- Nie zawiodłaś mnie - powiedział cicho i ironiczny uśmiech wykrzywił mu usta - Tak, jak oczekiwałem, przybyłaś na ratunek przyjacielowi. Godna pochwały postawa ! - zaśmiał się okrutnie - Pozwoliłem sobie zaaranżować to spotkanie - ciągnął dalej - gdyż już od dawna zamierzałem złożyć ci osobiście pewną propozycję. Domyślasz się chyba, co mam na myśli ? - spytał cicho.
Oczy Vegi przybrały barwę stali. Szarpnęła się i wyrwała płaszcz z uchwytu Voldemorta.
- Chcesz, żebym została Śmierciożercą ! - warknęła - Tak, twoje sługusy już mi to proponowały. Pamiętasz, co im odpowiedziałam ?
Teraz zapłonęły oczy Czarnego Lorda.
- O, tak ... Ale okazuję wspaniałomyślność i ponawiam propozycję.
- Nigdy nie będę ci służyć ! - krzyknęła Vega - Choćbyś miał mnie zabić !
- O, powoli ... - zaśmiał się Voldemort - Na to zawsze przyjdzie pora, a żal byłoby zmarnować taki talent jak twój. Tak, obserwuję cię od pewnego czasu - ciągnął, widząc zdumienie w oczach Vegi - nieprzeciętne zdolności, inteligencja i charakter. To zadatki na naprawdę dobrą czarodziejkę. Robią z ciebie Aurora, ale twoje miejsce jest w moich szeregach. Przyłącz się do Śmierciożerców, a zyskasz potęgę, o jakiej ci się nie śniło !
Vega zaśmiała się szyderczo.
- Zachowaj te bajki dla głupców, którzy ci służą - wycedziła - Mnie nimi nie kupisz. Nigdy nie przejdę na Czarną Stronę - warknęła, cofając się pod ścianę.
- Nigdy to bardzo długo - powiedział w zamyśleniu Voldemort - Nie należy składać tak długoterminowych obietnic. Jestem pewien, że prędzej czy później cię przekonam ...
Nagle z piwnicy doleciał zwierzęcy skowyt, krzyk, chwila ciszy i na schodach rozbrzmiały kroki. Vega z przerażeniem wpatrywała się w drzwi. Wiedziała, co za chwilę zobaczy. Zamaskowany człowiek wszedł do pokoju, ciągnąc za sobą na powrozach ciało wielkiego wilka. Rzucił go u stóp Voldemorta, spojrzał na stojącą pod ścianą dziewczynę i na chwilę zesztywniał. Opanował się jednak szybko i zajął miejsce w półkolu, wciąż otaczającym Sigismunda Lupina. Tymczasem Voldemort uśmiechał się okrutnie.
- A oto twój przyjaciel Remus - powiedział jadowicie, trącając wilka nogą.
Zwierz zaskamlał. Vega rozluźniła zaciśnięte pięści.
- Żyje, jeszcze nie wszystko stracone - pomyślała.
Voldemort, jakby czytając w jej myślach, zaśmiał się zimno.
- Oczywiście że żyje, martwy nie byłby mi do niczego potrzebny.
Vegę znów ogarnęła wściekłość, była gotowa rzucić się na Lorda z gołymi rękami.
- Czego chcesz ? ! - wrzasnęła.
- Przyłącz się do mnie, a ocalisz mu życie - powiedział zimno - jemu i jego ojcu.
Vega spojrzała na niego rozszerzonymi oczami.
- Nie możesz... - głos z trudem wydobywał jej się z gardła - nie zmusisz mnie...
Voldemort obserwował ją z okrutną ciekawością, czerwone oczy płonęły. Nagle uśmiechnął się demonicznie.
- Oczywiście, że nie - powiedział i, skierowawszy różdżkę na Sigismunda Lupina, krzyknął: "Avada Kedavra !".
