REAKCJE
Następnego dnia
“Sal, odbiło ci? Mam iść do Wielkiego Holu?” - szepcze Harry.
„A masz zamiar ukrywać się całe życie tylko dlatego, że nie jesteś człowiekiem?”
„Jak ty sobie z tym dałeś radę?”
„W Artanigrze to nie był taki wielki problem. Dyrektorka była Alfą; u nas byli wszyscy, których nie przyjmowała Gattacca – Szkoła Białej Magii. Mugolaki, nieludzie i kolorowi. Mieliśmy wampiry, Wile, po prostu wszystkich – więc nikt się nie dziwił i nikt cię nie obrażał. Większość z nas była „dziwadłami”. No chodź, nie będziemy tu siedzieć cały dzień!” Idą powoli, mijając grupki uczniów. Wielu gwałtownie milknie na ich widok – to tak jak wtedy, kiedy Harryego podejrzewano o wypuszczenie bazyliszka. Nagle jeden ze Ślizgonów macha do nich.
„Cześć” – chłopak przyłącza się do nich – „Puste łby spanikowały, nie?” – wskazuje gestem na grupkę Puchonek, gapiących się na nich z przerażeniem. „Nie przejmuj się nimi, to idioci.”
„Też jesteś wampirem?” – pyta Harry.
„Człowiekiem. Nazywam się Montague. Amicus Montague. Ślizgon, szósty rok. A to moja siostrzyczka.” – przytula pierwszoroczną Krukonkę, która właśnie do nich dołączyła – „Amistad.” Dziewczynka uśmiecha się do Harryego i Sala.
„Pieprz ich, są głupsi niż ustawa przewiduje...”
“AMI!” – krzyczy na nią jej brat..
“Pani Plectoria zawsze tak mówi!” – protestuje mała.
„To nasi sąsiedzi, Bety.” – wyjaśnia Amicus. „Fajni, tylko ona – znaczy pani Plectoria – lubi rzucić mięsem. Zawsze powtarza dzieciom, że nie powinny się przejmować tym, co inni o nich gadają.”
„Dzieciom?” – pyta Harry. „Też są w Hogwarcie?”
„Tak.” – Harry odwraca się i zauważa bliźnięta – Ślizgonów z trzeciego roku. Wyglądają podobnie do Snapea: mają takie same czarne oczy i ciemne włosy ale ich skóra jest ciemnobrązowa. „Mam na imię Dunkelheit a to mój brat Schatten.”
„Miło mi” – uśmiecha się Harry. „Wy jesteście jeszcze przed transformacją, nie?”
„No.” – odpowiada krótko Schatten. „Ale to normalka, nie?”
„Dla ciebie to oczywiste.” – wzdycha Harry.
„To normalka.” Idą dalej i spotykają Freda i Georgea.
“Harry, Sal, ale odjazd!” – uśmiecha się George. “Goyle zemdlał, jaka szkoda, że tego nie widzieliście!”
„Nie ma nic śmiesznego w byciu wampirem.” – mruczy Harry.
„Ale jakie to praktyczne! Avada ci nie szkodzi i nie musisz się męczyć, żeby zostać Animagiem, jak my...”
„Chcecie być Animagami?” – dziwi się Harry.
„To by było zabawne, nie?” – Fred nie chce zdradzić, że robią to dla Bractwa. Całą grupka wchodzi do Holu, słysząc przyciszone komentarze.
„Patrz” – mówi jedna z Puchonek - „To wszystko wampiry, mówię ci. Wszyscy.”
