Voldemort wpatrywał się w czarny medalion z wyrazem kompletnego oszołomienia. Czerwone oczy wędrowały od metalowego pająka do pełnej triumfu twarzy Snape'a i z powrotem. Wolno wyciągnął rękę i sięgnął po łańcuszek. Obrócił medalion w dłoni, jak gdyby szukając na nim jakichś szczególnych znaków.
- To Aranus - powiedział wreszcie i spojrzał przenikliwie na Severusa - Skąd go masz ?
Czarne oczy Snape'a błysnęły z nieukrywaną dumą.
- Odziedziczyłem go po matce, która z kolei dostała go od swego ojca, na rok przed jego śmiercią - w panującej ciszy jego spokojny głos brzmiał niemal uroczyście - To znak mego rodu. I znak mego dziada, Grindelwalda.
Malfoy ze świstem wciągnął powietrze i spojrzał na Snape'a, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Małe oczka Glizdogona omal nie wyskoczyły z orbit. Utkwione w medalionie, wyrażały ni to przerażenie, ni to zabobonny szacunek. Voldemort zaczął przechadzać się wolno w poprzek sali, rzucając Snape'owi zamyślone, oceniające spojrzenia.
- Aranus... znak Grindelwalda - mówił cicho, jakby tylko do siebie - Nie sądziłem, że go jeszcze kiedyś zobaczę. Mówiono, że został zniszczony... widać komuś zależało, abyśmy w to wierzyli. A tymczasem Aranus przetrwał w rękach spadkobierców Grindelwalda - czerwone oczy błyskawicznie spoczęły na Snapie - w rękach jego wnuka. Więc to dlatego ? - ni to zapytał, ni stwierdził - Więc dlatego chciałeś zabić Dumbledora?
Snape uśmiechnął się ponuro i skinął głową.
- Tak - powiedział syczącym głosem - Marzyłem o zemście od dnia, w którym matka opowiedziała mi historię chwały i upadku swego wielkiego ojca. Upadku, do którego doprowadził nie kto inny, jak Albus Dumbledore. - czarne oczy zakipiały nienawiścią - Jestem spadkobiercą Grindelwalda i mam przed sobą jeden cel: zniszczyć tego, który ośmielił się stanąć na jego drodze.
Voldemort zatrzymał się gwałtownie i wpił w Snape'a przenikliwe spojrzenie. W czerwonych oczach czaiło się coś przerażającego.
- Więc dlaczego - zapytał przenikliwym szeptem - Dumbledore wciąż żyje ? Dlaczego przez tyle lat nie zrobiłeś użytku ze swej trucizny, choć w Hogwarcie miałeś po temu nie jedną okazję.
Tym razem to na twarzy Snape'a odmalowało się zdumienie.
- Panie, przecież wyjaśniłem, że nim eliksir był gotowy ... - zawahał się - półtora miesiąca wcześniej, w Halloween...
- Rozumiem, że masz ma myśli noc mego upadku - przerwał mu ostro Voldemort. W jego głosie dźwięczało zimne szyderstwo. - Mogłem się tego domyślić. Spadkobierca Grindelwalda ! - splunął z pogardą - Jak śmiesz używać jego znaku ?! Byłeś odważny, póki Lord Voldemort był najpotężniejszym czarodziejem świata i mogłeś ukryć się za jego plecami. Ale Lord zniknął, więc wnuk Grindelwalda zapomniał o swej zemście. Teraz kosztowałaby go zbyt wiele.
Na bladej twarzy Snape'a wykwitły rumieńce, wąskie wargi wykrzywiły się w okropnym grymasie, obnażając zaciśnięte zęby. Czarne oczy płonęły wściekłością.
