JĄDRO
Carmen spogląda w dół na nadchodzące bestie. Smoki trudno kontrolować, ale jeśli się jej to uda, będą mieć potężną broń. Ma się „zaopiekować” trzema przejściami; Vipera i Blaise, młodsze i o wiele mniej doświadczone, zajmują się pozostałymi dwoma. To nie będzie proste: smoki kroczą jedną ze ścieżek; Dementorzy drugą a trzecią wielkie, uskrzydlone byki. Będzie ciężko, ale przecież te bestie będą musiały się zmierzyć z samą Carmen McKinnon! Inwokerka bierze głęboki wdech i zaczyna śpiewać:
“Spójrzcie na mnie
Posłuchajcie mojego głosu
Spójrzcie
Spójrzcie
Posłuchajcie
Spójrzcie
Posłuchajcie”
Spójrzcie
Posłuchajcie
Spójrzcie...”
Ta inkantacja służy tylko do przyciągnięcia uwagi; zniewala większość gatunków. Vipera i Blaise zaczęły już swoje pieśni, podobne, ale nakierowane na wybrane gatunki zwierząt. Carmen zauważa, że inkantacja działa, uśmiecha się i rozpoczyna kolejną pieśń, dzięki której powinna wejść w umysły bestii. Oczy smoków zachodzą mgłą; Dementorzy zatrzymują się, nie wiedząc, co się z nimi dzieje. Czas na Pieśń Władzy – Imperius Inwokerów.
“Jestem waszą Panią
Boginią, Umysłem...”
Trwa to niemal kwadrans, ale w końcu się udaje. Carmen milknie na moment. Okrutny, butny uśmieszek wykrzywia jej wargi.
„Ma uśmiech swojego ojca.” – mówi do siebie Salazar. Kolejna pieśń ma skierować zwierzęta przeciw ich własnym panom. Jest śpiewana (syczana?) w Wężomowie (I tu przydaje się pochodzenie z rodu Slytherinów...) a potem wybucha tysiącami zwierzęcych głosów. Jest tak potężna, że strażnicy Carmen muszą być przed nią chronieni. Salazar zatyka sobie uszy rękami – co prawda pieśń na niego nie działa, ale wciąż ją słyszy, a Cruciatus to pestka w porównaniu z tą melodią. Dźwięki i kolory uderzają w umysł Carmen; widzi świat oczami zwierząt; zapachy, odbierane przez ich nozdrza niemal ją duszą. Cóż, taka jest cena za przebywanie w tylu umysłach na raz. Powoli wymazuje ze zwierzęcych mózgów każde wrażenie i potrzebę, zastępując je żądzą krwi. Bestie zatrzymują się gwałtownie, nie wiedząc, na kogo się rzucić, ale umysł Inwokerki szybko podsuwa im odpowiedź na to pytanie. Carmen wraca do rzeczywistego świata; teraz może już odpocząć. Otworzyła tamę; niepohamowany, ogromny tłum bestii spada na swoją własną armię z piekielnym rykiem.
Sabaki i Chińskie Smoki nie wiedzą, kto zawalił i nie mają czasu się nad tym zastanawiać. Liczy się tylko to, że słudzy Angriffa wiedzą, że Krakerzy są w twierdzy, a więc Psy muszą jak najszybciej „oczyścić” z nich zamek. Zaklęcia fruwają i odbijają się rykoszetami od ścian, strzały przeszywają powietrze ze świstem, stal uderza o stal. Pitbull wybucha dzikim, okrutnym śmiechem, patrząc na bezładną ucieczkę przeciwników. Triumfalne, zwierzęce wycie Psów wstrząsa murami.
Tymczasem w lochach
„I ja, Ślizgon, robię takie rzeczy” – stwierdza Malfoy z niesmakiem, odrąbując łeb wielkiej, czarnej kobry. „Oto i drzwi do Jądra, Serp. Otwieraj. Pokaż mi, że jesteś z Evansów.” Harry podchodzi do wielkich, żelaznych drzwi.
“Portus revelo” – mówi, mierząc w nie różdżką, ale nic się nie dzieje. Cóż, pewnie te drzwi są chronione czymś potężniejszym. Harry wzdycha i zaczyna recytować długa litanię zaklęć. Malfoy niespokojnie spogląda na zegarek. Mają jeszcze 20 minut. W końcu, po “Offen” i “Enigmaportus” na drzwiach pojawia się zamek. „Mugolski.” – stwierdza Harry.
“Co?” – dziwi się Lucjusz.
“Szyfr jest mugolski, panie Malfoy. Żeby go złamać, muszę wstukać właściwe cyfry.”
“To na co czekasz? Mamy tylko kwadrans!”
