łapę, który od razu zamienia się w człowieka. Zatrzymuję się przed nim.

− Lunatyk, czemu jeszcze tu jesteś? Przecież niedługo pełnia... − zaczyna, ale przerywa, widząc moje łzy. − Co... co się stało?

Potrząsam tylko głową, bo nie potrafię mówić.

− Nie... Tylko mi nie mów, że...

Ale wie, że tak.

− On nie żyje, Syriuszu − mówię. − Severus nie żyje. Zdradzono go.

Patrzy na mnie przez chwilę trochę sceptycznie. Wreszcie siada na kanapie.

− Jednak zielsko dało się wyplenić...

W tym momencie nie wytrzymuję. Zielsko?! Severus zginął dla naszej sprawy! Dla nas! Również dla Syriusza! A on?!

− Wynoś się! − wskazuję na drzwi.

− Lunatyk... ja...

− Wynoś się!

Syriusz wstaje.

− Ale...

− Zrobił to dla nas. Severus zabił Malfoy'a. Malfoy'a i innych wysokich rangą śmierciożerców. Może teraz będziemy mogli pokonać Voldemorta. A ty mówisz o zielsku?! Wynoś się.

Cofa się lekko, podnosząc ręce.

− Remusie... wiesz przecież...

− WYNOŚ SIĘ!

~

Rano oczywiście spóźniam się na śniadanie. Szybko zbiegam do Wielkiej Sali, gdzie wszyscy uczniowie już się zebrali. Nie wiem, gdzie jest w tym momencie Syriusz, ale wszystko mi jedno.

To prawda, że jest moim najlepszym przyjacielem.

Tak.

Mimo to nie wiem, czy potrafię mu wybaczyć.

W Wielkiej Sali jak zwykle gwarno od rozmów. Kiedy wchodzę, Albusa jeszcze nie ma. Zatrzymuję się, spoglądając na stół nauczycielski. Wszyscy nauczyciele są ubrani na czarno. Dobrze, że ja też wybrałem dziś czarną szatę. Niektórzy uczniowie patrzą na mnie z zastanowieniem gdy przechodzę przez salę.

Kiedy wchodzi dyrektor robi się cicho. On też jest w czerni − od nakrycia głowy, do butów. Ani śladu koloru.

Zza okien, poruszając zasłonami, nadchodzi przyjemny, ciepły powiew... który przypomina mi Severusa. Obok mnie, Minerva wyciąga chusteczkę i wyciera nos. Z trudnością przełykam. Tymczasem Albus dochodzi do stołu i zatrzymuje się przy swoim miejscu, ale nie spoczywa na krześle. W ciszy zaczyna swoją przemowę.

− Kochami uczniowie i uczennice! Na pewno zauważyliście, że dzisiejszy poranek różni się od innych. To dlatego, że jedno krzesło przy naszym stole nadal jest puste...

Wszystkie spojrzenia wędrują w tę stronę stołu, po której zazwyczaj siedział Severus.

− ...i chciałbym móc powiedzieć, że to tylko stan przejściowy. Niestety nie mogę. Profesor Snape nie jest chory na grypę, tak jak powiedziano wam przed paroma dniami. Profesor Snape był jednym z najważniejszych wojowników przeciwko Voldemortowi.

Cała sala wstrzymuje oddech. Pozwalam sobie przez chwilę obserwować uczniów. Emocją dominującą przy stole Ślizgonów jest przerażenie, a przy stole Gryfonów − zaskoczenie. Pomijając Harry'ego, Rona i Hermionę, którzy już wcześniej zostali poinformowani.

− ...Przed paroma dniami udał się on na ważną misję i już nie wrócił. I wiemy na pewno, że już nigdy nie wróci...

Przy stole Slytherinu słychać pojedyncze wykrzyki. Niektórzy pierwszoklasiści, którzy bardzo się do niego przywiązali, zaczynają płakać. Zauważam, że nawet Draco z trudem nad sobą panuje.

Ślizgoni... co teraz z wami będzie? Severus był najlepszym opiekunem, jakiego ten dom kiedykolwiek miał. To dlatego, że nigdy nie rezygnował z żadnego ze swoich uczniów. Nie poddawał się nawet wtedy, kiedy wszyscy inni już się poddali.