„Nie przejmuj się.” – syczy Amicus przez zaciśnięte zęby ale po piątej czy szóstej uwadze tego typu odwraca się do szepczącej dziewczyny, kłania się jej z ironią i wrzeszczy: „Oczywiście, słoneczko! W każdy weekend przemieniamy się w smoki i zjadamy śliczne dziewczynki w ziemniaczkami i sokiem z dyni! Ale tylko ładne, więc się nie przejmuj!” Niektórzy wybuchają nerwowym śmiechem ale część chyba przestraszyła się jeszcze bardziej. Pansy Parkinson i jej kumpelki wrzeszczą chórem:
„Nietoperze!” Harry robi się czerwony ale zanim ma czas odpowiedzieć czyjś zimny, jedwabisty głos stwierdza:
„Chcesz całusa, ty krowo? Ale nie pocałowałbym takiej ropuchy, choćby mi dopłacali.” To Drako Malfoy, tak pewny siebie jak zawsze, w towarzystwie Carmen. Dziewczyny gapią się na nich ze strachem i wyjąkują coś bez sensu. Drako podchodzi do nich, uśmiechając się szeroko, a one uciekają z piskiem. „Wczoraj złapałem nietoperza w Wieży Astronomicznej.” – szepcze Drako z szerokim uśmiechem. „Carmen wypuści go dziś wieczorem w dormitorium dziewczyn. Przyjdźcie do naszego Salonu, to się będziemy mieć ubaw.”
Harry i Sal zajmują miejsca przy stole Gryfonów. Bliźniacy i Ścigające Gryfindoru dołączają do nich ale inni trzymają się z daleka; kilka krzeseł między nimi a resztą pozostaje pustych. Harry zauważa – i nie jest to przyjemne wrażenie - że część Gryfonów waha się, czy usiąść przy stole. Wygląda na to, że woleliby chodzić głodni niż jeść w ich towarzystwie ale nie protestują na głos, pamiętając gniew Lupina. Jeszcze gorzej jest przy stole Ślizgonów ale Snape pojawia się znikąd i Parkinson i jej kumpelki szybko milkną, bo BARDZO hojnie rozdziela szlabany. Harry uśmiecha się, wyobrażając sobie Parkinson, Crabbea i Goylea szorujących kociołki – a Snape z pewnością przydzieli im najbardziej śmierdzące. Śniadanie przebiega w dziwnej ciszy, przerywanej przez wymuszoną rozmowę bliźniaków, którzy przecież widzą, co się dzieje.
Na lekcjach jest jeszcze gorzej, bo tylko Sal wspiera Harryego. Zajmują miejsca obok siebie i nikt się do nich nie dosiada; nawet Flitwick stara się ich unikać. Na szczęście McGonagall zachowuje się naturalnie z zabiera Krukonom 20 punktów za nazwanie Harryego „nietoperzem”.
„Ciężko będzie.” – szepcze Harry, gdy wychodzą z klasy Transfiguracji.
„Rób, jak radzi Ami.” – uśmiecha się smutno Salazar. „Nie martw się, nikt nie odważy się rzucić w ciebie zaklęciem.”
„Ale oni się zachowują tak, jakbyśmy chcieli ich żywcem zjeść.”
„Mam ci przypomnieć, co powiedziała Ami? Przyzwyczają się.”
Ale nie wygląda na to. Na następnej przerwie Harry zauważa egzemplarz „Proroka Codziennego” leżący na podłodze; ktoś musiał go zgubić. Harry podnosi gazetę i zaczyna czytać:
WAMPIRZY ATAK W HOGWARCIE
Albus Dumbledore znów zatrudnia nieludzi. Wygląda na to, że nie zdaje sobie sprawy, jakie stwarza to niebezpieczeństwo dla naszych dzieci. Obecnie w Hogwarcie zatrudnia trzech nauczycieli o nieludzkim pochodzeniu: Remusa Lupina, wilkołaka i dwa wampiry: Severusa Snapea, Mistrza Eliksirów (oskarżanego o Czarną aktywność w czasie wojny z Sam-Wiesz-Kim) i Salazara Redeye – Wróżbitę, byłego sługę Księżnej Ciemności
“CO?! – krzyczy Salazar. „Ja?! Jej sługą?!”
Obaj są wampirami, a więc należą do niebezpiecznego humanoidalnego gatunku...
Salazar wyrywa Harryemu gazetę.
“No tak” – mruczy – „Ty, ja, Carmen i Drako… Pewnie, groźne bestie. Ciekawe, jak Severus wyłga się tym razem.”
Harry Potter również okazał się być wampirem. To wyjaśnia, w jaki sposób przeżył uderzenie Zabijającego Zaklęcia...
“Bzdura” – stwierdza Sal – „Byłeś na to za mały. Przed transformacją nie ma się odporności.”
Zaatakowali w Wielkim Holu...
