(1 czerwca 1996)
Harry w ponurym milczeniu przeżuwał ostatnie kęsy omleta, błądząc myślami gdzieś bardzo daleko. Hermiona obserwowała go z niepokojem, co chwila głęboko wzdychając. Ron dłubał widelcem w galaretce. Nikt się nie odzywał. Nikt się nie uśmiechał. Nawet bliźniacy Weasley zachowywali się zadziwiająco spokojnie.
Nie tylko Gryfoni byli przygnębieni. Ponury niepokój udzielił się wszystkim i Wielki Hal tonął w ciężkiej ciszy. A wszystko zaczęło się przed pięcioma dniami, kiedy to Dumbledore poinformował uczniów, w jakim niebezpieczeństwie znalazł się Hogwart. I choć nie znalazłby się nikt (może prócz Harryego), kto uwierzyłby, że Voldemort jest w stanie dostać się na teren szkoły, przygnębienie i smutek w oczach starego czarodzieja mogły obudzić lęk w najufniejszym sercu. Niektórzy rodzice zdecydowali się nawet zabrać swe pociechy ze szkoły, większość jednak mimo wszystko uważała, że nigdzie nie będą tak bezpieczne jak za murami Hogwartu.
Tak więc od kilku dni zamek był miejscem nienaturalnie cichym i spokojnym. Nigdy jeszcze posiłkom nie towarzyszyła tak grobowa cisza. A jeśli ktoś chciałby szukać otuchy przy stole nauczycielskim, to nie wybrałby najlepiej. Dumbledore siedział zamyślony, co chwila obrzucając uczniów smutnym, zmęczonym spojrzeniem. Vega Starlight, jeśli już zjawiła się na kolacji, nie odrywała wzroku od rozłożonych na stole papierów. Była blada, miała podkrążone oczy i najwyraźniej od kilku dni nie spała. Snape zachowywał się dziwnie. Harry zauważył, że czasem twarz Mistrza Eliksirów wykrzywiał nagle grymas ni to bólu, ni to wściekłości. Zaciskał wtedy dłoń na ukrytym pod szatą łańcuszku i rzucał Dumbledorowi mroczne spojrzenie. Niekiedy patrzył też na pogrążoną w lekturze Vegę i w jego czarnych oczach migotał smutek.
Hagrid pogrążony był w rozpaczy. Zniknięcie behemotów było dla niego ciosem w samo serce. Nie mógł też wybaczyć sobie swojej naiwności. Nie miał wątpliwości, że za całą aferą stoi Magnus Devilson. Czuł się zdradzony i oszukany przez człowieka, którego uważał za przyjaciela. Harry westchnął ciężko i rzucił kotlet wielkiemu, czarnemu psu, który leżał w przejściu między stołami. Zwierz kłapnął ostrymi zębami i zamerdał ogonem.
- Idziemy ?! - rzucił z nadzieją w głosie Ron.
Miał już szczerze dosyć ponurej atmosfery kolacji. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do sali wpadł młody człowiek o płomiennorudej czuprynie.
- Bill ! - krzyknął zdumiony Ron.
Bill Weasley nawet nie spojrzał w stronę brata. Biegiem dopadł do stołu nauczycielskiego i oparł się ciężko o blat.
- Azkaban...- wycharczał - Zaatakowali....Azkaban...
Vega gwałtownie zerwała się z miejsca.
- Ilu ?! - krzyknęła - Co z Dementorami ?!
Bill otworzył usta, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa.
- Napij się, chłopcze - powiedział Dumbledore, wstając i podsuwając mu kielich z wodą - I opowiedz wszystko po kolei.
Bill opróżnił puchar jednym haustem, zaczerpnął tchu.
- Zaczęło się dwadzieścia minut temu - zaczął mówić z wysiłkiem - Zjawili się nagle, około trzydziestu zamaskowanych Śmierciożerców. Stanęli przed bramą Azkabanu i zażądali wypuszczenia więźniów. Oświadczyli, że przychodzą w imieniu Lorda Voldemorta.
W sali powiało grozą, rozległy się pojedyncze okrzyki przerażenia.
- Nasz oddział liczył tylko dziesięciu Aurorów - ciągnął Bill - ale zza murów mogliśmy odeprzeć atak dużo liczniejszych przeciwników. Poza tym, byli Dementorzy...- zawiesił głos, przetarł ręką oczy - Edgar Higgs wyszedł do Śmierciożerców i kazał im się wynosić. A oni zaczęli się śmiać. Wtedy pojawił się On - w oczach Billa błysnął strach - Sami Wiecie Kto, odrodzony i potężny.