- Najwyraźniej nie wspomniałem - wycedził głosem drżącym ze złości i oburzenia - o pewnym składniku eliksiru Morsanguis, bez którego jest on zupełnie bezwartościowy. O składniku, który zostaje dodany do wywaru ostatniej nocy przed jego ukończeniem. Chodzi o trzy krople krwi najpotężniejszego z wrogów czarodzieja, którego zamierza się zabić.- Zawiesił głos i spojrzał na swego mistrza - A któż był potężniejszy, niż Lord Voldemort ... - zakończył z ponurym, pełnym ironii uśmiechem.
Czarny Lord wyglądał na zaskoczonego.
- Chcesz powiedzieć, że do zabicia Dumbledora potrzebowałeś mojej krwi ? - zapytał z niedowierzaniem.
Snape skinął krótko głową. Voldemort patrzył na niego z zadumą.
- Tak więc po tym wypadku z Potterem nie miałeś najważniejszego składnika trucizny ... - powiedział wolno.
Snape milczał w postawie głęboko urażonej godności. Voldemort uśmiechnął się nieznacznie.
- Przyznaję, źle cię oceniłem, Severusie - powiedział - Wybacz.
Czerwone oczy błysnęły dziwnie. Snape, choć wciąż wzburzony, wyglądał na nieco zaskoczonego. Voldemort nigdy nikogo o nic nie prosił, a już na pewno nie o wybaczenie. Tymczasem Czarny Lord w zamyśleniu patrzył przed siebie.
- W czasach mojej młodości Grindelwald był najpotężniejszym Czarnym Czarodziejem, jaki chodził po ziemi - powiedział - Jego sława dotarła do najdalszego zakątka świata. Ludzie drżeli na sam dźwięk jego imienia ... tak jak dziś drżą na dźwięk mojego - uśmiechnął się okrutnie - Niestety, Grindelwald popełnił niewybaczalny błąd - zwiesił na chwilę głos i spojrzał na Snape'a - Nie docenił Dumbledora. I przegrał.
Usta Severusa wykrzywił ponury grymas.
- Tak - rzekł złowieszczo - I dlatego Albus Dumbledore zginie !
Zapadła pełna napięcia cisza. Voldemort przyglądał się Snapowi z uwagą.
- To znaczy ... - zaczął wolno.
Severus błyskawicznie zrozumiał myśl Czarnego Lorda.
- Jeszcze dziś zacznę przygotowania - oświadczył z mocą - Morsanguis będzie gotowa dokładnie za 438 dni.
Na bladą twarz Voldemorta wypełzł demoniczny, pełen triumfu uśmiech. W czerwonych oczach zamigotały błyski złośliwiej satysfakcji.
- To będzie niemiłe zaskoczenie dla starego Albusa - zaśmiał się szyderczo - Cios zadany ręką człowieka, któremu ufa. Ale zawsze wiedziałem - rzekł z pogardą - że zgubi go wiara w ludzi. A kiedy on umrze ...
Przez uchylone okno wpadł do wnętrza podmuch letniego wiatru. Płomienie świec zatańczyły, ich chwiejny odblask zamigotał w oczach Czarnego Lorda.
- Nikt już nie stanie ci na drodze, Mistrzu - wyszeptał z niemal nabożna czcią skulony koło kolumny Pettrigrew.
Voldemort rzucił mu szybkie spojrzenie i nieoczekiwanie spochmurniał.
- Nie, Glizdogonie - rzekł poważnie, zmarszczywszy brwi - Jest jeszcze ktoś, równie potężny jak Albus Dumbledore. I znacznie bardziej niebezpieczny. Jeśli nie stanie po mojej stronie, będzie niezwykle groźnym przeciwnikiem.
Snape i Malfoy wymienili zaskoczone spojrzenia. Jednak to Pettrigrew zadał pytanie, które cisnęło im się na usta.
- Kto to jest, panie ? - spytał z nieskrywaną ciekawością - Kto, prócz ciebie, może równać się z Dumbledorem ?
Voldemort w zamyśleniu wpatrywał się w płomień świecy.
- Jeszcze jeden spadkobierca Salazara Slytherina - powiedział wreszcie.