„Szyfr ma 13 cyfr, panie Malfoy. Minie cała wieczność, zanim dopasujemy właściwe.”
„Ale mamy tylko 15 minut, żeby tam wejść i złamać system! Magnus nie uczył cię Zgadywać?”
“Fakt.” To niełatwe, Harry nigdy nie Zgadywał w takim napięciu. “5-1-2-2-0-3-9…” Wybuch wstrząsa zamkiem; tynk opada im na głowy. “5-1-2-2-9-0-1-2…” Cóż, to nie najwyraźniej nie są właściwe cyfry.
„12 minut.” – szepcze Malfoy. „Jesteś z Evansów, uda ci się!”
„Malfoy chwali Szlamę, świat się wali.” – warczy Harry.
“Szlama, Mugolka, Wila, niech sobie będzie kim chce.” – odpowiada Lucjusz – „Nic mnie to nie obchodzi, jak długo jej talent sprawi, że Angriff nie zjawi się tu z przyjacielską wizytą.”
“Dziwna gadka jak na Śmierciożercę.”
„Bo ten Śmierciożerca bardziej martwi się o skórę swojego syna i swoją własną niż o pochodzenie Evans. Zacznij jeszcze raz.”
„Dobra.” – wzdycha Harry. „1-2-2-9-0-1-2-7-4-1-8-5-3. Avanti!”
Nic.
“1-2-2-9-0-1-2-7-4-1-5-5-3. Avanti!”
Dalej nic.
„Już tu idą.” – szepcze Malfoy, a jego palce zaciskają się na różdżce.
“1-2-2-4-0-1-2-7-4-1-5-5-3. Avanti!” Odrzwia uchylają się powoli. Malfoy łapie Harryego i wrzuca go do środka, a sam ciska przekleństwo w atakujące zwierzę, wskakuje do środka i zatrzaskuje drzwi zaklęciem.
“Teraz będą musieli złamać szyfr albo wyważyć drzwi.” – wzdycha z ulgą. „A oto i Jądro.” – stwierdza, patrząc na wielki panel. „O bogowie” – w jego głosie przerażenie miesza się z podziwem.
“10 minut.” – Harry spogląda na zegarek. Malfoy wyciąga z kieszeni kilka małych płytek, pokrytych dziwnymi symbolami. Harry zna kilka z nich – uczył się o nich z książek Lily, ale większość jest dla niego niezrozumiała.
“Jądro można przejąć tylko w jeden sposób.” – wyjaśnia Malfoy, nie przerywając pracy – „Pętla niemożliwego. Mam ją tu zapisaną.” – ruchem głowy wskazuje swoje płytki.
„Dwie równoważne ale sprzeczne instrukcje?”
„Dokładnie. System nie wie, co zrobić i głupieje. J-23 jest na tyle sprytny, że sobie z tym radzi – jeśli wejdzie w pętlę, sam się wyłącza i ponownie ładuje. Jedynym momentem, kiedy mamy szanse go pokonać, jest te kilkanaście sekund między początkiem ładowania a jego końcem.” Malfoy siada i zaczyna się wpatrywać w migające światełka; jego palce nie przerywają szaleńczego tańca. „Czas?”
“Osiem minut. Nie wiedziałem, że pan jest Architektem, panie Malfoy. Voldemort powiedział...”
„Tylko durnie mu wierzą.”
“I pan to mówi!”
„Bo go dobrze znam! Nie jest głupi, nigdy nie mówił wszystkiego przy wszystkich. Na przykład nikt nie wiedział, że to Godryk był jego Księciem Ciemności.”
“Myślałem, że Severus też.”
„A wiesz, co znaczy ten tytuł? Wielu wierzy, że oznacza kogoś trenowanego w Czarnej Magii od dziecka, ale to nieprawda. To po prostu ktoś, kto używa Bezimiennej. Ja sam znam ze trzy takie zaklęcia. Ludzie strasznie się boją bezróżdżkowej magii więc często uważają, że jest bardzo potężna, a to nie jest do końca prawda... Jest potężna i niebezpieczna, to fakt, ale, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie zrobi z nikogo półboga.”
“To Severus nie jest taki potężny, jak mówią? Jeden Pies mówił o nim jak o półbogu...”
„Świetnie zna się na sztuce wojny, ale nie jest żadnym bogiem. To tylko wymysł tych, którzy nie mają pojęcia o Bezimiennej. Nawet wielu wykształconych czarodziejów uważa, że każdy, kto używa Bezimiennej to Czarny Pan in spe, ale to bzdura. Tak, Sever zna sporo Bezimiennej i jest najlepszym Mistrzem Eliksirów, jakiego w życiu widziałem i wie, jak używać miecza ale” – wyjaśnia Malfoy – „Jego specjalnością są eliksiry, a Godryka od początku trenowano na zabójcę. Twój ojciec nie dałby sobie z nim rady.”