Teraz już większość uczniów była naprawdę przerażona. Harry słuchał jak skamieniały.
- Sami Wiecie Kto przemówił do Dementorów - mówił Bill grobowym głosem - Obiecał im potęgę, łupy i morze jeńców. I oni... - potrząsnął głową - zwrócili się przeciw nam.
- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział ciężko Dumbleodre - Całe szczęście, że umieściliśmy w Azkabanie patrol Aurorów.
- No właśnie - przytaknął Bill - Jak tylko się zaczęło, wysłano mnie tutaj, abym powiadomił kapitan Starlight. Mary ma sprowadzić "gammę" i "alphę", a Tom "deltę".
- W porządku. Lecimy za pięć minut - oświadczyła Vega.
Przeskoczyła przez stół i wybiegła z sali. Bill pognał za nią. Snape odprowadził ich ponurym spojrzeniem, popatrzył na Dumbledora.
- Wiele bym oddał, aby móc teraz lecieć z nimi - szepnął.
Dumbledore ze smutkiem pokręcił głową.
- Wiesz dobrze, że to niemożliwe, Severusie - westchnął - Nie możesz się ujawnić. Jeszcze nie...
- Wiem... - powiedział głucho Snape.
- Chodźmy - Dumbledore położył rękę na jego ramieniu - Jeszcze zdążymy się z nimi pożegnać.
I szybko wyszli sali. U stóp szerokich schodów natknęli się na Billa, który nerwowo krążył po korytarzu.
- Zawiadomiliście Moodyego ? - spytał Dumbledore.
- Dowie się - mruknął Bill - Arabella Figg miała mu dać znać, gdyby coś się działo.
Na schodach zadudniły kroki i z góry zbiegła Vega, wciągając w pędzie czarne, połyskliwe rękawice, których metalowe okucia z powodzeniem mogły służyć jako kastety.
- Lecimy ! - skinęła na Billa, który wyprostował się służbiście.
Vega podeszła do Dumbledora.
- SOCM powinien wytrzymać - powiedziała szybko - Teraz można go kontrolować już tylko z poziomu matrycy. Proszę - wręczyła dyrektorowi czarną blaszkę - Gdyby coś mi się stało, wiem pan, jak to działa. Do zobaczenia ... może... - uśmiechnęła się posępnie i ruszyła ku drzwiom.
- Zaczekaj ! - Severus złapał ją za ramię.
Aurorka odwróciła się i utkwiła w nim stalowoszare oczy.
- Vega - powiedział cicho Snape - Uważaj na siebie. I cokolwiek by się działo, pamiętaj, że ja nie nigdy wystąpię przeciwko tobie...
Czarodziejka patrzyła na niego przez chwilę bez słowa. W końcu skinęła głową i wybiegła za Billem, który właśnie odlatywał na miotle. Transformowała się i czarny jastrząb wystrzelił w nocne niebo.

. . .

Aportowali się na piaszczystej skarpie i od razu uderzył w ich uszy ogłuszający ryk, od którego drżała ziemia.
- Co to jest ? - wrzasnęła Vega do Billa.
Chłopak pokręcił głową. Aurorka podbiegła do brzegu skarpy i spojrzała w dół. Na dnie płytkiej kotliny wznosiły się wysokie, grube mury najpotężniejszej z twierdz. Azkaban, postrach Śmierciożerców. Miejsce przeklęte i budzące grozę. Pełne rozpaczy i beznadziei.
- Co u licha ...?! - mruknęła Vega, wpatrując się uważnie w dno kotliny.
Wokół murów Azkabanu trwał nieustanny ruch. Wzdłuż ich całego obwodu miotały się dziko jakieś olbrzymie, szare stwory i to właśnie one ryczały tak przeraźliwie. Było ich kilkanaście.
- Behemoty - szepnęła Vega - Przeklęty Devilson ! Więc po to były im potrzebne. Bill ! - odwróciła się do adepta - Czekaj tu na Oddziały Specjalne. Ja się trochę rozejrzę.
Transformowała się i jak strzała pomknęła w kierunku Azkabanu.

. . .

Na skarpie zebrało się kilkudziesięciu ludzi. Zachowywali się bezszelestnie, przyczajeni się w ciemnościach, czekając na rozkaz do ataku.
Vega szybko zebrała dowódców.
