(1 czerwca 1996) . . . . . . . . . . . .
Harry w ponurym milczeniu przeżuwał ostatnie kęsy omleta, błądząc myślami gdzieś
bardzo daleko. Hermiona obserwowała go z niepokojem, co chwila głęboko
wzdychając. Ron dłubał widelcem w galaretce. Nikt się nie odzywał. Nikt się nie
uśmiechał. Nawet bliźniacy Weasley zachowywali się zadziwiająco spokojnie.
Nie tylko Gryfoni byli przygnębieni. Ponury niepokój udzielił się wszystkim i
Wielki Hal tonął w ciężkiej ciszy. A wszystko zaczęło się przed pięcioma dniami,
kiedy to Dumbledore poinformował uczniów, w jakim niebezpieczeństwie znalazł się
Hogwart. I choć nie znalazłby się nikt (może prócz Harryego), kto uwierzyłby, że
Voldemort jest w stanie dostać się na teren szkoły, przygnębienie i smutek w
oczach starego czarodzieja mogły obudzić lęk w najufniejszym sercu. Niektórzy
rodzice zdecydowali się nawet zabrać swe pociechy ze szkoły, większość jednak
mimo wszystko uważała, że nigdzie nie będą tak bezpieczne jak za murami
Hogwartu.
Tak więc od kilku dni zamek był miejscem nienaturalnie cichym i spokojnym. Nigdy
jeszcze posiłkom nie towarzyszyła tak grobowa cisza. A jeśli ktoś chciałby
szukać otuchy przy stole nauczycielskim, to nie wybrałby najlepiej. Dumbledore
siedział zamyślony, co chwila obrzucając uczniów smutnym, zmęczonym spojrzeniem.
Vega Starlight, jeśli już zjawiła się na kolacji, nie odrywała wzroku od
rozłożonych na stole papierów. Była blada, miała podkrążone oczy i najwyraźniej
od kilku dni nie spała. Snape zachowywał się dziwnie. Harry zauważył, że czasem
twarz Mistrza Eliksirów wykrzywiał nagle grymas ni to bólu, ni to wściekłości.
Zaciskał wtedy dłoń na ukrytym pod szatą łańcuszku i rzucał Dumbledorowi mroczne
spojrzenie. Niekiedy patrzył też na pogrążoną w lekturze Vegę i w jego czarnych
oczach migotał smutek.
Hagrid pogrążony był w rozpaczy. Zniknięcie behemotów było dla niego ciosem w
samo serce. Nie mógł też wybaczyć sobie swojej naiwności. Nie miał wątpliwości,
że za całą aferą stoi Magnus Devilson. Czuł się zdradzony i oszukany przez
człowieka, którego uważał za przyjaciela.
Harry westchnął ciężko i rzucił kotlet wielkiemu, czarnemu psu, który leżał w
przejściu między stołami. Zwierz kłapnął ostrymi zębami i zamerdał ogonem.
- Idziemy ?! - rzucił z nadzieją w głosie Ron.
Miał już szczerze dosyć ponurej atmosfery kolacji.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do sali wpadł młody człowiek o
płomiennorudej czuprynie.
- Bill ! - krzyknął zdumiony Ron.
Bill Weasley nawet nie spojrzał w stronę brata. Biegiem dopadł do stołu
nauczycielskiego i oparł się ciężko o blat.
- Azkaban...- wycharczał - Zaatakowali....Azkaban...
Vega gwałtownie zerwała się z miejsca.
- Ilu ?! - krzyknęła - Co z Dementorami ?!
Bill otworzył usta, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa.
- Napij się, chłopcze - powiedział Dumbledore, wstając i podsuwając mu kielich z
wodą - I opowiedz wszystko po kolei.
Bill opróżnił puchar jednym haustem, zaczerpnął tchu.
- Zaczęło się dwadzieścia minut temu - zaczął mówić z wysiłkiem - Zjawili się
nagle, około trzydziestu zamaskowanych Śmierciożerców. Stanęli przed bramą
Azkabanu i zażądali wypuszczenia więźniów. Oświadczyli, że przychodzą w imieniu
Lorda Voldemorta.
W sali powiało grozą, rozległy się pojedyncze okrzyki przerażenia.