Bezwładne ciało osunęło się na podłogę. Vega stłumiła jęk. Czerwone oczy Czarnego Czarodzieja znów zawisły na jej twarzy.
- Oczywiście, nie łudziłem się, w taki sposób zmuszę cię do współpracy - powiedział wolno Voldemort - Są lepsze sposoby, sprawdzone. Ściągnąłem cię tutaj, by rzucić na ciebie Imperius. Proste i skuteczne. A to tutaj - machnął niedbale ręką - to taka mała rozrywka dla moich Śmierciożerców.
Vega patrzyła, jak Voldemort podnosi różdżkę i nie mogła się ruszyć.
- To koniec, rzuci na mnie czar i będę wykonywała wszystkie jego rozkazy - myślała gorączkowo - jest zbyt potężny, bym mogła zrzucić jego zaklęcie. Jeśli rozkaże mi zabić Dumbledora...
Znów ogarnęła ją bezsilna wściekłość. Tymczasem Czarny Lord skierował różdżkę w kierunku dziewczyny, ale nagle, jakby sobie o czymś przypominając, odwrócił się do Śmierciożerców i rzucił do tego, który przywlókł wilkołaka.
- Skończ z nim !
Śmierciożerca drgnął, jakby oblany lodowatym strumieniem wody. Wolno, z wyraźnym wahaniem poniósł różdżkę i skierował ją w stronę Remusa Lupina.
- Na co czekasz ?! - w oczach Voldemorta migotały niebezpieczne błyski - Kazałem ci go zabić ! - lodowaty głos ciął jak bicz.
Śmierciożerca zadrżał i mocniej ścisnął różdżkę. W pełnej napięcia ciszy słychać było tylko jego ciężki, nierówny oddech.
- Avada ... ! - krzyknął nagle desperacko, lecz dalsze słowa uwięzły mu w gardle.
Na dźwięk tego głosu Vega drgnęła i wbiła w czarodzieja płonące spojrzenie. Ten wzrost, ta postawa - to musiał być on!
- Snape, ty draniu !!!! - wrzasnęła i, ogarnięta niepohamowaną wściekłością, rzuciła się na Śmierciożercę, zwalając go na podłogę i zaciskając mu ręce na gardle. - Zdrajco!!! - wyła - Wiedziałam, że przeszedłeś na jego stronę ! Zabiję cię !!!
Nagle jej oszalałe spojrzenie padło na leżąca na podłodze różdżkę. Chwyciła ją i skierowała na osłupiałego Voldemorta. W tej samej chwili jeden ze Śmierciożerców wrzasnął: "Avada Kedavra !". Błysnęła zielona błyskawica. Krzyknął ktoś jeszcze, Vega poczuła, że jakaś potężna siła rzuciła ją na ścianę. Tracąc przytomność usłyszała jeszcze tupot nóg i okrzyk :"Aurorzy !", po czym osunęła się w nicość.***

Vega obudziła się zlana zimnym potem i rozejrzała nieprzytomnie dokoła. Wicher ucichł, przez okno zaglądał wąski sierp księżyca. Przysypane śniegiem pola ciągnęły się aż po horyzont, gładkie niczym spokojne, srebrzyste jezioro.
Vega zapaliła świecę. Z podróżnego kufra wyjęła małe pudełko, dotknęła zamka różdżką i wyszeptała zaklęcie. Wieczko podniosło się z cichym zgrzytem. W środku leżała czarna płytka wielkości tabliczki czekolady. Jej połyskliwą powierzchnię przecinała plątanina delikatnych, migoczących linii o różnych barwach i intensywności. Czarodziejka położyła płytkę na stole i z uwagą zaczęła studiować kolorową gmatwaninę.
Ją także zaniepokoiła wiadomość, że Magnus Devilson pojawi się w Hogwarcie.


(10 stycznia 1996)
Snape był wściekły. Miotał się po klasie z miną gotowego do ataku hippogryfa i gdyby jego czarne oczy miały bazyliszkową moc zabijania, połowa uczniów już dawno leżałaby martwa na kamiennej podłodze pracowni Eliksirów.