„Przecież kiedyś już go pokonał.”
“Ale nie sam, tylko z twoją matką. Sądzę, że tym razem weźmie sobie do pomocy Kapłanki albo Widma. Patrz, system już się zamyka. Czas?”
“Pięć minut.” Malfoy klnie pod nosem.
“Szybciej.” – mruczy, patrząc niespokojnie na panel. „Szybciej, błagam.” Po chwili gasną wszystkie światełka. „No, wreszcie. Czas?”
“Trzy i pół minuty.” Światełka pojawiają się powoli, jedno po drugim,
“Ładuje się.” – szepcze Malfoy. Jego palce znów zaczynają szaleć po przyciskach, jeszcze szybciej niż poprzednim razem. Harry spogląda na zegarek, patrząc na bezlitosne wskazówki. Trzy... Dwie trzydzieści... Dwie minuty... “Avanti” – mówi Malfoy. “Chyba już będzie mnie słuchać.” Lucjusz ponownie rozpoczyna szaleńczy wyścig z czasem. Harry patrzy na niego z podziwem – nigdy by nie podejrzewał, że ten człowiek umie coś więcej niż Niewybaczalne. Znów źle kogoś osądził... To przypomina gry komputerowe Dudleya ale z dwoma istotnymi różnicami: po pierwsze, gra naprawdę idzie o życie, a po drugie umysł Malfoya z łatwością wystarczyłby na co najmniej dziesięciu Dudleyów. (Czy ktoś się nie zgadza? Naja Snake)
“Co się tu dzieje, na piekielnych bogów?!” – Angriff wydziera się na drżącego Psa. „Co to ma znaczyć?!”
“Panie…” – plącze się nieszczęsny żołnierz.
„Daj sobie spokój z tymi tytułami i mów, co się tu dzieje!”
„Nundu martwe; ktoś posłał nasze własne bestie na nas...”
“A zdrajcy wyrzynają moją armie w mojej własnej twierdzy.” – warczy wściekle Godryk. „A ktoś już wyłączył dwa pierwsze poziomy obronne. Cudownie. Jestem pod wrażeniem.”
“Ale Jądro, Panie…”
„Wiem.” – Godryk wybucha szyderczym śmiechem. „Połamią sobie zęby na murach. Ale kto pokonał moje nundu?”
“Mówią, że to był bazyliszek, Panie…”
„Bazyliszek...” – syczy Godryk przez zęby. „Ciało jednorożca i krew bazyliszka staną się końcem Czarnego Pana. Snape. To dlatego bronił szczeniaka tej Evans. A ja się zastanawiałem, kto będzie bazyliszkiem.” Godryk musi przyznać, że plan Snapea był genialny. Jako, że Godryk nie miał doświadczenia wojskowego, wyznaczył Pitbull, Meinherra Sabak, jako dowódcę. Efekt: klęska i rzeź. Nie, Pitbull nie popełniła żadnego błędu; ma na to za wiele doświadczenia i sprytu.
Zrobiła to celowo.
I doskonale wiedziała, co robi.
Zdradziecka suka. Teraz jej Sabaki wyrzynają jego wiernych żołnierzy, wyjąc jak szaleńcy. Ale nie wszystko jeszcze stracone; Jądro zatrzyma tego cholernego speca od przypalania kociołków.
Godryk podchodzi do okna. “Cudownie. Snape ante portas. Skręć sobie kark, bazyliszku.” Krąg wrogów zatrzymuje się nagle, tylko kilku z nich podchodzi bliżej: Snape, Pantera, Regulus i jeszcze kilku.
“Armageddon!”
“Pereat!”
Godryk uśmiecha się kpiąco, słysząc zaklęcia; Jądro odbije je z powrotem, miażdżąc atakujących. Uśmiech wolno znika z jego twarzy, kiedy mury powoli zaczynają się kruszyć i zawalać.
To może oznaczać tylko jedno.
Jądro nie działa.
Ten piekielny gad miał Architekta, który rozgryzł system.
Sabaki i Chińskie Smoki, którzy ukryli się w górnym zamku atakują z triumfalnym wyciem i dwa razy większą zaciekłością. Są już pewni obiecanego zwycięstwa.
Godryk klnie. Nie powinien był ufać Pitbull! To Pies, jak Snape i najwyraźniej cały czas trzymali ze sobą. Jak ten obślizgły Snape ściągnął tu tyle ludzi? Jak przekonał Kapłanki? Obiecał im tony prochów?