- Nie jest dobrze - powiedziała cicho - Mają kilkanaście behemotów, które nadzoruje nie kto inny, jak nasz drogi Magnus. Ich ryk kruszy mury lepiej niż najlepsze mugolskie bomby. Jeśli tak dalej pójdzie, to za godzinę Azkaban będzie jedną wielką ruiną.
- Skąd oni je wytrzasnęli ?! - zastanawiał się gorączkowo Rupert Rail.
- Teleporty - odparła krótko Vega - Musieli przerzucić zwierzaki z Tybetu, wykorzystując moc sprzężonych megaportów Ministerstwa. To by wyjaśniało, dlaczego mieliśmy z nimi ostatnio takie kłopoty.
- Jak je powstrzymać ? - spytała rzeczowo Arabella Figg - Behemoty są odporne na magię.
- To nie jest nasz największy problem - rzekła ponuro Vega - Widziałam około pięćdziesięciu Śmierciożerców. Nie ma wśród nich Voldemorta, pewnie nadzoruje bitwę z bezpiecznej odległości. Za to wszyscy Dementorzy stanęli po stronie atakujących. Oddział Edgara został osaczony na zachodniej baszcie. A z Azkabanu nie mogą się deportować...
- Cholera ! - zaklął Moody - W jego grupie większość to adepci.
- Właśnie - mruknęła Vega - Musimy zaatakować. I to zaraz. Zwiążemy walką siły Voldemorta. Nie możemy dopuścić - powiedziała z mocą - żeby z Azkabanu wydostał się choć jeden więzień.
- A behemoty ? - nalegała Arabella.
Vega uśmiechnęła się złowieszczo.
- Coś wymyślimy.

. . .

Aurorzy uderzyli niespodziewanie, jak złowrogie anioły zemsty. Śmierciożercy, zbyt zaaferowani działalnością behemotów, dali się zaskoczyć i pierwsze uderzenie odepchnęło ich niemal pod mury twierdzy. Osaczeni między szalejącymi stworami a Aurorami, czynili desperackie wysiłki, aby powstrzymać natarcie Oddziałów Specjalnych.
Vega odbiła nadlatujący z sykiem lodowy dysk i wrzasnęła: "Unda Mortis !". W kierunku Śmierciożerców runęła potężna fala ciśnienia. Tych, którzy nie zdążyli przed nią uskoczyć, dosłownie wbiła w ziemię, minęła behemoty, nie czyniąc im najmniejszej szkody i z oślepiającym błyskiem rozprysła się na murach Azkabanu. Kilka cegieł spadło na ziemię.
- "Delta", do bramy ! - machnęła ręką Vega, starając się przekrzyczeć dziki ryk kudłatych stworów.
Piętnastu Aurorów wyrwało się z szyku i biegiem ruszyło w kierunku wrót twierdzy, miotając na prawo i lewo Zaklęciami Rażącymi. W tym samym momencie pozostałe oddziały natarły z furią na Śmierciożerców, starając się zepchnąć ich z drogi atakującej "delty".
Nie było to jednak proste. Teraz, kiedy minęło zaskoczenie, Śmierciożercy pokazali, że Lord Voldemort doskonale zadbał o należyte wyszkolenie swoich żołnierzy. Dysponowali arsenałem potężnych zaklęć, walczyli odważnie i zaciekle. I nie zamierzali przegrać.
W kierunku "delty" wystrzelił jasny promień i dosięgnął młodej adeptki, która za późno wykrzyczała inkantację Osłony. Z miotanego konwulsjami ciała dziewczyny wystrzeliły białe błyskawice i z sykiem runęły na cały oddział.
- Tarcze ! Szybko ! - ryknęła Arabella Figg.
Wokół Aurorów zamigotały delikatne poświaty. Błyskawice odbiły się od nich i wystrzeliły w niebo. Wydawało się, że wszyscy zdążyli, gdy nagle jeden z czarodziejów osunął się na kolana, charcząc i plując krwią, która tryskała także z rozerwanej tchawicy.
- A niech to szlag ! - zaklęła Arabella schylając się nad Aurorem, jej twarz wykrzywił bolesny grymas - Wycofujemy się ! - zakomenderowała.
- Nie możemy go tak zostawić ! - jęknął młody blondyn, klękając koło towarzysza i patrząc z niedowierzaniem na jego zakrwawione ciało.
- Zostaw go ! - krzyknęła rozkazująco Arabella, ciągnąc chłopaka za ramię - Już mu nie pomożesz !