„No to” – stwierdza ironicznie Sal – „Wymordujemy cała szkołę, a potem spalimy zamek. Chodź, zabijmy parę niewinnych istot, OK?”
Tak jak twierdził Sal nikt nie odważa się rzucić w nich zaklęciem albo nawet obrazić, pamiętając gniew Lupina, ale to wygląda tak, jakby pomiędzy nimi i reszta wyrosła gruba, szklana ściana. Tylko ci, którzy otwarcie opowiedzieli się po ich stronie, dotrzymują im towarzystwa. To tak, jak trzy lata temu – ale tym razem to chyba się tak prędko nie skończy.
Późne popołudnie, u Snapea
„Wejść” – rzuca Snape. „Czego chcesz, Lupin?”
„Przypadkiem usłyszałem waszą wczorajszą rozmowę. Byłeś tak rozzłoszczony, że pewnie mnie nie zauważyłeś. Severusie, czy to prawda?”
„Nie słyszałeś Dyrektora?” – warczy Snape. „Wyciągnij różdżkę i przeklnij mnie, jak Black.”
„Nie jestem odpowiednią osobą, by cię osądzać.” – stwierdza cicho Lupin. „Ale nie mogę tego pojąć... Jak oni mogli...”
„Ludzie są zdolni do o wiele gorszych rzeczy, Lupin.”
„Wiem, ale tak postąpić wobec siostry przyjaciela? Nie mogę w to uwierzyć.”
„Ja na początku też nie mogłem.”
“Severusie, czy Longbottomowie i Woodowie naprawdę są przeklęci?”
„Owszem, przez dwie świetne Malediktorki.”
„Za śmierć siostry Syriusza, prawda?”
„Tak.” – stwierdza krótko Snape.
„W takim razie moc przekleństwa musi być wielka.”
“Lupin, Malediktorzy muszą mieć POWÓD, takiego przekleństwa nie można rzucić ot, tak sobie – a tu mieli powód, prawda? Jeśli przeklęto cię za niewinną krew, nic ci nie pomoże.”
“A więc Nevil i Oliver umrą?”
“Zapewne.” – stwierdza Snape.
„Ale oni nic nie zrobili!”
„To co?! A Carol była winna?” – wrzeszczy Snape, zrywając się z krzesła. „Przecież przekleństwa zawsze działają w ten sposób – na całe rodziny, Lupin, powinieneś to wiedzieć.”
„Czytałem o tym wczoraj, Severusie, i wynika z tego, że ofiara jest w stanie pokonać najsilniejsze przekleństwa.”
„Tak, jeśli ktoś związany z przekleństwem zaryzykuje życiem dla przeklętych. Życie za życie, Lupin.”
„A kto jest związany w tym przypadku?”
„Z żywych Narcyza Malfoy i ja.”
„A więc ty mógłbyś.”
„Może i mógłbym” – syczy Snape – „Ale może mi się nie chce. Mam dość nadstawiania karku, wiesz? I tak wszyscy ryzykujemy, siedząc w jednej klasie z tym pół-charłakiem. To cud, że on nikomu jeszcze nie zrobił poważnej krzywdy. Zastanawiam się jak taki tępy, głupi bachor...”
“Severusie, nie obwiniaj go za grzechy ojca!”
„A co ty możesz o tym wiedzieć? Byłbym zobowiązany, gdybyś stąd wyszedł.” – syczy Snape przez zaciśnięte zęby. Po wyjściu Lupina znów siada i zaczyna się zastanawiać. To fakt, tylko ofiara może pomóc tym dwóm – jeśli w ogóle się zdąży z pomocą. Powinien o tym porozmawiać z kimś kompetentnym. Snape udaje się do swoich prywatnych komnat i otwiera jedną ze skrzyń schowanych w kącie. Na jej dnie leży lustro – oczywiście nieużyteczne dla wampira ale to służy do poważniejszych zadań niż golenie się czy robienie makijażu. Na tylnej stronie lusterka wyrzeźbiono symbol Dwojga Bóstw: czarnego bazyliszka walczącego z białym jednorożcem. Bazyliszek zatopił swoje jadowite kły głęboko w szyję jednorożca ale róg jednorożca przeszywa zwoje węża. Snape przesuwa palcami po ornamencie i cicho szepcze:
„Dwoje panuje nad światem,
Równie potężni, równie godni czci
Creator, Dający Życie
Deletrix, Ta, Która Zabija
Budowa i zniszczenie
Życie i śmierć
Miłość i nienawiść
Światło i ciemność
Drapieżnik i ofiara”
Lusterko kilkakrotnie błyska; jego czarna powierzchnia powoli się rozjaśnia i para błyszczących ślepi spogląda na Snapea. To Pantera Grindewald, Najwyższa Kapłanka Dwojga Bóstw, ubrana wyłącznie w skąpy strój kąpielowy. Wykręca swoje długie mokre włosy i krople wody rozbryzgują się na posadzce.