- Nasz oddział liczył tylko dziesięciu Aurorów - ciągnął Bill - ale zza murów
mogliśmy odeprzeć atak dużo liczniejszych przeciwników. Poza tym, byli
Dementorzy...- zawiesił głos, przetarł ręką oczy - Edgar Higgs wyszedł do
Śmierciożerców i kazał im się wynosić. A oni zaczęli się śmiać. Wtedy pojawił
się On - w oczach Billa błysnął strach - Sami Wiecie Kto, odrodzony i
potężny.
Teraz już większość uczniów była naprawdę przerażona. Harry słuchał jak
skamieniały.
- Sami Wiecie Kto przemówił do Dementorów - mówił Bill grobowym głosem - Obiecał
im potęgę, łupy i morze jeńców. I oni... - potrząsnął głową - zwrócili się
przeciw nam.
- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział ciężko Dumbleodre - Całe szczęście, że
umieściliśmy w Azkabanie patrol Aurorów.
- No właśnie - przytaknął Bill - Jak tylko się zaczęło, wysłano mnie tutaj, abym
powiadomił kapitan Starlight. Mary ma sprowadzić "gammę" i "alphę", a Tom
"deltę".
- W porządku. Lecimy za pięć minut - oświadczyła Vega.
Przeskoczyła przez stół i wybiegła z sali. Bill pognał za nią. Snape odprowadził
ich ponurym spojrzeniem, popatrzył na Dumbledora.
- Wiele bym oddał, aby móc teraz lecieć z nimi - szepnął.
Dumbledore ze smutkiem pokręcił głową.
- Wiesz dobrze, że to niemożliwe, Severusie - westchnął - Nie możesz się
ujawnić. Jeszcze nie...
- Wiem... - powiedział głucho Snape.
- Chodźmy - Dumbledore położył rękę na jego ramieniu - Jeszcze zdążymy się z
nimi pożegnać.
I szybko wyszli sali. U stóp szerokich schodów natknęli się na Billa, który
nerwowo krążył po korytarzu.
- Zawiadomiliście Moodyego ? - spytał Dumbledore.
- Dowie się - mruknął Bill - Arabella Figg miała mu dać znać, gdyby coś się
działo.
Na schodach zadudniły kroki i z góry zbiegła Vega, wciągając w pędzie czarne,
połyskliwe rękawice, których metalowe okucia z powodzeniem mogły służyć jako
kastety.
- Lecimy ! - skinęła na Billa, który wyprostował się służbiście.
Vega podeszła do Dumbledora.
- SOCM powinien wytrzymać - powiedziała szybko - Teraz można go kontrolować już
tylko z poziomu matrycy. Proszę - wręczyła dyrektorowi czarną blaszkę - Gdyby
coś mi się stało, wiem pan, jak to działa. Do zobaczenia ... może... -
uśmiechnęła się posępnie i ruszyła ku drzwiom.
- Zaczekaj ! - Severus złapał ją za ramię.
Aurorka odwróciła się i utkwiła w nim stalowoszare oczy.
- Vega - powiedział cicho Snape - Uważaj na siebie. I cokolwiek by się działo,
pamiętaj, że ja nie nigdy wystąpię przeciwko tobie...
Czarodziejka patrzyła na niego przez chwilę bez słowa. W końcu skinęła głową i
wybiegła za Billem, który właśnie odlatywał na miotle. Transformowała się i
czarny jastrząb wystrzelił w nocne niebo.
- Co to jest ? - wrzasnęła Vega do Billa.
Chłopak pokręcił głową. Aurorka podbiegła do brzegu skarpy i spojrzała w dół. Na
dnie płytkiej kotliny wznosiły się wysokie, grube mury najpotężniejszej z
twierdz. Azkaban, postrach Śmierciożerców. Miejsce przeklęte i budzące grozę.
Pełne rozpaczy i beznadziei.
- Co u licha ...?! - mruknęła Vega, wpatrując się uważnie w dno kotliny.
Wokół murów Azkabanu trwał nieustanny ruch. Wzdłuż ich całego obwodu miotały się
dziko jakieś olbrzymie, szare stwory i to właśnie one ryczały tak przeraźliwie.
Było ich kilkanaście.