"Delta" zwarła szyki i szybko zaczęła cofać się w kierunku pozostałych Aurorów.
- Nie udało się ! - warknął Moody, wpatrując się z uwagą we wracający oddział - Do diabła ! Higgs już długo nie wytrzyma.
Rzeczywiście, sytuacja uwięzionej na wieży "bety" była nie do pozazdroszczenia. Sześcioro z dziewięciu członków oddziału stanowili adepci, którzy wprawdzie zakończyli już szkolenie, ale nie mieli jeszcze doświadczenia w realnej walce. A pech chciał, że musieli zmierzyć się z Dementorami, którzy byli trudnymi przeciwnikami nawet dla doświadczonego Aurora.
Edgar Higgs otarł pot z czoła i ponad mglistymi cieniami Patronusów spojrzał na pole pod murami Azkabanu.
- Jeśli nie uda im się przebić - szepnął sam do siebie - To będzie z nami kiepsko...
Vega była podobnego zdania. Wiedziała, że jeśli chcą uratować towarzyszy i nie dopuścić do zajęcia Azkabanu, muszą postawić wszystko na jedną kartę.
- Naprzód ! - krzyknęła, dając znak do ataku.
Aurorzy ruszyli.
- Eruptio ! - wrzasnął ktoś z tyłu.
Vega odruchowo zasłoniła się tarczą, lecz biegnący przed nią Bill Weasley zachwiał się i potknął. Jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne drgawki i nagle potężna eksplozja rozerwała go na strzępy. W tej samej chwili Ściana Ognia przetoczyła się po kilku innych Aurorach, zostawiając po nich tylko szary popiół.
Vega stała jak skamieniała, ocierając z twarzy krew Billa. Zacisnęła pięści i wolno, jakby walcząc z jakąś niewidzialną siła, odwróciła się. Kilka kroków przed nią stał Rupert Rail. W ręku trzymał wzniesioną różdżkę i śmiał się obłąkańczo. Kilu ludzi z jego oddziału wciąż atakowało od tyłu zaskoczonych Aurorów.
- Zdrajco ! - wrzasnęła Vega, kierując różdżkę w stronę Raila, który w tym samym momencie krzyknął:
- Eruptio !
Czarodziejka błyskawicznie przerzuciła różdżkę do drugiej ręki.
- Cancellio! - ryknęła.
Zaklęcie Raila zniknęło i nim on sam zdążył zrozumieć, co się stało, Vega wyskandowała: "Immobilarius". Rupert zamarł w bezruchu. Jedyną żywą częścią jego ciała pozostały oczy, teraz rozszerzone w rosnącej panice i utkwione w zbliżającej się ku niemu Vedze.
Aurorka podeszła do Raila, jej bladą twarz wykrzywiał grymas bezdennej pogardy i nienawiści.
- Dlaczego ?! - syknęła złowieszczo, nie odrywając wzroku od zielonych oczu dawnego przyjaciela.
Rupert zamrugał, dając znak, że chce mówić. Vega zmniejszyła trochę moc czaru.
- Zmusił mnie ! - wyszeptał piskliwym głosem Rail - Przysięgam ! Zmusił ! Zagroził, że zabije moją rodzinę !
W oczach Vegi nie było ani śladu współczucia.
- Wyjątkowo dobrze się bawiłeś jak na kogoś, kto został zmuszony do zdradzieckiego ataku na własnych towarzyszy - powiedziała lodowato.
Rupert zbladł.
- Nie ... - wyjąkał, unikając wzroku Vegi - To nieprawda... Ja nie chciałem...
- Łżesz ! - wrzasnęła Aurorka - Jesteś Śmierciożercą ! I zdechniesz tak jak oni ! Avada Kedavra !
Z końca jej różdżki wystrzeliła zielona błyskawica i przeszyła Raila, który bezwładnie osunął się na ziemią. Vega spojrzała na niego z odrazą, jej szare oczy były zimne i bezlitosne.
- W porządku ?! - zawołał Moody, zbliżając się szybkim krokiem - Parszywy zdrajca ! - warknął na widok martwego czarodzieja - To już szósty. I podejrzewam, że to on był prowodyrem.
Vega ponuro skinęła głową.
- Atak się załamał - dodał szybko Moody - Przez tego sukinsyna straciliśmy jedną z najlepszych okazji. Teraz już się nie przebijemy...