Zapadła głucha cisza. Nikt się nie odzywał. Zagadkowe słowa Czarnego Lorda wisiały w powietrzu jaki wielki znak zapytania.
Nagle skrzypnęły żelazne drzwi komnaty. W panującej ciszy zabrzmiało to jak wystrzał. Glizdogon podskoczył przerażony, Snape sięgnął odruchowo po różdżkę. W progu stanęła wysoka postać w długim płaszczu z kapturem, naciągniętym głęboko na twarz.
Voldemort najwyraźniej spodziewał się gościa.
- A więc jesteś ... - powiedział z satysfakcją, uśmiechając się tajemniczo - Oczekiwałem cię.
Zakapturzona postać skłoniła głowę w lekkim ukłonie. Tymczasem Lord zwrócił się do Sanpe'a.
- Liczę na ciebie, Severusie - powiedział wymownie - I czekam na raporty z Hogwartu. Chcę wiedzieć o każdym kroku Dumbledore'a ... i Pottera - czerwone oczy zalśniły złowrogo.
- Nie zawiodę cię, Panie, możesz być pewien. - odparł Snape.
Voldemort rzucił mu ostatnie spojrzenie i skinął na zamaskowanego przybysza. Mijając Snape'a tajemnicza postać zwróciła ku niemu głowę i spod kaptura błysnęły oczy pełne bezdennej nienawiści.

. . .

Severus Aportował się na skraju Hogsmead, wyciągnął miotłę z krzaków i poleciał w kierunku Hogwartu. Potężne blanki zamku majaczyły w oddali, odcinając się ostro na tle usianego gwiazdami nieba. Budowlę spowijał mrok, lecz w jednym oknie, na szczycie najwyższej wieży, płonęło wątłe światełko. Najwyraźniej dyrektor Hogwartu wciąż czuwał.
Snape leciał bezszelestnie pośród letniej nocy, w głowie kłębiły mu się niespokojne myśli. Rozpoczął bardzo ryzykowną grę i choć na razie wszystko ułożyło się tak, jak to sobie zaplanował, wiedział, że niebezpieczeństwo będzie teraz czyhać na każdym kroku. Dręczyły go też dwa pytania, na które niestety nie znał odpowiedzi, choć czuł, że mogą mieć one dla niego ogromne znaczenie. Kim jest nieznany spadkobierca Slytherina ? Nawet Malfoy nic o nim nie wiedział. A ów tajemniczy, zakapturzony człowiek ? Snape wzdrygnął się na wspomnienie lodowatego spojrzenia przybysza.
- Czyżbym go znał ... ? - myślał.
Pogrążony w rozmyślaniach ani się obejrzał, jak dotarł do zamku. Ostro skręcił miotłą, zanurkował i przez otwarte okno wleciał do swojego gabinetu. Zeskoczył na ziemię i machnął różdżką. Stojąca na stole świeca wystrzeliła płomieniem i ciepłe, żółte światło rozjaśniło mroki ponurej komnaty Mistrza Eliksirów. Severus odwrócił się w kierunku kominka i drgnął zaskoczony. W jego ulubionym, głębokim fotelu siedział Albus Dumbledore. Na jego zmęczonej twarzy malował się wyraz wyraźnej ulgi.
- Nareszcie jesteś, Severusie - powiedział, wstając - Już zaczynałem się bać, że stało się najgorsze ... Na szczęście wróciłeś. A to znaczy ... - zacisnął dłoń na oparciu fotela - Udało się ? Uwierzył ci ?
Snape skinął z ponurym uśmiechem.
- Tak - przytaknął - Sam byłem zaskoczony, że tak gładko mi poszło. Oczywiście powiedziałem mu, że mam szpiegować dla pana.
Dumbledore pokiwał głową.
- Czyli wszystko zgodnie z planem - powiedział - Ale teraz wyznam ci, że byłem prawie pewien, że uda ci się przekonać Voldemorta o swojej lojalności.