“Ave, Najwyższa Kapłanko” – kłania się jej Snape.
“Ave, Mistrzu Eliksirów” – ona uśmiecha się do niego, siadając. „Chwała Severusowi, mistrzowi Elliksirów, któremu dane jest zostać Dyrektorem.” (darujcie ludzie, to było z „Makbeta”: “Hail to thee, Macbeth, thane of Cawdor, that shalt be king hereafter)
„Podobał ci się ten mugolski autor, Najwyższa Kapłanko?” – pyta z uśmiechem Snape. Podarował jej tę książkę w lecie, podczas zjazdu Mistrzów Eliksirów w Moskwie.
„Mógłbyś mi mówić po imieniu, Severusie? Nikt nie ma na to odwagi, nawet moi kochankowie. Gdyby nie mój ojciec i ty, zapomniałabym, jak się nazywam. Jestem sama, nikt nas nie usłyszy.”
“Dobrze, Pantero. Mam kłopot.”
„Tak myślałam.” – mruczy kapłanka leniwie. „Nie kontaktowałbyś się ze mną, żeby mi powiedzieć, że mam zgrabne nogi.”
„Masz. Reszta też jest doskonała, ale chyba masz tam dziesiątki mężczyzn, gotowych ci prawić komplementy od rana do nocy.”
„Setki – jak zawsze, kiedy się jest Kapłanką, zwłaszcza Najwyższą. Wczoraj miałam świetnego faceta” – Pantera uśmiecha się jeszcze szerzej – „O cholera, nie pamiętam, jak miał na imię. Zapomniałam zapytać. Nieważne. Nie odważył się użyć mojego imienia, więc czemu niby ja mam pamiętać jego?”
„Przecież używanie imienia Najwyższej Kapłanki jest zakazane i przynosi nieszczęście.” – odpowiada Snape.
„Racja.” – śmieje się Pantera. „Ale tobie jakoś nic się od tego nie stało, chociaż używasz go zawsze, kiedy się spotykamy. Podobał ci się nasz sierpniowy romansik, prawda?”
„Pewnie.” – odpowiada Snape. Głos Pantery jest dziwnie monotonny a jej oczy puste. Snape wie, że to przez narkotyki, których używa się podczas nabożeństw dla Creatora – i jeśli jej nie przerwie, to Pantera będzie tak ględzić godzinami. Jest bardzo inteligentną i przebiegłą wiedźmą (To najmłodsza Najwyższa Kapłanka w historii, a to coś znaczy!) ale nie wtedy. kiedy się nawącha diabli wiedzą jakiej ilości halucynogenów. „Pantero, potrzebuję najlepszej Malediktorki, jaką masz.”
„Olga jest najlepsza.” – odpowiada powoli Kapłanka. „Ale teraz jest zajęta, rozumiesz. Chyba wyjdzie za tego faceta, wspomniała mi wczoraj, że chce opuścić Świątynię. A już myślałam, że się na to nigdy nie zdecyduje...”
“Nie spieszy mi się. Czy mogłaby się ze mną skontaktować jutro, kiedy wytrzeźwieje?” Jak mógł zapomnieć, że dziś jest wielkie święto i wszystkie Kapłanki będą naćpane?
“Dobrze.” – odpowiada Pantera. „Wybacz, Severusie, że bredzę, ale te zioła są bardzo mocne. Jutro o tej samej porze, dobrze?”
„W porządku. Idź do łóżka i odpoczywaj, Pantero.”
“Idę, idę.” – mruczy Kapłanka. „Tylko sobie wybiorę faceta. Jest taki jeden czarnowłosy przystojniak, całkiem do ciebie podobny. Chyba jest jednym z Widm.”