Zdenerwowany Neville przez pomyłkę wlał do kociołka wywar z cykuty zamiast soku z wilczych jagód. Gęsta ciecz zawrzała i znad bulgoczącej powierzchni z sykiem uniosła się żółta stróżka gryzącego dymu. Snape dopadł stołu Nevilla z demonicznym błyskiem w oczach, zwymyślał chłopaka od nierozgarniętych imbecylów i wyrzucił go z klasy wraz z kociołkiem i jego wciąż dymiącą zawartością. Incydent ten kosztował Gryfindor aż 20 punktów.
Oberwało się nawet Slytherinom. Pansy Parkinson, która za namową Malfoya usiłowała sprowokować Hermionę, robiąc za jej plecami błazeńskie miny i wygłaszając uszczypliwe komentarze, zamarła nagle z rozdziawioną buzią i rosnącym przerażeniem na pyzatej twarzy, kiedy Snape bezszelestnie pojawił się koło jej ławki i lodowatym głosem oświadczył, że JEGO lekcje nie są porą na demonstrowanie wątpliwych talentów aktorskich. I, ku ogólnemu zdumieniu, zabrał Slytherinom 5 punktów.
Harry zaszył się w najdalszym kącie pracowni, usiłując jak najmniej rzucać się w oczy. Czuł, że dzisiaj niewiele potrzeba, aby Snape wyładował na nim swą wściekłość. Całą uwagę skupił więc na przygotowywaniu mikstury, nie chcąc dawać znienawidzonemu nauczycielowi żadnego powodu do zaczepki.
Do końca lekcji zostało 10 minut. Eliksir Harreygo wyglądał idealnie, ciemnozielony, o konsystencji roztopionej czekolady. Nawet Hermiona patrzyła na dzieło kolegi z zazdrosnym podziwem. W jej kociołku wciąż pływały maleńkie, czarne grudki.
Snape po kolei podchodził do stolików, złośliwie komentując "osiągnięcia" uczniów. Tylko przy ławce Malfoya powstrzymał się od uwag, jednak patrzył na jego miksturę z tak nieprzyjemnym grymasem, że lizusowaty uśmiech momentalnie wyparował z bladej twarzy Draco.
Harry patrzył, jak Snape nieubłaganie zbliża się do ich stanowiska i czuł się coraz bardziej nieswojo. Mistrz Eliksirów jadowicie wyraził zdumienie, w jaki sposób Parvati dotarła aż do piątej klasy, nie potrafiąc odczytać na menzurce objętości płynu, po czym zwrócił zimne spojrzenie na zesztywniałego Harryego. W czarnych oczach zapłonęły mordercze błyski, na wąskie usta wypełzł nie wróżący nic dobrego uśmieszek.
- Potter ... - wycedził Snape, świdrując chłopaka wzrokiem - Zobaczmy, jak poradził sobie nasz bohater.
Wolno obszedł stół i zajrzał do kociołka Harryego. Wściekłość na jego twarzy jeszcze się pogłębiła. Wpatrywał się w miksturę, jakby w desperackim poszukiwaniu najmniejszego niedociągnięcia chciał ją rozczepić na pojedyncze atomy. Harry z Ronem wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Wreszcie Snape podniósł wzrok znad kociołka, wykrzywiony w grymasie bezsilnej furii. Odwrócił się bez słowa i już zamierzał odejść do ostatniego stolika, gdy nagle przyszła mu do głowy diabelska myśl. Zawrócił szybko, uśmiechając się szyderczo.
- Granger ! - warknął przez zaciśnięte zęby, nie patrząc na Hermionę, lecz na Harryego - Ile razy jeszcze będę musiał powtarzać, żebyś nie pomagała Potterowi w przyrządzaniu eliksirów ?
Hermiona osłupiała.
- Ale ... ja ... - zaczęła.