Spojrzał na Snape'a sponad szkieł okularów. Przez jedną krótką chwilę Severus miał wrażenie, że w błękitnych oczach starego czarodzieja błysnęła ironia. Dumbledore westchnął i ponownie usiadł w fotelu.
- Domyślam się, że będziesz regularnie informował Voldemorta o moich poczynaniach - bardziej stwierdził niż zapytał.
Snape przytaknął. Zapadła cisza. Dyrektor w zamyśleniu wpatrywał się w drgający płomień świecy. Severus podniósł rękę do ukrytego pod szatą medalionu i zacisnął dłoń na metalowym pająku. Spojrzał ponuro na Dumbledora, zawahał się.
- Powinien pan o czymś usłyszeć - powiedział wreszcie.
Dumbledore oderwał wzrok od płomienia i popatrzył na Severusa pytająco.
- Dowiedziałem się dziś ciekawej rzeczy - zaczął Snape, chodząc powoli po komnacie - Czy wiedział pan, dyrektorze, że prócz Voldemorta żyje jeszcze jeden potomek Salazara Slytherina ?
Dumbledore wyglądał na zaskoczonego. Wstał gwałtownie z fotela.
- Jeszcze jeden ? - spytał z niedowierzaniem - Kto ... ?
- To niestety pozostaje zagadką - powiedział Snape z westchnieniem - Ale jedno jest pewne: kimkolwiek jest, nie stanął jeszcze po stronie Czarnego Lorda.
Teraz dla odmiany Dumbledore zaczął spacerować nerwowo po gabinecie, szarpiąc swą długą brodę.
- Przestudiowałem kiedyś dokładnie genealogię tego rodu - mówił z pośpiechem - i byłem pewien, że linia Slytherina kończy się na Tomie Marvolo Riddle. Ale jeśli On twierdzi, że jest jeszcze ktoś.... Kto jak kto, ale Voldemort wie o tym wszystko - w zamyśleniu potarł czoło - Musiałem coś pominąć ... jakąś boczną linię. A jeśli ... - zatrzymał się gwałtownie i Snape przysiągłby, że czarodziej zbladł.
Przez chwilę Dumbledore stał bez słowa, pogrążony w myślach. Wreszcie odwrócił się do Mistrza Eliksirów.
- Severusie, to była niezwykle cenna informacja - powiedział poważnie - I musimy zrobić co w naszej mocy, aby dowiedzieć się, kogo Voldemort miał na myśli. To BARDZO WAŻNE - dodał z naciskiem.


(1 września 1995)

Ekspres Hogwarcki wtoczył się ociężale na stację końcową. Harry wraz Ronem i Hermioną przeciskał się do wyjścia w tłumie uczniów, którzy najwyraźniej wszyscy zdecydowali się opuścić pociąg dokładnie w tym samym momencie. Odetchnął z ulgą, gdy w końcu dotarł do drzwi wagonu i wciągnął w płuca chłodne, jesienne powietrze. Ledwo jednak postawił stopę na krawędzi peronu, jakaś wielka ręka chwyciła go za ramię i z wielką siłą okręciła nim w miejscu.
- Hagrid ! - zawołał radośnie Harry i w następnej chwili omal nie krzyknął, gdy Strażnik Kluczy niemal pogruchotał mu kości w serdecznym, acz żelaznym uścisku.
- Harry ! - Hagrid pociągnął nosem - Dobrze, że już jesteś. Teraz będę spokojny. W Hogwarcie nawet On cię nie ruszy ...
Umilkł nagle i spojrzał z niepokojem na Harryego. Po wydarzeniach ostatniego czerwca i powrocie Lorda Voldemorta wszyscy starali się unikać wspominania go przy chłopcu. Choć w sytuacji, gdy wieść o tym wydarzeniu zataczała coraz szersze kręgi i dawny strach powoli zaczął wpełzać do magicznego świata, było to bardzo trudne.
- W porządku - powiedział Harry, siląc się na lekki ton.