- Behemoty - szepnęła Vega - Przeklęty Devilson ! Więc po to były im potrzebne.
Bill ! - odwróciła się do adepta - Czekaj tu na Oddziały Specjalne. Ja się
trochę rozejrzę.
Transformowała się i jak strzała pomknęła w kierunku Azkabanu.
Vega szybko zebrała dowódców.
- Nie jest dobrze - powiedziała cicho - Mają kilkanaście behemotów, które
nadzoruje nie kto inny, jak nasz drogi Magnus. Ich ryk kruszy mury lepiej niż
najlepsze mugolskie bomby. Jeśli tak dalej pójdzie, to za godzinę Azkaban będzie
jedną wielką ruiną.
- Skąd oni je wytrzasnęli ?! - zastanawiał się gorączkowo Rupert Rail.
- Teleporty - odparła krótko Vega - Musieli przerzucić zwierzaki z Tybetu,
wykorzystując moc sprzężonych megaportów Ministerstwa. To by wyjaśniało,
dlaczego mieliśmy z nimi ostatnio takie kłopoty.
- Jak je powstrzymać ? - spytała rzeczowo Arabella Figg - Behemoty są odporne na
magię.
- To nie jest nasz największy problem - rzekła ponuro Vega - Widziałam około
pięćdziesięciu Śmierciożerców. Nie ma wśród nich Voldemorta, pewnie nadzoruje
bitwę z bezpiecznej odległości. Za to wszyscy Dementorzy stanęli po stronie
atakujących. Oddział Edgara został osaczony na zachodniej baszcie. A z Azkabanu
nie mogą się deportować...
- Cholera ! - zaklął Moody - W jego grupie większość to adepci.
- Właśnie - mruknęła Vega - Musimy zaatakować. I to zaraz. Zwiążemy walką siły
Voldemorta. Nie możemy dopuścić - powiedziała z mocą - żeby z Azkabanu wydostał
się choć jeden więzień.
- A behemoty ? - nalegała Arabella.
Vega uśmiechnęła się złowieszczo.
- Coś wymyślimy.
Vega odbiła nadlatujący z sykiem lodowy dysk i wrzasnęła: "Unda Mortis !".
W kierunku Śmierciożerców runęła potężna fala ciśnienia. Tych, którzy nie
zdążyli przed nią uskoczyć, dosłownie wbiła w ziemię, minęła behemoty, nie
czyniąc im najmniejszej szkody i z oślepiającym błyskiem rozprysła się na murach
Azkabanu. Kilka cegieł spadło na ziemię.
- "Delta", do bramy ! - machnęła ręką Vega, starając się przekrzyczeć dziki ryk
kudłatych stworów.
Piętnastu Aurorów wyrwało się z szyku i biegiem ruszyło w kierunku wrót
twierdzy, miotając na prawo i lewo Zaklęciami Rażącymi. W tym samym momencie
pozostałe oddziały natarły z furią na Śmierciożerców, starając się zepchnąć ich
z drogi atakującej "delty".
Nie było to jednak proste. Teraz, kiedy minęło zaskoczenie, Śmierciożercy
pokazali, że Lord Voldemort doskonale zadbał o należyte wyszkolenie swoich
żołnierzy. Dysponowali arsenałem potężnych zaklęć, walczyli odważnie i zaciekle.
I nie zamierzali przegrać.
W kierunku "delty" wystrzelił jasny promień i dosięgnął młodej adeptki, która za
późno wykrzyczała inkantację Osłony. Z miotanego konwulsjami ciała dziewczyny
wystrzeliły białe błyskawice i z sykiem runęły na cały oddział.
- Tarcze ! Szybko ! - ryknęła Arabella Figg.
Wokół Aurorów zamigotały delikatne poświaty. Błyskawice odbiły się od nich i
wystrzeliły w niebo. Wydawało się, że wszyscy zdążyli, gdy nagle jeden z
czarodziejów osunął się na kolana, charcząc i plując krwią, która tryskała także
z rozerwanej tchawicy.
- A niech to szlag ! - zaklęła Arabella schylając się nad Aurorem, jej twarz
wykrzywił bolesny grymas - Wycofujemy się ! - zakomenderowała.