„Jeśli jest przystojny, to nie może być podobny do mnie.” – uśmiecha się Snape. Pantera wybucha śmiechem.
“Do zobaczenia, Mistrzu Eliksirów.”
„Do zobaczenia, Najwyższa Kapłanko. Baw się dobrze.”
“Po takiej dawce ziół zawsze bawisz się dobrze. Są mocne.” Wyłączają swoje lustra; Snape chowa swoje do skrzyni i zatrzaskuje wieko. Musi poczekać na odpowiedź do jutra. Zasady rządzące życiem Kapłanek są bardzo surowe: nie wolno im pić alkoholu ani używać narkotyków; do Świątyni nie wpuszcza się mężczyzn – chyba, że w święta, kiedy ciężko o trzeźwą Kapłankę. W takie dni tylko strażniczki nie zapraszają kochanków. Ceremonie ku czci Creatora, boga radości i życia zawsze przypominają wielkie zabawy z mnóstwem jedzenia i wina, z tańcami i śpiewem – i oczywiście z chmarami mężczyzn. Tylko wtedy wyznawcom wolno patrzeć na Kapłanki i z nimi rozmawiać. Snape widział takie nabożeństwa i wie, że Pantera mówi prawdę – wystarczy być Kapłanką, by mieć mnóstwo „adoratorów” – i to nie tylko czcicieli Dwojga Bóstw. Oczywiście, Najwyższa Kapłanka cieszy się największym zainteresowaniem i zawsze otacza ją stado mężczyzn. Snape uśmiecha się ironicznie – dla niego Pantera to wspaniała, mądra kobieta ale wielu z jej kochanków nigdy by na nią w ogóle nie spojrzało – na nią, pół-Felinkę-pół-Betę, całą w bliznach (prawa Świątyni zabraniają je maskować, a Pantera nie przejmuje się tym, jak wygląda – wie, że i tak będzie uwielbiana), gdyby nie była Najwyższą. Nic dziwnego, że Pantera traktuje większość mężczyzn jak zabawki, szanując tylko tych, którzy, jak Snape, odważają się używać jej imienia. Często nawet ci, którzy nie są czcicielami Dwojga, często nazywają ją Najwyższą Kapłanką, Panią Świątyni albo mówią po prostu „Ona”, bojąc się dźwięku jej prawdziwego imienia.
Kult Dwojga jest odwieczny, ale bardzo odrodził się pod rządami Nazgula Grindewalda. Nazgul, podobnie jak jego osławiony wuj Adolf, został wielkim przywódcą, ale nigdy nie stał się Czarnym Panem i nie pożądał władzy za wszelką cenę. Był Betą przez krew (czyli ugryzienie) i dołączył do powstania, które rozpoczęły wampiry przeciw rosyjskiemu Ministerstwu, które postanowiło zlikwidować „nietoperze”. Wkrótce Nazgul stał się Basileusem (to znaczy wodzem całej armii.) Dołączyło do niego także wielu nie-wampirów, zwłaszcza ludzi o mugolskim pochodzeniu, którzy walczyli o zrównanie ich w prawach z czystą krwią. Sukces Nazgula był niesamowity i to, że nazywa się go teraz Panem Azji, nie jest przesadą. Jego państwo rozpościera się od Kaukazu, przez cała Syberię, aż po Tybet i pustynię Gobi. Polityka Azjatyckiej Federacji jest genialna w swojej prostocie: każdy czarodziej i wiedźma jest równy wobec prawa, bez względu na pochodzenie i nie jest to pusty frazes. Nic dziwnego, że wielu Mugolaków i nieludzi przybywa do Federacji, przywożąc ze sobą swoje pieniądze i wiedzę, przyczyniając się do rozwoju kraju. Położenie geograficzne jest świetne: kopalnie dostarczają złota, srebra i klejnotów; rzadkie zwierzęta i rośliny, chronione przed kłusownikami, są źródłem cennych składników do eliksirów. Snape nie może wyjść z podziwu, że ten kraj tak szybko podniósł się z ruin. Przecież dopiero dziesięć lat temu Federację rozdzierała straszna wojna domowa; wyznawcy okrutnego Czarnego kultu rozpętali piekło, przy którym terror Voldemorta przypomina zwykłą uliczną zadymę. Snape brał w tej wojnie udział, jako główny Mistrz Eliksirów armii Nazgula. To ta wojna wyniosła najmłodszą córkę Grindewalda, Panterę, do godności Najwyższej Kapłanki – i to najmłodszej w historii. Miała tylko 15 lat, kiedy poprowadziła armię do wielkiej, decydującej bitwy – i wygrała. Nic dziwnego, ze wkrótce potem wybrano ja Najwyższą Kapłanką. Tak, Kapłanki też walczyły i bez nich ta wojna mogła skończyć się inaczej. Wielu czarodziejów w Zachodniej Europie uważa, że Świątynia to banda wiecznie pijanych dziwek, ale trudno o większy błąd.