Wspomnienie ostatniego spotkania z Voldemortem, choć minęły już od niego ponad dwa miesiące, wciąż było tak samo przerażające. W czasie wakacji nie wydarzyło się jednak nic, co mogłoby wskazywać, że Czarny Lord zamierza zaatakować już teraz. Wręcz przeciwnie, słuch o nim zaginął i Harry w końcu przestał zasypiać ze straszną myślą, że obudzi go okrutny, zimny śmiech i zielony błysk Avady Kedavry.
Na jego poczucie bezpieczeństwa miała też wpływ świadomość, że jest bardzo dobrze strzeżony. Nawet w czasie miesiąca spędzonego u Dursleyów na Privet Drive pozostawał pod czujną opieką Arabelli Figg. Okazało się bowiem, że stara sąsiadka wujostwa, którą do tej pory traktował tylko jako lekko zwariowaną, lecz nieszkodliwą miłośniczkę kotów, jest w rzeczywistości czarownicą. I to nie byle jaką czarownicą. Ku niepomiernemu zdumieniu Harryego Dumbledore poinformował go, że Arabella Figg była emerytowaną Aurorką.
Co kilka dni dostawał też list od Syriusza. Black ukrywał się aktualnie u swego przyjaciela, Remusa Lupina, jednak pozostawał w stałym kontakcie nie tylko ze swym chrześniakiem, ale i z panią Figg. Tak więc Harry zaczął z wolna zapominać o koszmarze minionego czerwca. Co nie znaczy, że sądził, iż wszystko będzie w porządku. Voldemort zniknął i nie dawał znaku życia. Wielu czarodziejów przestało nawet wierzyć w jego powrót. Niektórzy jednak, w tym Weasleyowie, uważali, że to tylko cisza przed burzą. I tym bardziej się niepokoili.
Z zamyślenia wyrwał go Ron.
- Harry - zawołał ponaglająco - idziemy, powozy czekają.
Wyszli ze stacji. Towarzyszył im Hagrid i Harry nawet nie musiał pytać, dlaczego. Poczciwy odźwierny najwyraźniej postawił sobie za cel nie spuszczać go z oka. A znając Hagrida, Harry był pewien, że działał on z polecenia Dumbledora. Coś go jednak zaintrygowało i ledwo zapakowali się do powozu, zapytał.
- Hagrid, kto w takim razie przewozi pierwszaki przez jezioro ?
Czarne oczy Hagrida błysnęły wesoło i zarechotał rubasznie.
- Profesor McGonagall we własnej osobie - odparł, starając się zachować powagę.
Nie bardzo mu się to jednak udało i wkrótce cała czwórka trzęsła się ze śmiechu, wyobrażając sobie stateczną i surową czarownicę, przemierzającą wzburzone wody jeziora na chybotliwej łódce.
- Hagrid, kto będzie uczył w tym roku Obrony przed Czarną Magią ? - zagadnął znienacka Ron.
Na skutek dziwnych zrządzeń losu stało się już niemal tradycją Hogwartu, że co roku przedmiot ten wykładał inny nauczyciel. I jak zwykle, aż do rozpoczęcia semestru uczniowie nie wiedzieli, kto to będzie tym razem.
Hagrid uśmiechnął się tajemniczo.
- Macie szczęście. W tym roku to naprawdę ktoś. Słynn ... Ups ! - szybko zatkał usta dłonią - Omal się nie wygadałem. To ma być niespodzianka.
I choć prosili i zaklinali, aby zdradził im nazwisko nauczyciela, nie chciał już nic więcej powiedzieć.
Wkrótce dojechali do zamku. Weszli po kamiennych schodach, minęli wysokie wrota i stanęli w dobrze im znanym holu. Harry poczuł się jakby wrócił do domu. Odetchnął głęboko i twarz rozjaśnił mu uśmiech.