- Żadnych wymówek ! - wrzasnął Snape - 20 punktów od Gryfndoru ! I jeśli to się jeszcze raz powtórzy, możesz się zacząć pakować.
- Ale... ale... - powtarzała mechanicznie Hermiona, nie wierząc w to, co słyszy.
Harry poczuł, że ogrania go fala niepohamowanej wściekłości.
- Nie ma pan prawa ! - krzyknął, zanim zdążył zdać sobie sprawę, co robi - Ona wcale mi nie pomagała ! Zarobiłem ten eliksir sam ! A pan nie może się z tym pogodzić !
Oczy Snape'a ciskały błyskawice, uśmiechał się jednak jadowicie, zadowolony, że Harry daje mu w końcu pretekst.
- Potter - wycedził lodowato - Twoje zachowanie jest karygodne. Nie po raz pierwszy zresztą. Sława przewróciła ci w głowie. Ale ja nie będę tego tolerował. 50 punktów ! - syknął - I zaraz poinformuję o wszystkim Dyrektora. W końcu się doigrasz.
Teraz to Harry trząsł się z wściekłości. Nie dbając już o nic, otwierał właśnie usta, aby nawymyślać Snape'owi jak jeszcze nigdy w życiu, kiedy zadźwięczał dzwonek. Przypatrujący się scenie uczniowie poruszyli się niespokojnie. Harry otrzeźwiał i zmilczał. Snape jeszcze raz spojrzał na niego z nienawiścią, odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł z sali.

. . .

Profesor Grubbly-Plank położyła na biurku opasły tom "Bestiarium" i obrzuciła klasę surowym spojrzeniem.
- Na dzisiejszej lekcji opowiem wam o stworzeniach - zaczęła piskliwym głosem - których niezwykłe magiczne właściwości stawiają je w rzędzie najpotężniejszych i najbardziej cenionych istot na naszej planecie.
Harry, tak jak i większość uczniów, nastawił uszu. Zajęcia z profesor Grubbly-Plank były zawsze niezmiernie ciekawie i Harry przyznawał w duchu, mimo głębokiego poczucia winy, że woli je dużo bardziej niż lekcje praktyczne, prowadzone przez Hagrida. Ten ostatni od dwóch miesięcy usiłował wyhodować z nimi gargulce, lecz mimo, że dokładali wszelkich starań, aby zapewnić jajkom optymalne warunki inkubacji (w pocie czoła wznosili przez tydzień prawdziwą, kamienną grotę), skalne odłamki nadal nie dawały znaku życia. Ron zaczął już nawet podejrzewać, że Devilson zakpił sobie z Hagrida, wciskając mu zwykłe kamienie zamiast gargulczych jajek.
Teraz jednak Strażnik Kluczy znów wyjechał ze swą tajemniczą misją i pałeczkę przejęła sędziwa Grubbly-Plank. Poprawiła okulary na nosie i kontynuowała wykład.
- Każde ze stworzeń, o których mowa, związane jest z jednym z żywiołów.
Machnęła różdżką i na czarnej tablicy pojawiły się cztery kolorowe symbole.
- Ogień to feniks - ciągnęła czarownica. Na tablicy, obok znaku ognia, zmaterializowała się figurka z rozpostartymi skrzydłami - Powietrze to smok, z ziemią związany jest behemot, zaś z wodą hydra.
Hermiona pilnie zapisywała słowa nauczycielki w grubym zeszycie. Ron uśmiechnął się złośliwie na widok cienkiej kijanki, która miała oznaczać hydrę.
- Najbardziej znanym i najliczniejszym gatunkiem jest oczywiście smok - kontynuowała Grubbly-Plank - Wykazuje doskonałą zdolność adaptacyjną do najbardziej ekstremalnych warunków klimatycznych i spotkać go można praktycznie na wszystkich szerokościach geograficznych, od gorących, tropikalnych dżungli po skute lodem obszary Arktyki.