Rozległ się przerażający huk, jakby nad Azkabanem rozpętała się nagle bitwa piorunów. Ziemia zadrżała. Vega spojrzała na twierdzę. Zachodnia wieża osunęła się, wzniecając gęstą chmurę pyłu. Odłamki kamieni spadały nawet za murami twierdzy, siejąc popłoch wśród behemotów.
- Edgar... - szepnęła Vega.
Wstrząs dopełnił dzieła zniszczenia, rozpoczętego przez stado srebrnych stworów. Mury twierdzy zadrżały i runęły. Z piersi Śmierciożerców dobył się triumfalny ryk. Wiedzieli, że teraz Azkaban należy do nich.
Nie minęła minuta, a spod rozbitej bramy odpowiedziały im inne okrzyki. To Dementorzy prowadzili uwolnionych więźniów. Większość z nich byli to Śmierciożercy, który trafili do Azkabanu po upadku Voldemorta. Teraz wychodzili na świat, którego nie mieli już nadziei ujrzeć. Szli głodni zemsty i krwi, gotowi uczynić wszystko na rozkaz Czarnego Lorda.
Aurorzy obserwowali ich z bezsilną wściekłością. Nie potrafili temu zapobiec. Nie zamierzali jednak dać za wygraną. Póki co, uwolnieni Śmierciożercy nie na wiele mogli się przydać. I choć po zdradzie Raila i śmierci ludzi Higgsa Oddziały Specjalne były już bardzo przerzedzone, wiedzieli, że muszą walczyć.
Vega oddała "gammę" i niedobitki "bety" pod komendę Moodyego i Aurorzy ruszyli do ostatniego ataku. W stronę Śmierciożerców posypały się Zaklęcia Rażące. Podkomendni Arabelli połączyli różdżki i krzyknęli jednym głosem: "Evaporate!" Nad ich głowami zmaterializowało się coś na kształt ciekłej, przezroczystej, wirującej z zawrotną prędkością kuli, która nagle wystrzeliła w kierunku przeciwników. Ci, których dotknęła, zaczynali wyć z bólu, podczas gdy ich z ciał wyparowywał każdy centymetr sześcienny wody. Po kilku sekundach pozostawało z nich już tylko zasuszone truchełko, które przy najmniejszym dotknięciu rozpadało się w pył.
Śmierciożercy nie pozostawali dłużni. Kilku Aurorów z "alfy" zupełnie zmasakrowała Implozja, zostawiając z nich jedynie mokre, krwawe plamy. Pod nogi Vegi upadła czarodziejka, której Kula Ognia wypaliła twarz aż do kości. Arabelli Lodowy Dysk omal nie obciął głowy, a Moody padł na ziemię po tym, jak wyjątkowo potężna Fala Uderzeniowa przełamała jego Osłonę i odrzuciła go kilkanaście metrów w tył.
Vega zawahała się, ale nie miała czasu, żeby sprawdzić, czy Mad-Eye żyje. Jednym machnięciem różdżki przecięła na pół dwóch Śmierciożerców i właśnie szykowała się do rzucenia Fali Śmierci na zgromadzonych przy teleportach więźniów, gdy jakiś znajomy, zimny i pełen nienawiści głos krzyknął:
- Crucio !
Vega rzuciła się na ziemię i klątwa przeleciała jej nad głową. Zerwała się błyskawicznie, wbijając płonący wzrok w demonicznie uśmiechniętego Lucjusza Malfoya.
- Tylko tchórz atakuje z tyłu ! - warknęła, patrząc na niego z nienawiścią.
W jasnych oczach Lucjusza migotały mordercze błyski.
- Wreszcie się zmierzymy, Starlight ! - wycedził złowieszczo - Czekałem na tę chwilę od lat. Marzyłem o niej. I wreszcie stało się... - świdrował Aurorkę wzrokiem - Teraz zobaczymy, kto jest lepszy. Zapłacisz mi za wszystko.
Vega patrzyła na niego zimno, na jej usta z wolna wypełzł okrutny uśmieszek.
- Jak chcesz - wzruszyła ramionami - Jeśli taką śmierć sobie wybrałeś...
- Avada Kedavra ! - ryknął Malfoy.
- Reflectio ! - wrzasnęła Vega.
Na twarzy Lucjusza odmalowało się nieopisane zdumienie. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, był oślepiający, zielony płomień.

. . .