Kapłanki to straszliwa, zabójcza armia niesamowicie dobrze wyszkolonych wiedźm. Do służby w Świątyni wybiera się pięcioletnie dziewczynki; czciciele Dwojga są zobowiązani oddać im swoje córki, jeśli zostaną o to poproszeni. Także wielu innych zgadza się na to, jeśli Najwyższa zapuka do ich drzwi, pytając, czy chcą, by ich dziecko zostało Kapłanką. Wybrane dziewczynki uczy się magii, także Bezimiennej, sztuk walki i szermierki – i Snape, który swego czasu też pobierał trochę lekcji w Świątyni, nigdy nie widział bardziej wymagającego i brutalnego treningu. Dziesięć lat później piętnastolatki uznaje się za dorosłe i zdolne do walki. Co więcej, Kapłanki są uczone nie tylko sztuki zabijania; Pantera, na przykład, jest Mistrzynią Eliksirów; są też Transfiguratorki, Medwiedźmy, Malediktorki i inne. Kapłanki to jedna z głównych sił utrzymujących w Federacji pokój i porządek. Ich umiejętności są owiane legendą, więc nic dziwnego, że otacza je szacunek. Nikt nie usiądzie w ich obecności bez pozwolenia, nikt nie odezwie się do nich nie pytany, nikt nawet nie odważy się na nie spojrzeć. Mówi się, że ten, kto dotknie Kapłanki bez jej zgody, zginie – i Snape wie, że to prawda. Nie wolno też używać imienia Najwyższej.
Inną potężną grupą są Widma – elitarna grupa Aurorów. Widma wybierają młodych czarodziejów i wiedźmy (między 13 a 15 rokiem życia) i szkolą ich metodami, z których Kapłanki byłyby dumne. Nic więc dziwnego, ze cieszą się takim szacunkiem, jak one; Widma to też Ci Na Których Nie Wolno Patrzeć; nie wymawia się także imienia ich dowódcy. Nazywa się go (albo ją) Dowódcą albo Pierwszym.
Siedemdziesiąt Kapłanek i setka Widm to już wielka armia, dzięki której Nazgul jest jednym z najpotężniejszych Ministrów na świecie, ale ten ogromny kraj potrzebuje dużej liczby żołnierzy; Ministerstwo musi zwalczać kłusowników, niebezpieczne Czarne grupy i sekty a także zwykłych rabusiów, grasujących po bezkresnych lasach i pustyniach. Kopalnie złota i cenne zwierzęta potrzebują wielu strażników. Nic dziwnego, że Ministerstwo zatrudnia (oprócz Kapłanek i Widm – Kapłanki są zobowiązane do ochrony państwa przez prawa Świątyni) 150 Aurorów, którzy, według Snapea są o wiele lepiej wyszkoleni niż ich angielscy koledzy. Co więcej, Federacja opłaca trzy świetne Psie klany (około setki ludzi) i toleruje na swoim terytorium kilka innych watah, pod warunkiem, że nie zaatakują i będą ostrzegać przed atakami, o których się dowiedzą. Tak więc armia Federacji liczy ponad czterystu świetnie wyszkolonych wojowników i w ciągu kilku godzin może zwołać kolejnych dwustu.