- Nie możemy go tak zostawić ! - jęknął młody blondyn, klękając koło towarzysza
i patrząc z niedowierzaniem na jego zakrwawione ciało.
- Zostaw go ! - krzyknęła rozkazująco Arabella, ciągnąc chłopaka za ramię - Już
mu nie pomożesz !
"Delta" zwarła szyki i szybko zaczęła cofać się w kierunku pozostałych
Aurorów.
- Nie udało się ! - warknął Moody, wpatrując się z uwagą we wracający oddział -
Do diabła ! Higgs już długo nie wytrzyma.
Rzeczywiście, sytuacja uwięzionej na wieży "bety" była nie do pozazdroszczenia.
Sześcioro z dziewięciu członków oddziału stanowili adepci, którzy wprawdzie
zakończyli już szkolenie, ale nie mieli jeszcze doświadczenia w realnej walce. A
pech chciał, że musieli zmierzyć się z Dementorami, którzy byli trudnymi
przeciwnikami nawet dla doświadczonego Aurora.
Edgar Higgs otarł pot z czoła i ponad mglistymi cieniami Patronusów spojrzał na
pole pod murami Azkabanu.
- Jeśli nie uda im się przebić - szepnął sam do siebie - To będzie z nami
kiepsko...
Vega była podobnego zdania. Wiedziała, że jeśli chcą uratować towarzyszy i nie
dopuścić do zajęcia Azkabanu, muszą postawić wszystko na jedną kartę.
- Naprzód ! - krzyknęła, dając znak do ataku.
Aurorzy ruszyli.
- Eruptio ! - wrzasnął ktoś z tyłu.
Vega odruchowo zasłoniła się tarczą, lecz biegnący przed nią Bill Weasley
zachwiał się i potknął. Jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne drgawki i nagle
potężna eksplozja rozerwała go na strzępy. W tej samej chwili Ściana Ognia
przetoczyła się po kilku innych Aurorach, zostawiając po nich tylko szary
popiół.
Vega stała jak skamieniała, ocierając z twarzy krew Billa. Zacisnęła pięści i
wolno, jakby walcząc z jakąś niewidzialną siła, odwróciła się. Kilka kroków
przed nią stał Rupert Rail. W ręku trzymał wzniesioną różdżkę i śmiał się
obłąkańczo. Kilu ludzi z jego oddziału wciąż atakowało od tyłu zaskoczonych
Aurorów.
- Zdrajco ! - wrzasnęła Vega, kierując różdżkę w stronę Raila, który w tym samym
momencie krzyknął:
- Eruptio !
Czarodziejka błyskawicznie przerzuciła różdżkę do drugiej ręki.
- Cancellio! - ryknęła.
Zaklęcie Raila zniknęło i nim on sam zdążył zrozumieć, co się stało, Vega
wyskandowała: "Immobilarius". Rupert zamarł w bezruchu. Jedyną żywą
częścią jego ciała pozostały oczy, teraz rozszerzone w rosnącej panice i
utkwione w zbliżającej się ku niemu Vedze.
Aurorka podeszła do Raila, jej bladą twarz wykrzywiał grymas bezdennej pogardy i
nienawiści.
- Dlaczego ?! - syknęła złowieszczo, nie odrywając wzroku od zielonych oczu
dawnego przyjaciela.
Rupert zamrugał, dając znak, że chce mówić. Vega zmniejszyła trochę moc
czaru.
- Zmusił mnie ! - wyszeptał piskliwym głosem Rail - Przysięgam ! Zmusił !
Zagroził, że zabije moją rodzinę !
W oczach Vegi nie było ani śladu współczucia.
- Wyjątkowo dobrze się bawiłeś jak na kogoś, kto został zmuszony do
zdradzieckiego ataku na własnych towarzyszy - powiedziała lodowato.
Rupert zbladł.
- Nie ... - wyjąkał, unikając wzroku Vegi - To nieprawda... Ja nie
chciałem...
- Łżesz ! - wrzasnęła Aurorka - Jesteś Śmierciożercą ! I zdechniesz tak jak oni
! Avada Kedavra !
Z końca jej różdżki wystrzeliła zielona błyskawica i przeszyła Raila, który
bezwładnie osunął się na ziemią. Vega spojrzała na niego z odrazą, jej szare
oczy były zimne i bezlitosne.