Ktoś rzucił na Śmierciożerców Czar Zapalający. Trzech czarodziejów momentalnie stanęło w płomieniach. Wyjąc z bólu, próbowali zedrzeć z siebie płonące szaty, te jednak przywarły już do ciała i ogień zaczął wżerać się w skórę i mięśnie. Śmierciożercy zwijali się w agonii, wydając z siebie nieludzkie dźwięki. Jeden z nich, kobieta o długich, jasnych włosach, płonących teraz jak wielka pochodnia, zerwała się z ziemi i w obłąkańczym szale, gnana bólem i przerażeniem, wpadła prosto między stado behemotów, które Magnus usiłował zapędzić do teleportów. Ogień momentalnie przeskoczył na gęste, srebrne futra. Behemoty poruszyły się niespokojnie, wietrząc dym. I nagle poczuły ból. Ich sierść płonęła. Zwierzęta zaryczały przeraźliwie i jak oszalałe rozbiegły się po polanie, tratując każdego, kto stanął im na drodze. Kilka pognało w stronę teleportów, przewracając je i depcząc skupionych wkoło więźniów. Tylko kilkunastu oswobodzonym Śmierciożercom udało się uciec.
Magnus, blady jak trup, patrzył z dziką rozpaczą na płonące behemoty. Ich mękę odczuwał jak własną, każdym nerwem swego ciała. To on je tu sprowadził ! To przez niego tak cierpiały ! Jego serce przepełniała gorycz, wściekłość i głuchy żal. Dlaczego je to spotkało ?! One w niczym nie zawiniły. Nie zasłużyły na tak straszny koniec !
W szaro-niebieskich oczach Magnusa zalśniły łzy. Podniósł różdżkę. Wiedział, kto jest odpowiedzialny za tę zbrodnię. Ci wszyscy, Aurorzy i Śmierciożercy, dla których życie behemotów nie miało żadnego znaczenia.
Nagle spod zburzonych murów doleciał cichy pisk. Magnus odwrócił się i wbił wzrok w ciemność. Coś poruszyło się, zapiszczało znowu i z cienia wychynął płowy, kudłaty zwierz wielkości krowy. Młody behemot.
- Gunnar...- zawołał Magnus melodyjnym szeptem - Gunnar... to ja... chodź do mnie...
Behemocik poruszył nozdrzami i zastrzygł małymi uszkami.
- Gunnar...chodź...- wabił Devilson.
Malec niepewnie ruszyły w kierunku czarodzieja, wciąż węsząc i rozglądając się niespokojnie. W końcu jednak musiał rozpoznać Magnusa, po podszedł do niego już bez lęku i trącił go kudłatą głową.
- Gunnar- szeptał Devilson, drapiąc behemota pod brodą - Chodź, polecimy do domu.
Pociągnął go za ucho i behemot posłusznie podreptał za nim. Magnus prowadził go do jedynego ocalałego z pogromu teleportu. Musieli pokonać kilkaset metrów, ale walki toczyły się teraz w innej części pola i nikt nie zwracał na nich uwagi.
Behemot szedł spokojnie. Dopiero kiedy mijali zwęglone szczątki jego kuzynów zdenerwował się i Magnus musiał trzymać malca z całej siły, żeby mu się nie wyrwał. Przemówił jednak do niego i dźwięk jego głosu podziałał na zwierzę kojąco.
Do teleportu pozostało kilkanaście metrów. Nagle zza załomu wypadła grupka Śmierciożerców, ścigana przez Aurorów. Magnus zmusił Gunnara do truchtu. Ocalenie było już tak blisko...
- Unda Mortis ! - krzyknęła Arabella Figg.
Fala Śmierci zmiotła żołnierzy Voldemorta i sunęła w kierunku teleportu. Magnus szybko oszacował odległość. Gdyby zaczął biec, zdążyłby jeszcze uciec. Pociągnął behemota za ucho, ale malec nie mógł iść szybciej.
- Gunnar ! - krzyknął czarodziej - Gunnar ! Chodź !
Już tylko pięć metrów dzieliło ich od teleportu. Fala Śmierci była tuż tuż. Magnus wiedział, że behemot nie zdąży. Spojrzał na niego z rozpaczą i nagle desperackim ruchem wyciągnął z kieszeni różdżkę.
- Reducto ! - krzyknął.
Zaklęcie oderwało behemota od ziemi i cisnęło nim w teleport. Zniknął na sekundę przed tym, jak Fala Śmierci przetoczyła się po portalu i zmiażdżyła Magnusa Devilsona.

Następna strona > >