Skierowała różdżkę w kierunku wielkiego globusa i na wszystkich kontynentach zapłonęły małe, czerwone punkciki.
- To smocze siedliska - wyjaśniła czarownica - Na lęgowiska wybierają zazwyczaj miejsca, z których mają widok na całą okolicę: górskie szczyty, samotne skały a w przypadku gatunków leśnych, wierzchołki najwyższych drzew. Młode wykluwają się wyposażone w szpony i ostre ząbki i nawet one mogą już być niebezpieczne.
Harry i Ron wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wciąż pamiętali, ile problemów przysporzył im Norbert, smoczek wyhodowany niegdyś przez Hagrida. Profesor Grubbly-Plank upiła łyk wody z małego pucharu.
- Smok jest niezwykle odporny na magię - ciągnęła - I niełatwo go pokonać przy pomocy czarów. Z drugiej strony smocza krew i żółć są składnikami wielu potężnych eliksirów, zaś skóra uważana jest powszechnie za najlepszy materiał do wyrobu ubrań ochronnych, takich jak rękawice czy buty. Nic więc dziwnego - na twarzy czarownicy pojawił się wyraz obrzydzenia - że kłusownictwo stało się prawdziwą plagą. Wiele gatunków zniknęło na zawsze z powierzchni ziemi - westchnęła z prawdziwym smutkiem.
Parvati i Lavender wpatrywały się w czarownicę jak urzeczone. Godzinami mogłyby słuchać jej opowieści o magicznych istotach, zamiast siedzieć na nudnych (ich zdaniem) zajęciach z transfiguracji.
Profesor Grubbly-Plank otworzyła "Bestiarium" i pokazała klasie ilustrację, przedstawiającą dziwnego, kudłatego stwora. Bestia stała na tylnych łapach, przednimi, wyposażonymi w trzy długie, mocne i ostre pazury, groźnie wymachując w powietrzu, z wyraźnym zamiarem rozszarpania na strzępy wszystkiego, co tylko dostanie się w jej zasięg. Łeb miała wielki, oczka małe i dzikie, zaś z paszczy wystawał gęsty rząd długich i ostrych jak szpilki zębów.
- To behemot - oświadczyła czarownica, dotykając różdżką obrazka.
Stwór zaryczał niesamowitym głosem, od którego szyby w oknach zadrżały a uczniów przeszły ciarki. Nauczycielka szybko zamknęła książkę.
- Behemoty to niezwykłe stworzenia - powiedziała z przekonaniem - I bardzo niebezpieczne. Według opinii znawców, nie ma groźniejszych istot. Jednym uderzeniem łapy mogą powalić słonia. Ich ryk burzy najgrubsze mury. Są też całkowicie odporne na magię, zaklęcia odbijają się od nich, nie czyniąc im żadnej szkody. I nie ma znaczenia siła ani moc czaru. Behemota nie zabije nawet Avada Kedavra.
Przez klasę przetoczyły się zdumione szepty. Profesor Grubbly-Plank uśmiechnęła się nieznacznie, zadowolona z efektu swych słów.
- Do dziś nie wiadomo, co daje behemotom tak fantastyczną odporność - kontynuowała. Uczniowie momentalnie zamilkli - Wielu sądziło, że tajemnica tkwi w grubej skórze tych stworzeń. Dziś wiemy, że to nieprawda, jednak mit ten pokutował w świadomości czarodziejów przez pokolenia i przyczynił się do niemal całkowitego wytępienia behemotów. Nic dziwnego - uśmiechnęła się ponuro - któż nie chciałby znaleźć obrony przed Zaklęciem Zabijającym...
Harry odniósł nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy spojrzeli na niego. Udając, że nic nie zauważył, z nagłym zainteresowaniem zaczął oglądać rysunki na tablicy. Profesor Grubbly-Plank poprawiła okulary.