Trzeba działać. Tylko Malfoy albo Evans mogli poradzić sobie z systemem, a ona przecież nie żyje… Ale może jej bękart tu jest… Syn Snapea! Godryk uśmiecha się paskudnie. Snape zapłaci za swoje zuchwalstwo.
Choć mury runęły, walka trwa dalej. Freja klnie pod nosem, patrząc na swoją rozszarpaną łydkę.
“Spokojnie.” Kula ognia – feniks – pojawia się znikąd i przemienia w Uzdrowiciela. Drako bez problemu skleja jej kość. Podwładna Frei ma mniej szczęścia – jej obrażenia są tak poważne, że Drako musi odesłać ją do Hogwartu.
“Przeżyje?” – niepokoi się Freja.
„Nie ma wątpliwości, ale poleży sobie ze dwa tygodnie.” – odpowiada Uzdrowiciel.
“Meinherr” – kolejna wojowniczka wyłania się z kłębów kurzu. „Vargi. Idą z północy.”
„Następne?” – dziwi się Freja, ale wskakuje na Merkurego – swojego jednorożca. „Dzięki, Drako. Niech Fortuna cię strzeże.”
“Ad victoriam.” – odpowiada Drako, znów transformuje się w ptaka i wzlatuje w powietrze, by wypatrywać żołnierzy potrzebujących pomocy.
“Gdzie Inwokerki?” – krzyczy Snape.
“Czekają na dalsze rozkazy.” – odpowiada Salazar. „Są bezpieczne, Severusie... Severusie” – głos nagle mu się zmienia – „Czas już nadszedł.”
“Czas na co?” – w głosie Snapea drży nutka niepokoju.
Pierwsza Piątka
Dzieci Czarnej Magii
Czworo Jeźdźców
W służbie Władcy Ciemności
Nienawiść i chciwość
Pycha i uprzedzenia
Wśród nich rośnie Bazyliszek
Zdrajca o rozdwojonym języku
Przyniesie innym śmierć.
Druga Piątka
Dzieci Nokturnu
Pięcioro przyjaciół
Nie służą nikomu
Niemożliwa przyjaźń
Miłość, która nie powinna zaistnieć
Żyją w Ciemności
Światło rośnie w ich sercach
Lojalność mocniejsza niż śmierć.
Trzecia Piątka
Dzieci Nocy
Pięcioro o dzielnych sercach
W służbie Zamku
Miłość z nienawiści
Zaufanie z wrogości
Jedna krew, jedno marzenie, jeden cel
Żyją, by ujrzeć światło
Gdy skończy się noc
„O kim on mówi?” – szepcze Drako, który właśnie się zjawił.
„Pierwsza piątka to Voldemort i jego czterech najlepszych ludzi.” – wyjaśnia Snape. „A druga to matki Carmen, Serpa i Salazara, ja i nasz przyjaciel Rowen.”
“A trzecia?”
“Nie wiem. Sal twierdzi, że to się jeszcze nie zdarzyło.”
“Sal, kim oni będą?” – pyta Drako i natychmiast otrzymuje odpowiedź:
Kiedy Książę Ciemności znów ocali Jednorożca
Kiedy dwa drapieżniki spotkają się w świetle księżyca
Kiedy Sleipnir i Feniks razem wzbiją się w powietrze
Wtedy Syn Węża będzie walczyć z Bazyliszkiem
Jednorożec porani jego ciało
Mngva rozszarpie mu gardło
Feniks wydziobie mu oczy
Sleipnir zmiażdży mu czaszkę
I skończy się noc
I nastanie dzień.”
“Nie rozumiesz, Severusie?” – szepcze Drako. „Ty uratowałeś Serpa, posyłając mojego ojca po niego. Pamiętasz, co powiedziały Psy? Że Krakerzy nie żyją, ale przecież Jądro padło. To znaczy, że mój ojciec go uratował.”
“I co z tego?”
„Dwa drapieżniki – Mngva i Sleipnir, czyli Carmen i Salazar, prawda? A ja latałem z Carmen niecałą godzinę temu.”
„Co masz na myśli, Drako?” – podejrzenie zaczyna kiełkować w mózgu Snapea.
“Przecież Angriff nazywa siebie Synem Węża. Ty to bazyliszek, ja – feniks, Salazar – Mngva, Carmen zmienia się w Sleipnira a…”
“Co “a”?”
“A Serp?”
“Nie wiem.” – odpowiada Snape. „Ale Lily była jednorożcem, a takie rzeczy często się dziedziczy... Fortuno, okrutna z ciebie bogini. Czas naprawdę nadszedł.”