- W porządku ?! - zawołał Moody, zbliżając się szybkim krokiem - Parszywy
zdrajca ! - warknął na widok martwego czarodzieja - To już szósty. I
podejrzewam, że to on był prowodyrem.
Vega ponuro skinęła głową.
- Atak się załamał - dodał szybko Moody - Przez tego sukinsyna straciliśmy jedną
z najlepszych okazji. Teraz już się nie przebijemy...
Rozległ się przerażający huk, jakby nad Azkabanem rozpętała się nagle bitwa
piorunów. Ziemia zadrżała. Vega spojrzała na twierdzę. Zachodnia wieża osunęła
się, wzniecając gęstą chmurę pyłu. Odłamki kamieni spadały nawet za murami
twierdzy, siejąc popłoch wśród behemotów.
- Edgar... - szepnęła Vega.
Wstrząs dopełnił dzieła zniszczenia, rozpoczętego przez stado srebrnych stworów.
Mury twierdzy zadrżały i runęły. Z piersi Śmierciożerców dobył się triumfalny
ryk. Wiedzieli, że teraz Azkaban należy do nich.
Nie minęła minuta, a spod rozbitej bramy odpowiedziały im inne okrzyki. To
Dementorzy prowadzili uwolnionych więźniów. Większość z nich byli to
Śmierciożercy, który trafili do Azkabanu po upadku Voldemorta. Teraz wychodzili
na świat, którego nie mieli już nadziei ujrzeć. Szli głodni zemsty i krwi,
gotowi uczynić wszystko na rozkaz Czarnego Lorda.
Aurorzy obserwowali ich z bezsilną wściekłością. Nie potrafili temu zapobiec.
Nie zamierzali jednak dać za wygraną. Póki co, uwolnieni Śmierciożercy nie na
wiele mogli się przydać. I choć po zdradzie Raila i śmierci ludzi Higgsa
Oddziały Specjalne były już bardzo przerzedzone, wiedzieli, że muszą
walczyć.
Vega oddała "gammę" i niedobitki "bety" pod komendę Moodyego i Aurorzy ruszyli
do ostatniego ataku. W stronę Śmierciożerców posypały się Zaklęcia Rażące.
Podkomendni Arabelli połączyli różdżki i krzyknęli jednym głosem:
"Evaporate!" Nad ich głowami zmaterializowało się coś na kształt ciekłej,
przezroczystej, wirującej z zawrotną prędkością kuli, która nagle wystrzeliła w
kierunku przeciwników. Ci, których dotknęła, zaczynali wyć z bólu, podczas gdy
ich z ciał wyparowywał każdy centymetr sześcienny wody. Po kilku sekundach
pozostawało z nich już tylko zasuszone truchełko, które przy najmniejszym
dotknięciu rozpadało się w pył.
Śmierciożercy nie pozostawali dłużni. Kilku Aurorów z "alfy" zupełnie
zmasakrowała Implozja, zostawiając z nich jedynie mokre, krwawe plamy. Pod nogi
Vegi upadła czarodziejka, której Kula Ognia wypaliła twarz aż do kości. Arabelli
Lodowy Dysk omal nie obciął głowy, a Moody padł na ziemię po tym, jak wyjątkowo
potężna Fala Uderzeniowa przełamała jego Osłonę i odrzuciła go kilkanaście
metrów w tył.
Vega zawahała się, ale nie miała czasu, żeby sprawdzić, czy Mad-Eye żyje. Jednym
machnięciem różdżki przecięła na pół dwóch Śmierciożerców i właśnie szykowała
się do rzucenia Fali Śmierci na zgromadzonych przy teleportach więźniów, gdy
jakiś znajomy, zimny i pełen nienawiści głos krzyknął:
- Crucio !
Vega rzuciła się na ziemię i klątwa przeleciała jej nad głową. Zerwała się
błyskawicznie, wbijając płonący wzrok w demonicznie uśmiechniętego Lucjusza
Malfoya.
- Tylko tchórz atakuje z tyłu ! - warknęła, patrząc na niego z nienawiścią.
W jasnych oczach Lucjusza migotały mordercze błyski.