- Jak więc mówiłam, behemoty prawie zupełnie wyginęły. O ironio, kłusownicy stosowali zwykłe, mugolskie sposoby polowania. Okrutne i nieludzkie ... - pokiwała głową z ciężkim westchnieniem - Dziś istnieje tylko jedna kolonia tych stworzeń, licząca kilkanaście dorosłych osobników oraz trzy młode. Znajduje się ona tutaj - wskazała różdżką na globus - w Tybecie.
Na mapie zapłonęła pojedyncza żółta kropka.
- Behemoty lubią wielkie przestrzenie - powiedziała czarownica - Pustynne bądź skaliste. I niezbyt gorące, dlatego niegdyś mieszkały albo na dalekiej północy, albo na wysokich, górskich płaskowyżach. Zimno im nie przeszkadza. Mają bardzo grube, gęste futro, u młodych ciemno-brązowe, z wiekiem jaśniejące. Dorosły behemot, jak ten na ilustracji, jest srebro-siwy i w postawie wyprostowanej osiąga trzy metry wysokości.
Parvati podniosła rękę.
- Tak, panno Patil ? - spytała Grubbly-Plank.
- Pani profesor ... - zaczęła niepewnie Parvati - Czy z behemotem można by się ... hmm ... zaprzyjaźnić?
Stara czarownica spojrzała na nią z sympatią.
- Cóż, moja droga - uśmiechnęła się - Prawdę mówiąc, nie są to najlepsi kandydaci na domowe pieszczochy. Behemoty nie lubią obcych i bardzo trudno je oswoić. Są zbyt dzikie i niezależne. Czasem, gdy nabiorą do kogoś zaufania, mogą zaakceptować jego obecność na swoim terytorium, ale nigdy nie będą mu posłuszne. Lecz kiedy wpadają w złość - zawiesiła na chwilę głos - zupełnie tracą nad sobą panowanie. A wtedy nic i nikt nie jest w stanie ich powstrzymać.
Parvati wyglądała na szczerze zmartwioną. Szepnęła coś na ucho Lavender, pokiwały głowami. Profesor Grubbly-Plank znowu sięgnęła po "Bestiarium" i pokazała kolejny obrazek.
- A oto zwierzę żywiołu wody - oświadczyła, podnosząc książkę do góry - Hydra.
Z ilustracji łypał na klasę wielki jaszczur o trzech głowach, osadzonych na trzech smukłych, długich szyjach. Stał na czterech krótkich łapach i wściekle wywijał grubym ogonem. Pokryty był drobną, zielonkawą łuską, na brzuchu przechodzącą w błękitno-szare płytki.
- Najgroźniejszą bronią hydry są jej kły - powiedziała Grubbly-Plank, ostrożnie trącając zwierza końcem różdżki.
Trzy paszcze rozwarły się w bezgłośnym ryku, odsłaniając równy rząd małych, ostrych ząbków.
- Hydry są bardzo jadowite - ciągnęła czarownica poważnym tonem - Nawet jedno ugryzienie to pewna śmierć. Ich jad działa błyskawicznie i nie ma przeciw niemu antidotum. Jednak mimo to wielu czarodziejów wciąż poluje na hydry. Czy ktoś wie, dlaczego ? - spojrzała pytająco na klasę.
Ręka Hermiony błyskawicznie wystrzeliła w górę. Grubbly-Plank skinęła zachęcająco.
- Jad hydry, użyty w odpowiedniej ilości i przyrządzony w określony sposób, jest najważniejszym składnikiem eliksiru Vivimortis - wyrecytowała bez zająknienia Hermiona.
Czarownica pokiwała głową.
- Dokładnie. Przez dziwne zrządzenie losu, jedna z najgroźniejszych trucizn może być zarazem najsilniejszym antidotum. Powikłane są ścieżki natury ... - westchnęła filozoficznie.
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Profesor Grubbly-Plank z trzaskiem zamknęła "Bestiarium".
- Na następnej lekcji porozmawiamy o feniksach, polecam więc państwa uwadze rozdział siódmy podręcznika - powiedziała na pożegnanie.

Następna strona > >