Tymczasem rzeka studentów płynęła leniwie w kierunku otwartych na oścież drzwi i wlewała się do rzęsiście oświetlonego Wielkiego Halu. Harry, Ron i Hermiona zajęli swoje ulubione miejsca przy stole Gryfindoru, wkrótce też dołączyli do nich Fred i George wraz ze swym nieodłącznym kompanem, Lee Jordanem.
Przy stole nauczycielskim, na honorowym miejscu, siedział jak zwykle Albus Dumbledore, uśmiechając się serdecznie do uczniów. Na widok Harryego pokiwał głową i posłał mu ciepłe spojrzenie.
Inni wykładowcy też już byli, jedynie miejsce po prawej stronie dyrektora pozostawało puste.
- Pewnie ten od Obrony przed Czarną Magią znów się spóźni - rzekł trochę rozczarowany Ron.
Jak większość ludzi na sali, umierał wprost z ciekawości co do osoby nowego nauczyciela.
Tymczasem profesor McGonagall wprowadziła na salę wylęknionych pierwszoklasistów. Nocna żegluga po jeziorze chyba niespecjalnie przypadła jej do gustu, gdyż wyglądała na zmarzniętą i mocno zirytowaną. Położyła na trójnogu stary, wymięty Kapelusz i rozpoczęła się ceremonia Wybierania.
Kiedy ostatni z najmłodszych uczniów znalazł miejsce przy stole swego domu, Dumbledore wstał i wygłosił zwyczajowe powitanie. Harry spodziewał się, że dyrektor powie coś w związku z powrotem Voldemorta, być może wprowadzone zostaną dodatkowe ograniczenia na poruszanie się po terenach Hogwartu. Nic takiego się jednak nie stało. Dumbledore życzył wszystkim smacznego i na jego znak na stołach pojawiły się półmiski ze smakowicie pachnącymi potrawami.
Minęło może z dziesięć minut, gdy Dumbledore przerwał nagle konwersację z McGonagall i spojrzał uważnie na okno.
- A, widzę, że nasz nowy nauczyciel Obrony przed Czarną Magią właśnie przybył - zawołał radośnie, wstając z miejsca i kierując różdżkę w kierunku okna.
Wszystkie głowy zwróciły się ciekawie w tę samą stronę. Okiennice skrzypnęły i do sali wleciał wielki, czarny jastrząb. Zatoczył koło nad głowami studentów i, leniwie machnąwszy ogromnymi skrzydłami, pofrunął w kierunku stołu nauczycielskiego. Dumbledore przyglądał mu się z uśmiechem. Jastrząb zawisł w powietrzu tuż obok starego czarodzieja, światło świec odbijało się w jego szponach i ostrym dziobie. I nagle z ust zgromadzonych studentów wydobyło się jedno przeciągłe :"Oooo !!!" Obok Dumbledora stała szczupła kobieta, ubrana w czarny płaszcz podróżny.
- Animag ... - wyszeptała Hermiona.
- Vega, cieszę się, że zdążyłaś na ucztę ! - zawołał Dumbledore, ściskając dłonie kobiety. - Moi drodzy ! - zawrócił się do sali - Pragnę przedstawić wam nową nauczycielkę Obrony przed Czarną Magią, profesor Vegę Starlight.
Kobieta odwróciła się do studentów. Na sekundę zapadła cisza, po czym zerwała się burza oklasków. Najgłośniej wiwatowali chłopcy ze starszych lat, na których pani profesor zrobiła wielkie wrażenie. Nie dość, że była dużo młodsza od innych nauczycielek, to dodatkowo jeszcze bardzo ładna. Czarne, długie włosy wymykały się z wiążącej je tasiemki, spływając na ramiona i plecy. Blada cera kontrastowała z ciemnoszarymi oczami, które w blasku świec rzucały zagadkowe, stalowe refleksy. Jednak spojrzenie kobiety było twarde a twarz surowa i poważna. Wrażenie potęgowała jeszcze głęboka, rozgałęziona na końcu blizna, przecinająca dolną część lewego policzka.