- Wreszcie się zmierzymy, Starlight ! - wycedził złowieszczo - Czekałem na tę
chwilę od lat. Marzyłem o niej. I wreszcie stało się... - świdrował Aurorkę
wzrokiem - Teraz zobaczymy, kto jest lepszy. Zapłacisz mi za wszystko.
Vega patrzyła na niego zimno, na jej usta z wolna wypełzł okrutny uśmieszek.
- Jak chcesz - wzruszyła ramionami - Jeśli taką śmierć sobie wybrałeś...
- Avada Kedavra ! - ryknął Malfoy.
- Reflectio ! - wrzasnęła Vega.
Na twarzy Lucjusza odmalowało się nieopisane zdumienie. Ostatnią rzeczą, jaką
zobaczył, był oślepiający, zielony płomień.
Magnus, blady jak trup, patrzył z dziką rozpaczą na płonące behemoty. Ich mękę
odczuwał jak własną, każdym nerwem swego ciała. To on je tu sprowadził ! To
przez niego tak cierpiały ! Jego serce przepełniała gorycz, wściekłość i głuchy
żal. Dlaczego je to spotkało ?! One w niczym nie zawiniły. Nie zasłużyły na tak
straszny koniec !
W szaro-niebieskich oczach Magnusa zalśniły łzy. Podniósł różdżkę. Wiedział, kto
jest odpowiedzialny za tę zbrodnię. Ci wszyscy, Aurorzy i Śmierciożercy, dla
których życie behemotów nie miało żadnego znaczenia.
Nagle spod zburzonych murów doleciał cichy pisk. Magnus odwrócił się i wbił
wzrok w ciemność. Coś poruszyło się, zapiszczało znowu i z cienia wychynął
płowy, kudłaty zwierz wielkości krowy. Młody behemot.
- Gunnar...- zawołał Magnus melodyjnym szeptem - Gunnar... to ja... chodź do
mnie...
Behemocik poruszył nozdrzami i zastrzygł małymi uszkami.
- Gunnar...chodź...- wabił Devilson.
Malec niepewnie ruszyły w kierunku czarodzieja, wciąż węsząc i rozglądając się
niespokojnie. W końcu jednak musiał rozpoznać Magnusa, po podszedł do niego już
bez lęku i trącił go kudłatą głową.
- Gunnar- szeptał Devilson, drapiąc behemota pod brodą - Chodź, polecimy do
domu.
Pociągnął go za ucho i behemot posłusznie podreptał za nim. Magnus prowadził go
do jedynego ocalałego z pogromu teleportu. Musieli pokonać kilkaset metrów, ale
walki toczyły się teraz w innej części pola i nikt nie zwracał na nich
uwagi.
Behemot szedł spokojnie. Dopiero kiedy mijali zwęglone szczątki jego kuzynów
zdenerwował się i Magnus musiał trzymać malca z całej siły, żeby mu się nie
wyrwał. Przemówił jednak do niego i dźwięk jego głosu podziałał na zwierzę
kojąco.
Do teleportu pozostało kilkanaście metrów. Nagle zza załomu wypadła grupka
Śmierciożerców, ścigana przez Aurorów. Magnus zmusił Gunnara do truchtu.
Ocalenie było już tak blisko...
- Unda Mortis ! - krzyknęła Arabella Figg.
Fala Śmierci zmiotła żołnierzy Voldemorta i sunęła w kierunku teleportu. Magnus
szybko oszacował odległość. Gdyby zaczął biec, zdążyłby jeszcze uciec. Pociągnął
behemota za ucho, ale malec nie mógł iść szybciej.
- Gunnar ! - krzyknął czarodziej - Gunnar ! Chodź !
Już tylko pięć metrów dzieliło ich od teleportu. Fala Śmierci była tuż tuż.
Magnus wiedział, że behemot nie zdąży. Spojrzał na niego z rozpaczą i nagle
desperackim ruchem wyciągnął z kieszeni różdżkę.
- Reducto ! - krzyknął.
Zaklęcie oderwało behemota od ziemi i cisnęło nim w teleport. Zniknął na sekundę
przed tym, jak Fala Śmierci przetoczyła się po portalu i zmiażdżyła Magnusa
Devilsona.