Dwa dni później, wieczór, mała wioska w Szkocji
Punkt widzenia Lucjusza
Lord posłał nas, żebyśmy zbadali tę małą wioskę. Wiele widziałem i zrobiłem, ale jeszcze nigdy nie musiałem patrzeć pod nogi, żeby nie poślizgnąć się w kałuży krwi. Ktoś lub coś wyrżnęło wszystkich mieszkańców, Mugoli i czarodziejów, z okrucieństwem, do którego ja nigdy bym się nie posunął. Narcyza i ja wchodzimy do kolejnego mugolskiego domu; rozbite szkło trzaska nam pod nogami. Wszystko zniszczone, wszystko porozbijane w drzazgi.
Kawałki szkła i talerzy.
Smród spalonego plastiku, po prostu nie do wytrzymania.
I krew, wszędzie krew.
Lubię polować na Mugoli, ale to.... Nigdy nie posunęliśmy się to czegoś takiego. Mogę rzucić Cruciatus i się śmiać, ale żeby coś takiego...
“Tato, pomóż mi.” Stanąłem jak wryty. To przecież nie może być Drako? Ale to jego głos.
NIEEE!!!
Znalazłem go i chyba serce przestało mi bić na moment. Oczywiście, że to nie mój syn; Drako jest bezpieczny w Hogwarcie, ale kiedy zauważam jasne włosy chłopaka, staję jak wryty. To oczywiście Mugol, ale bardzo podobny do Drakona. Ma takie same włosy i oczy – i umiera, błagając swojego ojca o pomoc. Na piekło, musi tak cierpieć już kilka godzin. Klękam przy nim, próbując się zorientować, co go zabija. Uczyłem się trochę magicznej medycyny ale nie mam pojęcia, co to jest. Cokolwiek by to nie było, nie rzuciłbym tym przekleństwem na dziecko, nawet mugolskie. Avada Kedavra – oczywiście, Cruciatus – nie ma sprawy, Przekleństwo Noża i wiele innych – w porządku ale nie to. Od tego robi mi się niedobrze, choć nie jestem łagodnym kociątkiem.
“Co jest, Luc?” – moja żona wchodzi do pokoju.
“Patrz.” – odpowiadam.
“To Mugol” – prycha pogardliwie. „Zostaw go i Deportujmy się stąd, zanim to coś wróci.”
“Idź, zaraz przyjdę.” – odpowiadam. Kiedy Narcyza wyszła, znów klękam przy chłopaku.
„Tato, pomóż mi, proszę.” – jęczy. Mały, twoja rodzina nie żyje, a ja jestem ostatnią osobą, którą chciałbyś mieć jako ojca.
Daj spokój, Lucjuszu, to tylko Mugol.
Ale wygląda jak Drako.
Mugol.
Zero.
Jak skrzat domowy.
Śmieć.
Gorzej niż Szlama.
A on ciągle błaga.
Mogę zrobić tylko jedno. Celuję w niego różdżką i szepczę dwa słowa, które zabijają.
Cholera, żal mi było Mugola, mój własny ojciec stłukłby mnie za to do nieprzytomności, ale nie było mi do śmiechu wśród tych kałuż zakrzepłej krwi. Po prostu nie mogłem inaczej. Znikam z tego przeklętego miejsca; zastanawiam się tylko, czy to Lord wypuścił to coś, czy też jest to bestia (a może człowiek), działająca niezależnie od niego. Cokolwiek to jest, uwielbia rzeź i nie mam ochoty z tym czymś się spotkać.
Dwie godziny później, Czarny Dwór
To nie koniec moich kłopotów. Lord dowiedział się, że mój syn jest Alfą ale ani moja żona, ani ja, ani Severus nie zostaliśmy ukarani za zatajenie tego faktu. Nie podoba mi się to – jeżeli nie obrzuca nas przekleństwami za to, że mu o tym nie powiedzieliśmy, to z pewnością coś knuje. Muszę się dowiedzieć, co – chodzi o życie mojego dziecka! Kocham mojego syna bez względu na to, czy jest wampirem, czy nie. Po co się zgodziłem, żeby do nas dołączył? Jeśli Drako będzie w niebezpieczeństwie, będę musiał poprosić Severa o pomoc – o ile on będzie chciał mi jej udzielić.