Harry, tak jak i pozostali studenci, nie spuszczał oka z profesor Starlight. Teraz rozumiał, co miał na myśli Hagrid, mówiąc o niespodziance. W domu Weasleyów wiele się ostatnio mówiło o Aurorach, a Vega Stralight była jednym z najlepszych. Po ukończeniu Hogwartu praktykowała u Alastora Moodyego i, jak to często bywa, uczennica przerosła mistrza. Wielu uważało wręcz, że to właśnie Vega jest najpotężniejszym z żyjących Aurorów.
Harry zamyślił się. Gdyby spotkał ją na ulicy, nigdy nie domyśliłby, że przez dwa lata wysłała do Azkabanu tylu Śmierciożerców, ilu niejeden Auror w ciągu całej kariery. I że równie wielu posłała na tamten świat.
- Harry - szepnął z przejęciem Ron, trącając go łokciem - Spójrz na Snape`a....
Harry popatrzył na mężczyznę, siedzącego po prawej stronie Dumbledora, koło profesor McGonagall. Severus Snape, Mistrz Eliksirów, od czterech lat chciał przejąć wykład z Obrony przed Czarną Magią i przez cztery lata Dyrektor znajdował na to stanowisko kogoś innego. Dlatego też Snape szczerze nie znosił wszystkich poprzednich wykładowców tego przedmiotu .... z których nota bene dwóch okazało się sługami Lorda Voldemorta. Nic więc dziwnego, że Harry oniemiał ze zdumienia, gdy w utkwionych w Vedze Starlight czarnych, zimnych oczach Snape`a, zamiast spodziewanej niechęci i wrogości dostrzegł coś innego, jakąś dziwną, zachłanną ciekawość.
- Siadajmy, pewnie zgłodniałaś w drodze - powiedział Dumbledore i odsunął krzesło po swej lewej stronie, kłaniając się z kurtuazją kobiecie.
- Wprost umieram z głodu - odparła, zdejmując płaszcz.
Ubrana była w ciemny, skórzany kaftan bez rękawów, białą bluzką z lekkiej tkaniny i długą, czarną spódnicę. Na lewej dłoni nosiła czarną rękawiczkę bez palców.
Na sali z wolna podniósł się gwar głosów. Harry na powrót zabierał się do jedzenia, gdy ktoś przy stole nauczycielskim gwałtownie odsunął krzesło. Chłopiec spojrzał w górę i omal się nie udławił. Snape wstał i podszedł do wciąż stojącej koło Dumbledora kobiety.
- Witaj, Vega - powiedział, wyciągając rękę.
Profesor Starlight spojrzała na niego i na mgnienie oka jej twarz wykrzywił jakiś nieprzyjemny grymas, opanowała się jednak szybko.
- Witaj, Severusie - powiedziała lodowato, ściskając mu dłoń.
Snape zawahał się, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć ale zrezygnował, skinął głową w ukłonie i wrócił na swoje miejsce. Vega odprowadziła go zimnym wzrokiem, usiadła, sięgnęła po kotlet drobiowy i z energicznie pocięła go na kawałki.
Ron i Harry spojrzeli na siebie zdumieni.
- Chyba się znają - stwierdził Ron.
- Tak - kiwnął głową Harry - i jeśli chodzi o profesor Starlight, to chyba nie przepada za Snapem. Nie wydaje wam się, że chętnie widziałaby go na miejscu tego kotleta ?
- Ja też ! - Ron zachichotał złośliwie - A swoją drogą to pewna odmiana - dodał - Zazwyczaj to Snape zachowywał się tak, jakby chciał zabić nauczyciela Obrony.
- Ciekawe, skąd się znają ... - zastanawiał się Harry.
- Może z Hogwartu - podsunęła Hermiona - Profesor Starlight wygląda bardzo młodo, ale nie może być dużo młodsza od Snape`a, jeśli była Aurorem w latach po upadku Wiecie-Kogo.

Następny rozdział > >