− ...sądzę, że nigdy go nie zapomnimy. Wiem, że wielu z was uważało go za poplecznika Voldemorta, a nie za jego przeciwnika. Było dużo łatwiej patrzeć na profesora Snape'a jak na uosobienie zła, zamiast zastanawiać się dlaczego pozwala on się oglądać właśnie od tej strony.

Tymi słowy kończy swoją mowę i spoczywa na krześle. Na sali panuje cisza przerywana tylko urywanymi szlochami młodszych dzieci przy stole Slytherinu, ale zauważam, że i niektórym starszym uczniom lśnią w oczach łzy.

Hermiona opiera się o Harry'ego, jedną ręką obejmując Rona. Neville ciągle patrzy w stół.

Ciszę przerywa brzęk. Minerva schyla się szybko i pozostaje pod stołem odrobinę dłużej, niż trzeba. Kiedy się podnosi w dłoni trzyma spinkę, która wypadła jej z włosów. Tylko bardzo wnikliwy obserwator zauważa jej łzy.

~

To jest bardzo chaotyczny dzień. Odwołane są wszystkie zajęcia, bo ani uczniowie ani nauczyciele nie mogą się skoncentrować. Draco zostaje zabrany przez matkę. Biedny chłopak. Albus na cały dzień znika w swoim biurze − ma przecież tyle do zrobienia. Pogrzeb... wybór nowego opiekuna domu, nowego nauczyciela eliksirów... zatroszczenie się o komnaty Severusa... posegregowanie jego rzeczy, książek, listów, ubrań... Ale nie można przecież od niego wymagać by to robił sam! Wiem, że się wini za jego śmierć. Wiem to, mimo że on sam się nigdy do tego nawet przed samym sobą nie przyzna. Ale Albus nie jest winny. Severus przecież wiedział, co może się stać i mimo to poszedł. Może tego chciał? Może to rodzaj... rodzaj samobójstwa? Już sam nie wiem.

− Lunatyk...

Syriusz podchodzi bliżej i opiera się o murek wieży. Nie patrzę na niego. Zamiast tego spoglądam na włości Hogwartu, które wydają się tak spokojne w lekkim półmroku wieczoru. Severus lubił tu przychodzić. Jeszcze przed czterema dniami tu stał...

Jak długo jeszcze będę tak myślał? Jak długo jeszcze my będziemy tak myśleli?

− Lunatyku... wybacz mi. To było niesprawiedliwe i głupie z mojej strony. Miałeś rację. Byłem niesprawiedliwy dla niego. Ale czasami nienawiść potrafi być tak wielka...

Czuję, że na mnie patrzy, ale nadal milczę.

− Wiesz, co? Trochę nad tym myślałem.

Już słyszę głos Severusa: "Świetnie, Black. Ty potrafisz myśleć! To coś nowego."

Nie myśl o tym! Nie myśl tak!

− Wiesz... gdybyśmy nie widzieli kolorów, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nawet bylibyśmy przyjaciółmi. Gdyby wszystko było szare... to skończyłoby się... lepiej. Bez nienawiści. Nie widziałbym czerwono−złoto, czy zielono−srebrno, ale widziałbym szaro−szaro. Wtedy nie widziałbym czarno−biało... tylko szaro−szaro. Tylko szarość...

Spoglądam na niego. W zamyśleniu przechyla się przez barierkę, patrząc w dół, ponad lasem... coraz dalej. Aż na horyzont. A może jeszcze dalej.

− Lunatyku... Raj to świat gdzie nikt nie widzi kolorów. Na pewno.

Nikt nie widzi kolorów? Świat, gdzie nie ma kolorów... Raj...

Odwracam się, podnosząc głowę i patrząc na niebo usiane gwiazdami. Syriusz ma rację. Jeśli nie ma kolorów, wszyscy są tacy sami. Wtedy sądzi się ludzi nie po tym jak wyglądają i jaki strój noszą, ale po tym kim naprawdę są. Może Severus już trafił do takiego świata?

− Wierzysz w to? − mój głos jest tak cichy, że nie jestem pewny czy Syriusz mnie usłyszał.

Ale usłyszał.

− Tak, Lunatyku. Chciałbym, żebyśmy wszyscy byli ślepi na kolory. Wszyscy.