Nie wiedziałem, że w tamtą letnią noc to on będzie celem, a on przyszedł i patrzył na nas, na mnie. W jego bezdennych oczach nie było nic. Nic. Pustka. Obojętność. Powinien był być sparaliżowany ze strachu, albo pełen nienawiści ale w jego oczach nie było nic.
NIC
Jego ślepia były jak zamarznięte jezioro Hogwartu w nocy. Czarne, zimne, bezdenne, tak, że nie można było zobaczyć, co kryje się pod powierzchnią. A potem zaczęło się krwawe przedstawienie. Nie wiem, jak to wytrzymałem, jak Drako wytrzymał. Widziałem, że płacze. To dlatego namówiłem Narcyzę, żeby to Sever zajął się moim synem, a nie dlatego, że bałem się, albo wstydziłem mieć wampira w domu. Wampir czy nie, to mój syn. Pewnie nie jestem dobrym ojcem, pewnie za bardzo chciałem kierować jego życiem ale nigdy, nigdy bym go nie odrzucił. Wysłałem go do Severa, bo wiedziałem, że on powstrzyma Drakona przed zrobieniem czegoś głupiego. Na przykład przed atakiem na Voldemorta. Tak, doskonale wiem, że mój jedyny syn nienawidzi Lorda bardziej, niż kogokolwiek innego. Widziałem to w jego oczach tamtej nocy... I wiem, że mnie też nienawidzi. Może zabije mnie pewnego dnia, tak jak ja zabiłem swojego ojca.
Może.
Mimo to jest moim synem a ja go kocham. Może nie powinienem był mu pozwolić na to piętno. Może powinienem był się zgodzić, żeby studiował eliksiry, a nie szykować go do ministerialnej kariery. Może nigdy nie pokazałem mu, że mi na nim zależy, bo bałem się ściągnąć z twarzy maskę obojętności.
Może.
Ale jest jedna rzecz, co do której mam pewność – Lord coś knuje a ja muszę chronić Drakona. Za wszelką cenę.
Glizdoogon to dureń, ale jako osobisty służący Lorda wie o wielu sprawach. Całkiem łatwo wyciągnąć z niego to i owo i jego nowiny wcale mi się nie podobają. Glizdoogon to idiota, umie rzucić Avadę i nic poza tym ale jeśli się nie mylę... Jeśli w tym jego gadaniu tkwi ziarno prawdy...
Błagam, tylko nie to.
Nie MÓJ Drako.
Mogę to sprawdzić tylko w jeden sposób – włamując się do prywatnych komnat Lorda, żeby przejrzeć jego notatki. Wiem, że jest teraz zajęty w laboratorium; Sever mu pomaga. Trzeba się tylko pozbyć tego wstrętnego gada Nagini. Nie jest to takie łatwe, ale w końcu jestem Ślizgonem, prawda? Jako zaufany sługa znam hasło – a ten kretyn Glizdoogon ma klucze.
Godzinę później
Zrobiłem to. Chowam kopie dokumentów i notatek i wymykam się z komnat. Skopiowałem zapiski dotyczące Transfiguracji – bo mogą mieć związek z Drakonem oraz inne dokumenty dla Severa. Może nie będzie chciał mi pomóc za darmo, ale jeśli dam mu te papiery, to chyba zmieni zdanie.
Do diabła, WIEM, że jest zdrajcą. Wiem to od lat, ale jego bym nie sprzedał. Za często ratował mi życie.
W czasie treningu Quidditcha, kiedy spadłem z miotły.
W wypadku samochodowym.
Kiedy otoczyli mnie Aurorzy. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak zabija i zapewniam, że zasłużył na swoje imię. On jest Upadłym Aniołem.
Uratował mnie przed pocałunkiem Dementora.
Jeżeli czarodziej uratuje czarodzieja, powstaje między nimi więź. Nie mogę go zdradzić.
A oto i on; wychodzi z lochów. Obaj możemy już iść więc opuszczamy Dwór. Chwytam go za rękaw.
“Sever!”
“Co?” Nienawidzę tej obojętności w jego oczach; wolałbym już czystą nienawiść.
„Musimy porozmawiać. Już.”
„Nie tutaj. Chodź ze mną.” Deportujemy się i lądujemy w jakimś lochu.
“Gdzie jesteśmy, Sever?”
“Nie twoja sprawa, Luc. Czego chcesz?”